Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

Rotel RCD-06 SE

21-41 02 2010 RotelRCD-06SE 01Rotel należy do firm, które darzę szczególną sympatią. Zwłaszcza za jej najtańsze urządzenia, których używałem jeszcze za studenckich czasów.

Kiedy brakuje kasy, a ma się wysokie wymagania, niewiele firm będzie je w stanie spełnić. Sprzętem hi-fi interesowałem się chyba zawsze, a w czasach młodości durnej i chmurnej specjalnie groszem nie śmierdziałem. Pierwszym moim „poważnym” wzmacniaczem był właśnie Rotel i do dziś pamiętam, że wybrałem go po wielu odsłuchach.


Od tamtej pory sytuacja specjalnie się nie zmieniła, bo firma nadal proponuje solidne wykonanie i dobrą jakość dźwięku. O ile w przypadku najdroższych modeli można szukać bardziej „audiofilskich” rozwiązań, to tani Rotel pozostaje jedną z najlepszych opcji na rynku.
Odtwarzacz RCD-06 jest produkowany od dawna. Teraz zastępuje go wersja SE.

Budowa
Z zewnątrz oba modele nie różnią się niczym prócz literek w symbolu. Nadal mamy do czynienia z surowym wzornictwem. Płyta czołowa jest wręcz goła. Poza szufladą i punktowym wyświetlaczem, którego nie można ani przyciemnić, ani zgasić, do dyspozycji mamy tylko sześć przycisków uruchamiających podstawowe funkcje. To jednak w zupełności wystarczy i czyni obsługę bardziej intuicyjną. RCD-06 na pewno nie jest sprzętem dla osób, które lubią mnóstwo światełek i guziczków. Inne docenią jednak oszczędność projektu, która zawsze okazuje się ponadczasowa. Ja zaliczam się do drugiej grupy i zawsze patrzę z sympatią na „spartańskie wyposażenie”. Zwłaszcza jeżeli idzie w parze z jakością wykonania.

21-41 02 2010 RotelRCD-06SE 02     21-41 02 2010 RotelRCD-06SE 03

Tej nie sposób nic zarzucić, bo obudowę wykonano w całości z metalu, równie dokładnie jak u Creeka. Komplet wyjść to także minimum: cyfrowe koaksjalne i para analogowych (złocone, szeroko rozstawione RCA). Oprócz nich mamy jeszcze wyzwalacz i sterowanie systemowe oraz dwubolcową sieciówkę.
Wnętrze wygląda identycznie jak w modelu 06. Porównując zdjęcia, można się pobawić w „wytęż wzrok i znajdź 10 szczegółów”. Widzimy taki sam zasilacz – transformator z rdzeniem C, przykryty plastikowym profilem i dwa spore elektrolity Rubycona. Elektronika mieści się na dużej płytce. Różnice w stosunku do starszego modelu są jednak dosyć istotne. Przetwornik to, zamiast Burr-Browna, Wolfson. Zmieniono także elementy w filtrze i buforze na niskoszumowe oporniki i lepsze kondensatory sprzęgające na wyjściu.
Pilot jest wielki i brzydki, ale funkcjonalny oraz prosty w obsłudze.

21-41 02 2010 RotelRCD-06SE 05     21-41 02 2010 RotelRCD-06SE 04

Wrażenia odsłuchowe
Słuchanie fortepianu na RCD-06 SE sprawia przyjemność. Można mieć zastrzeżenia do przestrzenności i rozmiarów sceny, ale do barwy? Biorąc pod uwagę cenę: nie. Wyrównanie charakterystyki w paśmie wydaje się na ucho wzorcowe. Jest sucho czy mokro? Nic z tych rzeczy. Instrument brzmieniem przypomina ten na żywo, a jednocześnie słychać, że gra na nim żywy człowiek. Artykulacja, frazowanie – te pozycje nareszcie dochodzą do głosu i sprawiają, że dźwięki stają się muzyką. Rotel nie funduje nam spektakularnych przedstawień, tylko pozwala się skupić, zasłuchać i zapomnieć. Czy to magia? W żadnym wypadku. Myślę, że to właśnie poprawność wyższego stopnia, która daje mi możliwość postawienia piątki za neutralność. Bo muzyki nie trzeba poprawiać. Wystarczy pokazać, jaka jest w rzeczywistości. Oczywiście, to jeszcze nie pora na zachwyty rodem z high-endowych opisów, ale Rotel wykracza poza swój segment cenowy.
W symfonice słychać rozmach i, nowość w tej grupie, oddech. „Tańce z oper” dają trochę inną perspektywę niż w przypadku CA czy NAD-a. Nie ma tutaj zbliżenia do muzyków, a jednak wszystko brzmi realniej. Jesteśmy bliżej sceny w Teatrze Wielkim. Dosłownie i w przenośni. Czujemy, że orkiestra pozostaje w pewnym oddaleniu od słuchacza, ale dynamika i tak jest odczuwalna. Brzmienie instrumentów – bardziej kontrolowane, uporządkowane i czyste. Skupienie się na dętych drewnianych prowadzi do wniosku, że muzykalność w tym przypadku pokrywa się z neutralnością.
I góra – czysta, dźwięczna, wolna od metalicznego nalotu. Orkiestra, pomimo tej przejrzystości, stanowi całość, tak jak życzyli sobie kompozytorzy. Jasne, że nie ma takiej dynamiki, jak z drogich źródeł, ale czuć już przedsmak tego, co otrzymamy, wydając nieprzyzwoite pieniądze.
W popowych nagraniach dociera do nas wrażenie czystości. Koncentrujemy się na średnicy lub górze i te nie pozostawiają pola do krytyki. Tak jak w muzyce akustycznej możemy analizować aranżacje i przypatrywać się liniom melodycznym. „Fury” zabrzmiało świetnie, chociaż trochę zbyt grzecznie. Po kilkunastu minutach uświadomiłem sobie, że to wina basu. Mógłby być trochę szybszy, bardziej punktualny i mniej jednostajny.

Reklama

Konkluzja
Jeżeli już mamy iść na kompromis, to niech będzie zdrowy. Przynajmniej taki, jaki oferuje odtwarzacz Rotela. Bardziej sprawdza się w muzyce poważnej, jazzowych składach i kameralistyce wokalnej. W cięższych nagraniach pozostaje precyzyjny, muzykalny i neutralny. Co nie przeszkadza, żeby Sting i Prince zaśpiewali lepiej niż z udziałem takich „specjalistów” jak CA. A ile czadu poleci z głośników, to już będzie zależało tylko od wzmacniacza.

21-41 02 2010 RotelRCD-06SE T

Autor: Maciej Stryjecki
Źródło: HFiM 02/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF