HFM

artykulyskrot3

Hegel H360

mag0407012016 001aWygląd urządzeń Hegla zawsze przywoływał na myśl skandynawski minimalizm – skromna forma, wysoka jakość, wzorowa funkcjonalność. Podobnie jest z najnowszą superintegrą, którą zaprojektowano wręcz tak, by jak najmniej przyciągała wzrok.


W większości pomieszczeń pokryte czarnym matowym lakierem urządzenie wtopi się w tło albo zniknie, gdy wyłączymy wyświetlacz. Przekaz projektantów wydaje się klarowny – nie liczy się to, co widzimy, lecz to, co usłyszymy z głośników.




Jest za to na co popatrzeć po zdjęciu obudowy – gęsto upakowane wnętrze nie pozostawia wątpliwości, że mamy do czynienia z urządzeniem wysokiej klasy. Pierwszy rzuca się w oczy gigantyczny transformator z licznymi wyprowadzeniami. W końcu 250 watów przy ośmiu omach na kanał to nie przelewki. Zarówno rozmiary trafa, pojemność filtrująca kondensatorów (40 tys. mikrofaradów na kanał), wysoki współczynnik tłumienia oraz stabilność zasilania przy znacznych spadkach impedancji sprawiają, że możemy być spokojni o wysterowanie wymagających kolumn.
Choć mnogość elementów i kabli może na pierwszy rzut oka sprawiać wrażenie chaosu, to przy bliższej inspekcji okazuje się, że wszystko ma tu swoje przemyślane miejsce, a każdy układ umieszczono na osobnej płytce. I tak, po bokach znalazły się końcówki mocy, w których użyto po pięć par tranzystorów Sankena. Ciepło z nich odprowadzają aluminiowe żebra, stanowiące integralną część obudowy. Z tyłu, na dwóch symetrycznie położonych laminatach, ulokowano przedwzmacniacz, a nieco niżej – serce systemu, czyli wynaleziony i opatentowany przez inżynierów Hegla system Sound Engine. To właśnie on eliminuje zniekształcenia skrośne, które zwiększają zawartość nieparzystych harmonicznych w sygnale wyjściowym. Połączono w ten sposób największą zaletę wzmacniaczy pracujących w klasie A (brak zniekształceń) z klasą AB (wysoka sprawność). Moduł Sound Engine pozwolił także zrezygnować z zastosowania globalnej pętli sprzężenia zwrotnego.
W przepastnym wnętrzu Hegla znalazły się jeszcze dwa nietypowe dla wzmacniacza elementy, które świadczą o tym, że norwescy projektanci idą z duchem czasu: DAC oraz moduł sieciowy. Dzięki temu drugiemu można wykorzystać H360 w roli odtwarzacza strumieniowego. Przetwornik, zasilany z osobnego, mniejszego transformatora toroidalnego, oparto na 32-bitowym procesorze AKM, który w przewidzianej przez producenta konfiguracji potrafi obsługiwać zarówno sygnał DSD, jak i PCM, aż do 192 kHz. Kiedy natomiast chcemy, żeby wzmacniacz pracował jako streamer, konieczne będzie zainstalowanie w komputerze lub telefonie dodatkowej aplikacji.

mag0407012016 002
Tylna ścianka H360 to ukłon w stronę audiofilów, którzy coraz częściej korzystają z urządzeń przenośnych, a ich muzyczna biblioteka to już nie tyle rzędy srebrnych lub czarnych krążków, co przede wszystkim pliki. Dla nich wzmacniacz ma być nie tylko „drutem ze wzmocnieniem”, ale przede wszystkim rodzajem interfejsu, który pozwala korzystać z bibliotek zgromadzonych na komputerach, dyskach sieciowych, tabletach bądź smartfonach. I może właśnie dlatego – oprócz obowiązkowego w tej klasie zbalansowanego wejścia XLR – użytkownik otrzymuje zaledwie jedno (!) wejście liniowe RCA oraz wejście do końcówki mocy. Niżej natomiast umieszczono aż trzy wejścia optyczne typu Toslink, cyfrowe wejście koaksjalne, złącze USB oraz wejście Ethernet. Trybów przesyłania sygnału i funkcji, jakie można przypisać wzmacniaczowi, mamy tu naprawdę wiele, a instrukcja obsługi obiecuje, że na stronie internetowej producenta znajdziemy przeróżne „porady i triki”, pozwalające maksymalnie wykorzystać funkcjonalność H360.
Przednia ścianka to dla odmiany pełna asceza. Nie znajdziemy tu nic oprócz dwóch pokręteł do sterowania potencjometrem i selektorem wejść oraz niezwykle uproszczonego wyświetlacza luminescencyjnego, który informuje jedynie o poziomie głośności (w skali 1-99) i wybranym źródle. Choć cyfry są duże, to ich wściekle niebieska barwa na czarnym tle sprawia, że z daleka są słabo widoczne. Na szczęście, wyświetlacz można wygasić z poręcznego i eleganckiego pilota. Czarne urządzenie idealnie zlewa się wtedy z ciemnym tłem. Wzmacniacz znika. Zapominamy o sprzęcie i zaczynamy słuchać.
Bartosz Luboń

hegel h630 01

Po co konstruuje się wielkie, prądożerne wzmacniacze osiągające gigantyczne moce? Po to, żeby zachwycały barwą i subtelnością – odpowiada Hegel. Jeśli oczekujemy, że potężny H360 zmiecie słuchacza basem i dynamiką to… zrobi to bez trudu, ale przy odpowiednio dobranym repertuarze. Nigdy natomiast nie będzie prężył muskułów tam, gdzie niepotrzebne mogłoby to trącić efekciarstwem.
Od początku ujęła mnie niespotykana nawet na tym pułapie cenowym barwa średnicy. Niezależnie od repertuaru, głosy ludzkie były dźwięczne i nasycone, a w nagraniach z udziałem orkiestry i chóru – przepięknie wydobyte z tła. O tej barwie można bez przesady powiedzieć, że jest „lampowa”, choć unika pułapek, związanych ze stereotypem lampowego brzmienia. Nie słychać pogrubienia ani niepożądanego sklejania się planów. To dźwięk delikatnie ocieplony, bogaty w alikwoty, lecz równocześnie zwiewny i przejrzysty. Projektanci idealnie wyważyli proporcje między tak pożądaną w sprzęcie wysokiej klasy gładkością a konieczną niekiedy szorstkością, wynikającą ze sposobu nagrania lub fizycznych właściwości danego instrumentu. Możemy być pewni, że Hegel przekaże wszystkie elementy brzmienia uczciwie i bez niedomówień, choć całość zostanie dyskretnie złagodzona.
Owa „łagodniejsza strona neutralności” była słyszalna w nagraniach Bachowskich kantat w interpretacji Masaakiego Suzuki. Z jednej strony można było podziwiać miriady szczegółów i szczególików, jakie pojawiły się na przełomie wyższej średnicy i sopranów. Z drugiej strony, słychać było lekkie załagodzenie sybilantów, przez co nagrania nabierały nieco spokojniejszego charakteru.
Odsłuch dużego składu instrumentalnego ujawnił także inną cechę Hegla – obraz muzyczny jest odsuwany od słuchacza, co tworzy wrażenie lekkiego dystansu. Podobnie było, kiedy włączyłem muzykę fortepianową. Preludia Chopina w wykonaniu Perahii (CBS) zabrzmiały jak słuchane z dalekiego rzędu w filharmonii. To, czy jest to cecha pożądana, czy też nie, będzie w dużej mierze zależeć od naszych upodobań. Natomiast samo brzmienie i czytelność fortepianu można określić jednym słowem: bajka. Wyrównana barwa współczesnego steinwaya działa trochę jak szkło powiększające, które bez trudu potrafi wychwycić miejsca, gdzie konstruktorzy nieco przedobrzyli i podkręcili brzmienie, starając się je na siłę uatrakcyjnić. W tym przypadku nic takiego nie zaszło. Nagrania fortepianowe dobitnie pokazały (a jestem przekonany, że pomiary by to potwierdziły), że norweski wzmacniacz został zestrojony idealnie liniowo.

mag0407012016 002
Bas wymaga osobnego omówienia, ponieważ jest przykładem mistrzostwa, jakie znacznie częściej chciałbym podziwiać w przypadku urządzeń z wyższej półki. Schodzi bardzo nisko, jest żwawy i melodyjny. Ale jego prawdziwą klasę można docenić niejako przy okazji, słuchając utworów, w których teoretycznie nie powinny się pojawiać najniższe dźwięki skali – ot, choćby w nagraniach muzyki dawnej. Nagle okazuje się, że barokowe basso continuo tworzy rzeczywiście głęboki fundament, na którym budowana jest reszta misternej konstrukcji. Hegel potrafi to pokazać bardzo czytelnie. W III symfonii Szymanowskiego poczujemy ni stąd, ni zowąd niepokojące mrowienie w dołku. Tak, to najniższe piszczałki organowe, które wyłaniają się z orkiestrowego tła zupełnie niespodziewanie, a ich obecność bardziej czujemy, niż słyszymy. Hegel, dzięki swojej fenomenalnej dynamice i swobodzie zejścia, również bezbłędnie przekazuje ten efekt. Czapki z głów.
Dojmujące wrażenie obcowania z muzyką na żywo pogłębia przestrzeń, która potrafi być spektakularna nawet w nagraniach kameralnych. Plany dźwiękowe są wykrojone tak dokładnie i szczegółowo, że niejedno nagranie, zwłaszcza o gęstej fakturze, odkryjemy na nowo. Przestrzeń nie jest ani napompowana, ani efekciarsko sztuczna. Jest w niej za to mnóstwo powietrza, swobody, oddechu i… pogardy dla ścian otaczających kolumny. Po eksperymentach z ustawieniem stwierdziłem, że trzeba wiele złej woli, by zepsuć tę cechę recenzowanego wzmacniacza.
Łagodny dźwięk Hegla sprawia, że mimo wiernego i szczegółowego przekazu, wzmacniacz będzie wyrozumiały dla źle zrealizowanych płyt. Nawet w nagraniach z niesławnych lat 80., kiedy większość realizatorów dopiero uczyła się operowania dźwiękiem cyfrowym, znajdziemy minimalną dawkę analogowego ciepła, które sprawi, że te pionierskie lata cyfryzacji nie wydadzą się nam takie złe.
Z jednej strony, dźwięk barwny, delikatny i subtelny; z drugiej – doskonałe podparcie w dole i dynamika w stylu „przyczajony tygrys, ukryty smok”, która potrafi uderzyć w okamgnieniu.
Czy można chcieć więcej? Owszem, mnie zawsze marzył się mocny wzmacniacz tranzystorowy, który nie gubiłby swoich właściwości przy cichym słuchaniu w nocy. Tę cechę potraktowano tu niemal priorytetowo, ponieważ – jak zdradził Bent Holter, główny konstruktor Hegla – najwięcej czasu pochłonął projekt przedwzmacniacza, dzięki któremu H360 doskonale się słucha, gdy gra cicho. Całe pasmo jest słyszalne bez konieczności podbijania jego skrajów, a przestrzeń jest obecna nawet przy minimalnym natężeniu dźwięku. Innymi słowy: trioda w tranzystorze.
Osoba, która decyduje się na kupno drogiej superintegry, ma wszelkie prawo oczekiwać, że będzie ona spełniać wyśrubowane standardy jakości brzmienia. Na pytanie o parametry takiego urządzenia odpowiedź powinna brzmieć jak ta z katalogu Rolls-Royce’a – są wystarczające. Hegel H360 to jednak coś znacznie więcej niż parametry i spełnianie wysokich wymagań. To także niesamowita aura brzmieniowa; wybitnie przekazana atmosfera oraz ta namiastka realizmu, o którą walczy i której poszukuje każdy audiofil. Panowie inżynierowie z Hegla: dere gjør en utrolig bra jobb. Stå på videre!
Bartosz Luboń
hegel h630 02

Z firmą Hegel jestem zapoznany dość dobrze. Zdaje się, że namówiłem nawet polskiego dystrybutora, by zainteresował się jej ofertą.
H360 to najnowszy, a zarazem najdroższy wzmacniacz zintegrowany w katalogu. Wewnątrz, prócz solidnej konstrukcji, odnajdziemy pełnoprawny DAC z mnogością wejść cyfrowych oraz, co intrygujące, z odbiornikiem UPnP oraz AirPlay. Dzięki nim możemy grać bezpośrednio z dysków sieciowych (NAS) oraz smartfonów. Także słuchanie serwisów streamingowych, jak choćby Tidal czy Spotify, nie będzie problemem.
Odsłuchy rozpocząłem od DAC-a. Po wpięciu H360 do zestawu odniesienia w miejsce używanego na co dzień HD25, okazało się, że wbudowany we wzmacniacz przetwornik nie ustępuje brzmieniem wolnostojącemu. HD25 jest może minimalnie bardziej rozdzielczy i nieco lepiej odwzorowuje przestrzeń, ale nie są to duże różnice, raczej niuanse. Charakter brzmienia, temperatura barw i układ akcentów pozostają niemal identyczne. Moim zdaniem, nie ma o co kruszyć kopi, choć jeśli dążymy do dźwiękowego absolutu, to zewnętrzny przetwornik bardziej się do niego zbliża.

mag0407012016 002
Skuszony zapewnieniami producenta o wysokim współczynniku tłumienia, rozpocząłem słuchanie od wglądu w niskie tony. Deklaracje pokrywają się z rzeczywistością, ponieważ czy to z Bowersami, czy z Beethovenami, bas był trzymany krótko, jak to się kolokwialnie określa: „za pysk”. Pozostał przy tym rozciągnięty i wypełniony. W obu systemach poprawiła się rozdzielczość tego zakresu. Łatwiej można było śledzić wyczyny instrumentów operujących w tej części pasma, np. gitary basowej. Partia basu w utworze „In Memoriam” Steve’a Hacketta jest trudna do prawidłowego odtworzenia. Norweski wzmacniacz nie miał z tym trudności. Co istotne, bas był również rewelacyjnie szybki. W „The Truth Will Always Be” Pata Metheny pojawia się niespodziewane uderzenie w bęben. W wykonaniu Hegla było ono twarde i tak gwałtowne, że brzmiało jak wystrzał z pistoletu. Natomiast w „El Macho” Knopflera wyraźnie było słychać lekkie przesterowanie stopy perkusyjnej, tak czytelne i jednoznaczne, że najadłem się strachu, iż sparciało gumowe zawieszenie jednego z przetworników niskotonowych. Warto też wspomnieć o kontrabasie Charliego Hadena. Został oddany szlachetnie, w odpowiednich dla niego rozmiarach i pełni możliwości w najniższych oktawach. W tym segmencie cenowym tak dobra reprodukcja basu to rzadkość.
Góra pasma dotrzymuje kroku niskim tonom. Najprościej można powiedzieć, że jest szlachetna. Nie ma ostrości ani zapiaszczenia; jest gładkość, blask i pełnia. Nie znaczy to, że wysokie tony zostały złagodzone. Po prostu, ich rozdzielczość i sposób prezentacji powodują, że nie odnosi się wrażenia sterylności ani natarczywości. Słychać natomiast muśnięcia i niuanse, choć trzeba chcieć się na nich skoncentrować. Hegel przekazuje bowiem muzykę całościowo, skupiając się na tym, by każdy element idealnie pasował do pozostałych.
Warto posłuchać „Are You Going With Me” Pata Metheny z Anną Marią Jopek. Muzyka skrzy się detalami i można się głęboko zanurzyć w tym spektaklu. Do tego trzeba dodać hektary przestrzeni wszerz i w głąb sceny – pod tym względem ograniczeniem nie będą wymiary pokoju odsłuchowego, ale pomieszczenia, w którym zrealizowano nagranie. Czytelność planów oraz umiejscowienie muzyków na scenie były nienaganne.
Średnica prezentuje ten sam poziom jakościowy co skraje pasma i jest z nimi organicznie połączona. Przejścia między zakresami są płynne, a brzmienie spójne, bez ekspozycji wybranych fragmentów. Rozdzielczość pozostaje na bardzo wysokim poziomie. Zarówno ludzkie głosy, dźwięki instrumentów, jak i towarzyszące im elementy pozamuzyczne, takie jak oddechy czy stuknięcia, są czytelne. Tak jak wcześniej, smaczki stanowią naturalny element muzycznego przekazu.
Znakomita spójność pasma przekłada się na rzetelne oddanie treści zawartych w nagraniach. Poprzednia generacja wzmacniaczy Hegla była dla mnie zbyt dokładna, kosztem lekkiego wystudzenia emocji. H360 jest inny. Udało mu się przekazać bogactwo emocji bez utraty rozdzielczości. To majstersztyk. Nie słyszałem jeszcze wzmacniacza z tego zakresu cenowego, który by to potrafił.
Na koniec o dynamice. Skala mikro prezentuje poziom wystarczający do prawidłowego przedstawienia niuansów nagrań. Ale dopiero makrodynamika powala. Zarówno z B&W 804S, jak i z Vienną Acoustic grało rewelacyjnie. Przejście orkiestry z piano do forte było iście bombowe. Odsłuch ścieżki dźwiękowej „Gladiatora” nie pozostawia złudzeń, że toczy się wojna. Dla Hegla nie było ograniczeń ani oznak kompresji. Tylko nieskrępowana, czysta moc.
Hegel H360 bardzo mi się spodobał. Zasługuje na uwagę każdego, kto ceni rzetelność reprodukcji barw, szacunek dla szczegółów i wiernie oddany klimat nagrań. Prezentacja jest neutralna – bez zbędnej analityczności, ale i bez ocieplenia. Mocy wystarczy do kontroli nawet trudnych kolumn, a w prezencie dostajemy pełnowartościowy przetwornik c/a.
Zdecydowanie polecam zapoznać się z przybyszem z Północy. Trudno będzie znaleźć dla niego konkurencję, nawet wśród sporo droższych wzmacniaczy.
Krzysztof Kalinkowski

 

 

 

hegel h630 o

 

Bartosz Luboń i Krzysztof Kalinkowski
Źródło: MHFM 01/2016

Pobierz ten artykuł jako PDF