Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

Mark Levinson No.326S + No.531H

44-50 06 2012 01Początek lat 70. zwiastował nadejście nowej epoki w hi-fi. Dopiero wtedy wzmacniacze tranzystorowe zaczęto traktować jako sprzęt wysokiej jakości, a nie zabawki dla miłośników nowinek technicznych. Stało się to za sprawą kilku firm, które stworzyły wzorzec mocnego pieca.

Wtedy rozpoczął się także wyścig zbrojeń, polegający na mnożeniu watów. Jak na złote czasy przystało, nie miały one jednak wiele wspólnego z dzisiejszymi energooszczędnymi erzacami oraz impulsowymi zasilaczami, przypominającymi żywność „light”.

Klasa A stanowiła normę, ale wówczas zieloni pseudospece od ocieplenia klimatu jeszcze siedzieli w piaskownicach i bezpłatnie emitowali CO2, dłubiąc przy tym w nosie.
Mark Levinson czuł parcie na zakładanie firm. W młodych latach kierował nim entuzjazm, co w połączeniu z wiedzą konstruktora i intuicją wizjonera zaowocowało narodzinami legendy. Sam twórca nie spodziewał się zapewne, że jego nazwisko wejdzie do historii hi-fi jako jedno z najlepiej rozpoznawalnych. Niewykluczone jednak, że tego podświadomie oczekiwał, bo inaczej nazwanie firmy własnym imieniem i nazwiskiem wypadałoby uznać za megalomanię.
Mark wystartował od wysokiego fis (jak w arii „Królowej Nocy”), a użytkownicy i krytyka zgodnym chórem okrzyknęli jego konstrukcje przełomowymi. Przedwzmacniacz JC-1 (ML-1) i końcówki mocy ML-2 i 3 stanowiły marzenie każdego audiofila. Emitowały potężną moc w klasie A i dźwięk, nad którym rozpływali się recenzenci. Mimo to w 1984 roku firma stanęła na skraju bankructwa.
Ratunkiem okazała się jej sprzedaż. Mark Levinson wszedł w skład koncernu Harmana, a ściślej mówiąc – grupy Madrigal Audio Laboratories. Zadomowił się tam i pod jej skrzydłami pozostaje do dziś. Natomiast założyciel zajął się tym, co potrafi najlepiej, czyli zakładaniem. Tym razem powstała kolejna firma – Cello.
Ale i ta poszła w końcu pod młotek, bo Mark miał zdecydowanie ciekawsze zajęcia. Jednym z nich były badania naukowe, jakie intensywnie przeprowadzał ze swoją żoną, aktorką Kim Cattrall. Na ich bazie powstała książka „Satysfakcja, czyli sztuka kobiecego orgazmu”.
Stan ten był zresztą Markowi doskonale znany, bo wielu audiofilów doznawało go na widok jego pieców. Wyglądały trochę topornie, ale imponująco. I zawsze schlebiały amerykańskiej doktrynie konsumpcyjnej: „nie istnieją za duże samochody, lodówki ani telewizory”.

44-50 06 2012 03     44-50 06 2012 04

Budowa
Przedwzmacniacz No.326S
No.326S przeczy tej teorii, bo jest nikczemnej postury. Jest też jedynym preampem w ofercie Levinsona. Przy szerokiej gamie końcówek wydaje się to dziwne, ale producent twierdzi, że wystarczy. Ma być doskonałym elementem toru, w związku z czym nie ma sensu mnożyć bytów. Ma też pasować do każdego zestawienia. A że jest drogi? Osoby z takim podejściem nie mają czego szukać w katalogu Levinsona. Nie zdecydowano się w każdym razie na „kastrowanie” konstrukcji i „budowanie” na jej bazie tańszych klonów. Może być najwyżej lepiej. Dlatego biuro projektowe od lat pracuje nad referencyjnym preampem, mającym przerosnąć No.326. Efektów ciągle nie widać.
Jeżeli chodzi o jakość wykonania, mamy do czynienia z perfekcją. Dotyczy to zarówno obudowy, jak i wnętrza. Na zewnątrz widać szczotkowane i polerowane aluminium. Łatwo pozostawić odciski palców, więc sugeruję korzystanie z pilota. Dwie duże i gładko obracające się gałki służą do regulacji głośności i wyboru źródła. Jeżeli korzystamy tylko z nich, obsługa jest prosta. Gorzej, jeśli zechcemy użyć pięciu przycisków pod wyświetlaczem. Przedwzmacniacz oferuje wiele możliwości i regulacji, przez co korzystanie z nich jest skomplikowane i wymaga przestudiowania opasłej instrukcji obsługi. Nie lubię takich „unowocześnień” i, szczerze mówiąc, na sam widok mrowiska opcji dostaję choroby sierocej, ale pozostaje nadzieja, że jak już raz wszystko ustawimy, to nie będziemy musieli potem do „menu” wracać.
A propos tego ostatniego – menu to ja owszem, lubię, ale w restauracji, a nie we wzmacniaczu. Ale wolę już sytuację, kiedy wzmacniacz jest komputerem od tej, w której komputer jest wzmacniaczem. W każdym razie, możecie moją opinię spokojnie uznać za pochopną, subiektywną i krzywdzącą i bawić się do woli. A jest czym.
Można dobrać wzmocnienie dla poszczególnych wejść, zdefiniować tłumienie w trybie „mute”, włączyć tryb mono, nadać nazwy wejściom (do 7 znaków), pobalansować itp.
Do wyboru jest siedem wejść (3 x XLR plus 4 x RCA). Gniazda są złocone, wysokiej jakości. Podobnie wyjścia: po parze czinczów i cannonów. Całość opiera się na czterech płaskich, podbitych gumą nóżkach.
Połowę wnętrza zajmuje żółtopomarańczowa płytka drukowana (laminat Nelco) ze stojącymi niczym kompania reprezentacyjna WP elementami elektronicznymi. Układ jest symetryczny i ma konstrukcję dual-mono. Pod ekranem ukryto zasilanie i sterowanie. Izolacja miała na celu redukcję szumów, pochodzących z zasilacza. Zastosowano także rozbudowaną filtrację.
Prąd dostarczają dwa spore transformatory: pierwszy karmi układy sterujące, drugi – całą resztę. Uwagę przyciąga dokładny ręczny montaż.
Do tak eleganckiego klocka nie można było dodać taniego pilota. Ten do ML jest niewielki, ale ciężki, bo wykonany w całości z metalu. W odróżnieniu od płyty czołowej, jego obsługa jest intuicyjna, a ilość przycisków ograniczono do minimum.
Praca gałki głośności wymaga osobnego omówienia. Zachwyca aksamitnością i stabilnością obrotów. Do tego jest precyzyjnie wyskalowana. Aby zrobić wyraźnie głośniej, trzeba wykonać kilka pełnych obrotów. Ucieszy to zwłaszcza osoby, które słuchają cicho. Wtedy przyda się tysiąc i jeden dyskretnych jak stary szwajcarski bankier poziomów.

Reklama

Monobloki No.531H
Niewielki przedwzmacniacz ginie przy dwóch ogromnych monoblokach, ważących po 24 kg. Ich obudowy są także zrobione z grubych płatów aluminium anodowanego na czarno. Z przodu znajduje się tylko włącznik sieciowy. Z tyłu także jedynie to, co niezbędne: gniazdo zasilające IEC, po jednym wejściu symetrycznym i RCA oraz zacisku dla kolumn typu „Hurricane”. To porządne złącze, ale nie przyjmuje wtyków bananowych. Niestety, taki to już „American standard”. Pozostają widełki, bo żaden człowiek przy zdrowych zmysłach nie będzie owijać wokół nagwintowanego trzpienia gołego kabla.
Miłość Amerykanów do widełek ma uzasadnienie w tym, że stosują oni przeważnie grubaśne i ciężkie kable. Przy takim obciążeniu wtyk bananowy mógłby się złamać. Dla mnie to dosyć mętne tłumaczenie. Na szczęście w każdym porządnym sklepie można kupić przejściówki i po kłopocie.
Nowością jest gniazdo Ethernet. Służy do instalacji multiroom, sterowanych na przykład procesorami Harmana.
Wewnątrz skrzyń jest sporo miejsca. Uwagę przyciągają od razu: ogromny transformator toroidalny ukryty pod izolacyjną puszką i jeszcze bardziej okazały radiator (na górnej ściance obudowy, tuż nad nim, zostawiono otwór wentylacyjny), do którego przykręcono tranzystory. Jakie? Nie wiem, nie udało się zajrzeć pod ściśle przylegającą osłonę. Oprócz tego są dwie płytki drukowane, przytwierdzone pionowo do bocznej ścianki obudowy. Mniejsza to odbiornik Ethernetu; większa filtruje prąd. W dalszej części zasilacza zamontowano 14 niewielkich kondensatorów Nichicona o pojemności 3300 μF każdy. Nie za bogato.
Układ jest zbalansowany i ma aktywne sprzężenie zwrotne oparte na kości International Semiconductor. Pracuje w trybie prądowym, nie napięciowym, co ma zapewnić wzmacniaczom szybkość i niskie zniekształcenia.
Każdy monoblok produkuje 300 W/8 Ω. Przy spadku do 4 omów moc wzrasta do blisko 500 W. Jak zapewnia producent, komplet powinien wysterować każde kolumny, nawet o głębokich spadkach impedancji.
Elementy tria doskonale do siebie pasują i aż się prosi, aby zbudować z nich wieżę. Z braku miejsca musiałem tak zrobić, ale wzmacniacze mocy będą miały większy komfort pracy, kiedy staną w wolnej przestrzeni. Znajdą się także zwolennicy umieszczania ich blisko kolumn. Wtedy od przedwzmacniacza biegną długie interkonekty, ale w przypadku połączenia XLR-ami można sobie na to pozwolić. Odcinki kabli głośnikowych są w takim przypadku krótkie. Nie próbowałem takiego połączenia.
Klasa wykonania, jakość użytych materiałów, możliwości i uroda – to wszystko przywodzi na myśl limuzynę najwyższej klasy. Może to jeszcze nie Maybach, ale Bentley – na pewno.

44-50 06 2012 02     44-50 06 2012 06

Konfiguracja
Monobloki można połączyć niemal z dowolnymi kolumnami. Ich moc i wydajność sprawiają, że powinny sprostać najtrudniejszym zadaniom.
W teście komplet wzmacniaczy pracował ze źródłami: Gamut CD 3 oraz Mark Levinson No.512 i kolumnami Audio Physic Tempo VI i Revel Studio 2.

Wrażenia odsłuchowe
Moc, wydajność i same rozmiary pobudzają apetyt. Jeżeli dodamy do tego cenę, spodziewamy się trzęsienia ziemi, trąby powietrznej i fali tsunami razem wziętych. Tymczasem wzmacniacz zaskakuje kulturą i wyważeniem. Nie tylko pomiędzy zakresami, ale mariażem przyjemności słuchania i efektownej prezentacji. Oczywiście, jeżeli będziemy chcieli się ogłuszyć i oszołomić naszych gości „supersprzętem”, odpowiedni dobór nagrań załatwi sprawę. Dłuższe słuchanie prowadzi jednak do wniosku, że
Levinson nie do tego służy.
Pamiętam mój kontakt z integrą No.383. Wprawdzie było to już 20 kilogramów temu, ale do dzisiaj mam w głowie jej rzadko spotykaną cechę. Wraz z przyrostem głośności nie pojawiał się hałas, a barwa dźwięku w zasadzie się nie zmieniała. Robiło się go tylko więcej. Dzielonka ma tę samą zaletę i przez to możemy się zapomnieć. Nie ma sygnału ostrzegawczego, przy którym zapalałaby się czerwona lampka w mózgu i odruchowo sięgalibyśmy po pilot, żeby ściszyć. Słuchamy głośniej, głośniej i... Nic nie przeszkadza. Dopiero stukanie w kaloryfer przywołuje nas do porządku, ale i tak w duchu myślimy: „o co tym ludziom chodzi?”.
W porównaniu z integrą, dysponujemy znacznie większym potencjałem i czujemy to wcale nie wtedy, kiedy kolumny ryczą jak trąby jerychońskie. Od początku skali dźwięk jest nasycony, masywny, chciałoby się powiedzieć: gęsty. Mamy do czynienia nie ze zwiewną, ażurową konstrukcją, ale z solidnym budynkiem, wspartym na głębokich fundamentach. W dodatku jednolitym jak skała.
Mimo to, trudno Levinsonowi odmówić lekkości i wyrafinowania. Dostrzeżemy mnóstwo szczegółów tła. Na płytach Dream Theater pojawiły się nowe ścieżki, dotąd maskowane przez ciężkie i bogate aranżacje. A że grupę tworzą muzycy z prawdziwego zdarzenia, utwory nabierają głębszego sensu.
Szczegółowość nie ma nic wspólnego z ekspozycją góry. Przeciwnie – ta ma lekko wygładzony, zmiękczony charakter. Jest w niej aksamit, konsystencja pianki do golenia Avene i ciepło rozgrzanej kołdry. Wzmacniacz unika agresji; nie kaleczy uszu. Nie robi tego tak dosłownie, jak kolumny Vandersteena, ale odczuwam tu pokrewieństwo dusz konstruktorów. Tak samo mamy do czynienia z lekko ocieploną i zaokrągloną średnicą. Warto jednak położyć nacisk na słowo „lekko”, bo wszelkie ingerencje w „naturalnie liniowy” przekaz mają jedynie na celu nadanie muzyce powiewu romantyzmu. Wszystko się odbywa na zasadzie dodania szczypty szafranu do zbalansowanej smakowo potrawy. Tak, aby na języku pojawiła się ledwie zauważalna nutka egzotyki.
Pomimo potężnych możliwości dynamicznych wzmacniacza, w muzyce dominuje spokój. Zawsze się zastanawiam, co mieli na myśli koledzy po piórze, określając dźwięk jako „dojrzały”. Już chyba wiem: to zaprawiona spokojem precyzja i zespół cech, w którym nie ma słabego punktu. Taki jest Levinson – spokojny, mądry doświadczeniem życiowym i celny w ripostach. Mało mówi, ale zawsze sensownie i wtedy, kiedy ma coś do powiedzenia. W zasadzie ani razu w trakcie odsłuchu (a trwał blisko trzy tygodnie) nie zostałem powalony jakimś pomrukiem basu pochodzącym z jądra Ziemi, holograficznym pejzażem ani zaskakującą barwą instrumentu. Wszystko brzmiało, jak należy, a muzyka po prostu płynęła z głośników. Nawet gdyby wokół świat się walił, wystarczyło usiąść, skupić się przez pięć minut i mózg przechodził w fazę odpoczynku, izolacji od otoczenia.
Bas? W zasadzie gdyby nie konieczność skreślenia kilku słów opisu, pominąłbym go milczeniem. Bo jest. Tam, gdzie trzeba i taki, jak trzeba. Nigdy nie przesadzony, kontrolowany, głęboki, miękki. Kolumnom sterowanym potężnymi monoblokami nie wyrasta subwoofer. Membrany nie dostają nagle wariackich papierów. Niskie tony towarzyszą muzyce, nie wychodząc na pierwszy plan i tylko kiedy jest to niezbędne, wprawiają w taniec świętego Wita szklanki w kuchennej witrynie. W podrasowanych audiofilskich realizacjach pojawia się ulubiona przez wielu „chmura basowa”, ale to już zależy bardziej od okoliczności niż samego wzmacniacza.
Umiar, kultura i swoboda to środki do celu, jakim jest słuchanie klasyki. Owszem, niektórzy ograniczają kontakt z nią do armat w „1812” Czajkowskiego albo sola bębna wielkiego w „Fantastycznej” Berlioza. Levinson ich zaspokoi, ale przejdzie przez te momenty, jakby ich nie dostrzegając, za to roztoczy opiekę nad całością. Pozwoli nam posłuchać po kolei wszystkich symfonii Beethovena albo cyklu pieśni Schuberta. Dojrzali słuchacze dostrzegą w nich naturalne piękno, a reszta?
Może wrócić do dobrego rocka? Da radę, chociaż trzeba się przygotować na nowe spojrzenie. „The Doors” to także relaks i spokój. Odniosłem wrażenie, że wzmacniacz trochę poprawia nagrania. Pozbawia ich szorstkości i surowości. Czy się to komuś spodoba, to kwestia indywidualna, bez wartościowania. To nie zaleta ani wada, a cecha – własny sposób na muzykę. Na pewno większości osób przypadnie do gustu to, że urządzenie gra równo. Pokazuje kontrasty dynamiczne, ale nie robi z nich głównej atrakcji. Ta równość niemal poprawia miks ze studia i proporcje pomiędzy głosem Morrisona a solami Manzarka i Kriegera. Stają się bardziej wysublimowane, ale mniej drastyczne. Mimo tej grzeczności i układności czuje się atmosferę studia i nieobliczalność muzyki. Ech, szkoda, że nie mam tej płyty na porządnym winylu...
W przestrzeni Levinson skupia się na pierwszych planach. Nie buduje szerokiej i głębokiej sceny, nawet w nagraniach o dużym pogłosie. To zresztą zamierzony efekt, bo koncentracja na pierwszych planach wzmaga wrażenie bezpośredniości dźwięku. Jednak stereofonia jest w stanie przyciągnąć uwagę. Chociaż nie zachwyca rozmiarami, to panuje w niej taki porządek, że niejedno studio z dobrym torem kontrolnym się chowa.

44-50 06 2012 07     44-50 06 2012 05

Konkluzja
Dzielony wzmacniacz z USA upiększa muzykę na własną modłę. Pokazuje firmowy charakter brzmienia, swoją estetykę i spojrzenie na każdą płytę, jaką wygrzebiecie z półki. Czyni to jednak z takim wyczuciem i umiarem, że zasługuje na brawa. Jeżeli dojrzeliście już do takiego dźwięku i męczy Was efekciarstwo, to szklaneczka whisky w dłoń, nabijamy gilzę sezonowanym tytoniem (polecam Van Nelle) i słuchamy. Najlepiej do jutra. Jeżeli coś się zmęczy, to można winić tylko fotel i stare gnaty.

44-50 06 2012 T

Autor: Maciej Stryjecki
Zdjęcia: Mirosław Janus
Źródło: HFiM 6/2012

Pobierz ten artykuł jako PDF