Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

Heinrich Wilhelm Ernst - Niesłusznie zapomniany wirtuoz

76-78 12 2011 01Historia nie dla wszystkich wielkich muzyków bywa łaskawa. Pisząc dużo i ciepło o Henryku Wieniawskim, warto wspomnieć o innym genialnym wirtuozie skrzypiec, o którym pamięta dziś niewielu melomanów.

 

Trudno powiedzieć, dlaczego Heinrich Wilhelm Ernst nie ma dziś konkursu swojego imienia, ani setek płyt ze swoimi utworami. Być może nie przyszedł jeszcze jego czas? To, co dzieje się obecnie z twórcami baroku dzięki odkryciu na nowo Bacha, a później w 1930 roku Vivaldiego, nie jest jeszcze dane artystom XIX-wiecznym. Nie pasjonują się nimi muzykolodzy; nie próbują poszukiwać ich utworów wybitni instrumentaliści. Z tamtego czasu znamy wciąż te same nazwiska, które przetrwały dziejowe burze. Pomijając największych geniuszy, publiczność zna i podziwia takich twórców jak Anton Rubinstein, Josef Gabriel Rheinberger czy Carl Reinecke, ale już kompletnie nic nie wie o artystach takich jak Hans Rott, który zmarł w wieku 25 lat, popadając wcześniej w obłęd, a którego symfonie wyprzedzały swoją wielkością utwory Mahlera. Nawet wspominany kiedyś na naszych łamach Charles Alkan wciąż czeka na należne mu miejsce wśród największych. Do grona niesłusznie zapomnianych można zaliczyć także Heinricha Wilhelma Ernsta.


Kłopoty z napisaniem jego biografii zaczynają się już na wstępie. Przez długie lata jako datę urodzin Ernsta podawano błędnie 6 maja 1814 roku. Być może zawinili rodzice skrzypka, którzy świadomie nieco go odmłodzili, by dłużej mógł koncertować po Europie jako cudowne dziecko. W rzeczywistości Heinrich urodził się 8 czerwca 1812 roku w Brnie, zwanym wówczas Brünn. Ustalił to w 2008 roku Mark Rowe, autor jedynej dotąd książki o tym artyście („Heinrich Wilhelm Ernst: Virtuoso Violinist”; Ashgate 2008). Jemu także zawdzięczamy próby odnalezienia i zebrania wszelkich dokumentów związanych z życiem Ernsta, co okazało się pracą trudną, a czasem beznadziejną.
O rodzinie Ernsta wiemy tylko tyle, że była wyznania żydowskiego i prawdopodobnie nie należała do biednych. Chłopiec zaczął grać na skrzypcach stosunkowo późno, bo w wieku 9 lat, ale okazał się talentem w czystej postaci. Postępy robił błyskawicznie i prywatne lekcje wkrótce zamienił na klasę wiedeńskiego konserwatorium. Tam, mając zaledwie 13 lat, studiował pod okiem najlepszych pedagogów. Skrzypiec uczył go Joseph Böhm, którego wychowankami byli również genialny wirtuoz Joseph Joachim oraz Ede Remenyi – muzyczny współpracownik młodego Brahmsa. Kompozycję wykładał Ignaz von Seyfried, który uczęszczał na lekcje fortepianu do samego Mozarta, akomponowaćuczyłsięuAlbrechtsbergera i Wintera.
Mimo tak zacnych profesorów, Ernst okazał się rogatą duszą, którą zdecydowanie ciągnęło w świat. W 1828 roku poszedł na wagary, by posłuchać koncertu najsłynniejszego wirtuoza skrzypiec – Niccolo Paganiniego. Niemal zahipnotyzowany, zamiast ćwiczyć, chodził na kolejne 13 koncertów, które jego idol dał w czasie wizyty w mieście. Zaraz potem rzucił studia i ruszył w podróż po Europie za niedoścignionym mistrzem. Ten nie pozostał chłopcu dłużny i widząc rodzący się talent, doradził mu karierę solisty, zamiast posady w królewskiej orkiestrze w Monachium, którą Ernstowi zaproponowano. Obaj jeździli po kontynencie, występując w tych samych miastach. Publiczność gorąco oklaskiwała nastoletniego Ernsta, ale nie były to owacje tak frenetyczne jak po koncertach Paganiniego. Młodzieniec popadł w końcu w depresję i na pięć dni zamknął się w hotelowym pokoju, z którego ani na chwilę nie wychodził. Na szczęście nie skończyło się to jakimś dramatycznym i pochopnym czynem. W głowie Ernsta powstał za to diabelski pomysł. Jeżdżąc za Paganinim, zaczął wynajmować pokoje nie tylko w tych samych hotelach co mistrz, ale również w bliskim sąsiedztwie jego sypialni. Dzięki temu przez ścianę mógł słuchać jak Paganini ćwiczy swoje arcytrudne dzieła, a korzystając z własnego talentu, zaczął się ich uczyć ze słuchu. Była to w zasadzie jedyna metoda na ich poznanie, bo utwory nie były jeszcze wtedy wydane drukiem.

76-78 12 2011 02     76-78 12 2011 05

Gdy w 1830 roku we Frankfurcie panowie spotkali się ponownie, Ernst zagrał bezbłędnie z pamięci utwór „Nel cor piu non mi sento” Paganiniego, wzbudzając powszechny podziw zarówno publiczności, jak i autora. Chcąc chronić swój dorobek, wirtuoz powziął jednak środki zaradcze. Gdy kiedyś Ernst odwiedził go w mieszkaniu, Paganini od razu schował pod łóżko wszystkie partytury swoich utworów mówiąc, że na wszelki wypadek warto, by młodzieniec nie tylko tych nut nie słyszał, ale nawet z daleka nie oglądał. Technika Paganiniego stała się dla Ernsta niemal obsesją. Podpatrywał, podsłuchiwał, długimi godzinami ćwiczył, by dorównać mu biegłością, choć sam dysponował godnymi podziwu umiejętnościami.
Świadczą o tym choćby kompozycje, które po sobie zostawił. Najsłynniejszą z nich jest dziś „Elegia”, ale też trzeba powiedzieć, że jest ona bodaj najprostszym technicznie utworem Ernsta. Znacznie trudniejsze są jednoczęściowy Concerto Pathetique fis-moll oraz burleska na temat „Karnawału weneckiego”. Jego sześć polifonicznych etiud zajmuje się problemami, które potem poruszy w swoich sonatach dopiero Eugene Ysaye. Jak je grał? Wystarczy zacytować Berlioza: „Był jednym z niewielu artystów, których naprawdę uwielbiałem i przykładem talentu, który najmocniej mnie fascynował”, albo wspomnianego Josepha Joachima: „Ernst był największym skrzypkiem, jakiego w życiu słyszałem, artystą, który bił na głowę wszystkich innych. Kto nie słyszał jego gry, nigdy się nie dowie, jak pełna treści i emocji może być skrzypcowa kantylena”. Czy dorównywał Paganiniemu? Technicznie był może mniej idealny i nie było w nim owej ognistej brawury, za to wielu podkreślało jego wyjątkowe brzmienie i emocje, jakie umiał wzbudzić w słuchaczach. Paganini był showmanem. Ernst, poza wirtuozerią, szukał w muzyce ekspresji.
Od 1830 roku życie młodego artysty składało się niemal wyłącznie z kolejnych podróży koncertowych. Wiódł żywot wędrowca, mieszkając w hotelowych pokojach. Dni spędzał na ćwiczeniu i komponowaniu, a wieczorami występował przed żądną wrażeń publicznością. Niewiele wiemy o szczegółach jego życia. Jest to o tyle zaskakujące, że przecież nie był odludkiem. Poświęcił się karierze. Żył wśród ludzi i dla ludzi, a mimo to pozostaje postacią mocno tajemniczą. Wiadomo na pewno, że w 1842 roku w Brukseli kilkakrotnie zagrał na altówce „Harolda z Italii” Berlioza, pod dyrekcją kompozytora. Po 1844 roku osiedlił się natomiast w Anglii, gdzie wszedł w skład Beethoven Quartet Society, grając Beethovenowskie kwartety w towarzystwie najwybitniejszych artystów epoki – Josepha Joachima, Henryka Wieniawskiego i Alfredo Piattiego. W 1862 roku podupadł na zdrowiu, cierpiąc z powodu nasilających się nerwobóli. Ostatecznie uniemożliwiły mu one dalszą karierę. Siedem ostatnich lat życia spędził na zasłużonej, choć wczesnej emeryturze, głównie w Nicei. Tam też zmarł w wieku 53 lat, 8 października 1865 roku.

76-78 12 2011 03     76-78 12 2011 04

Śmierć Ernsta zakończyła nie tylko jego karierę. Była też początkiem końca pamięci o tym wielkim muzyku. Jego piekielnie trudne utwory nie w smak były nawet największym wirtuozom, którzy rzadko ryzykowali swoje palce, by je poznać i pokazać publiczności. Gdy nastały czasy fonografii, ani Kreisler, ani Kubelik, Elman, Milstein, Thibaud czy Heifetz nie nagrali niczego z dorobku Ernsta. On sam nie miał uczniów, którzy mogliby pokazać potomnym jego kompozycje i być żywymi przekaźnikami skrzypcowej metody. Nie zachowały się żadne dokumenty ani akta urzędowe. Nie było potomków ani orkiestr, w których by grał, czy instytucji, które mogłyby się przyczynić do poznania szczegółów życia artysty. Ciąg zbiegów okoliczności sprawił, że człowiek tak znany i ceniony kompletnie się rozmył na przestrzeni zaledwie kilkudziesięciu lat. Jego akta z wiedeńskiego konserwatorium zaginęły. W Holokauście zgładzono całą pozostałą przy życiu rodzinę i rozgrabiono majątek, a Brno, w którym się urodził, zostało zniszczone w czasie II wojny światowej. Dobrze, że udało się chociaż powiesić pamiątkową tablicę na domu, w którym przyszedł na świat. Jakby tego było mało, po 1945 roku w Nicei ulica jego imienia została przemianowana, a archiwa wydawcy, Chappella, spłonęły w 1964 roku.
Na szczęście, po latach kompletnego zapomnienia, dorobek Ernsta powoli wychodzi na światło dzienne, przyczyniając się do przypomnienia światu o genialnym wędrownym skrzypku. Dziś płyty z jego muzyką nagrywają współcześni mistrzowie smyczka: Vadim Repin, Ruggiero Ricci, Maxim Vengerov, Ilya Grubert, Aaron Rosand, Ingolf Turban, Gidon Kremer czy Ilya Gringolds. Pozostaje mieć nadzieję, że przyjdzie czas, gdy jednym tchem będziemy wymieniać nazwiska Wieniawskiego, Sarasatego, Joachima czy Vieuxtemps’a i właśnie Ernsta. Jego znaczenie dla rozwoju skrzypcowej wirtuozerii jest nie mniej istotne, a do tego zapisał się na kartach historii muzyki także innymi ważnymi faktami. W swojej książce Rowe pisze: „To on z sukcesem przekonał Roberta Schumanna, aby profesjonalnie zajął się muzyką oraz uratował karierę młodego Joachima. Ponadto wynalazł kilka nowych technik skrzypcowych, szczególnie w kwestii gry pizzicato lewą ręką oraz flażoletów. Był pierwszym żydowskim wirtuozem, który podbił Europę, wzorem i pionierem dla wszystkich następnych. Wreszcie, poza stworzeniem własnych, niezwykle popularnych i trudnych utworów, zapisał się jako ten, który na nowo odkrył dla świata późne kwartety Beethovena, wtedy mocno niedoceniane i mało znane”.
Ernst to człowiek, o którym warto pamiętać nie tylko w kontekście niedawnego Konkursu Wieniawskiego, z którym przecież grywał w Londynie.

 

Autor: Maciej Łukasz Gołębiowski
Źródło: HFiM 12/2011

 

Pobierz artykuł jako PDF