Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

NAD C 565 BEE

21-41 02 2010 NADC565BEE 01Z zewnątrz C 565 wygląda identycznie jak tańszy C 545. Gdybyśmy porównywali ze sobą zdjęcia, znaleźlibyśmy kilka mało istotnych różnic.

Zawsze jednak warto przyjrzeć się z bliska czemuś, co chcemy kupić, bo często kontakt „na żywo” prowadzi do rozczarowania. Bywa, że jest odwrotnie i dopiero bliższe oględziny powodują, że urządzenie zyskuje naszą sympatię. Tak jest w przypadku najdroższego odtwarzacza z serii Classic.

Budowa
Podobieństwa są oczywiste: niemal identyczna linia wzornicza, wzbogacona jedynie dwoma szczegółami – wielofunkcyjnym pokrętłem do startu, pauzowania i zmiany ścieżek, oraz gniazdem USB dla przenośnych odtwarzaczy. Układ przycisków pozostał taki sam. Zmieniają się jedynie obsługiwane funkcje. Najciekawszy jest selektor źródła – nim wybieramy tryb pracy (CD albo przetwornik, biorący sygnał ze wspomnianego portu USB bądź z optycznego wejścia z tyłu).
Najważniejsza różnica w porównaniu do tańszego modelu: płytę czołową wykonano z metalu. Nie jest to może szlifowane aluminium, jak u Cambridge Audio i Creeka, ale nie będę narzekać, bo spojrzenie z bliska daje zadowolenie z precyzji wykonania. Nawet obramowania przycisków wyglądają znacznie lepiej niż w C 545. Może przesadzam, ale mam awersję do plastikowych frontów.

21-41 02 2010 NADC565BEE 02     21-41 02 2010 NADC565BEE 05

Z tyłu zamontowano porządne gniazdo sieciowe, do którego można podpiąć lepszy kabel. Zawsze miło mieć taką możliwość.
Wewnątrz także widać różnice. Płytki drukowane szczelnie wypełniają obudowę, a elementów elektronicznych jest prawie dwa razy więcej. Sekcję cyfrową oparto na 24-bitowych Burr-Brownach. Transport jest ten sam – Asatech, ale współpracuje z nim rozbudowany układ kontrolny. Jeżeli chodzi o zasilanie, postęp widać od razu. Transformator zamknięto w ekranującej puszce, aby nie zakłócał pracy elektroniki. Zasilanie układów analogowych i cyfrowych zrealizowano oddzielnie, z osobnych odczepów. Przydatna może się okazać zdolność konwertowania plików z częstotliwościami próbkowania 44,1, 48, 96 i 192 kHz. W połączeniu z kompletem wejść cyfrowych czyni to z NAD-a coś więcej niż odtwarzacz CD – wszechstronne urządzenie, które może się przydać nawet w czasach, kiedy ludzie zapomną o srebrnych krążkach. Będziemy wtedy mogli skorzystać z innych źródeł. Na razie jednak niech wystarczy informacja, że MP3 do NAD-a też się nada.
Pilot jest taki sam, jak w tańszym modelu. Jedyną różnicą są trzy przyciski, służące właśnie owej „wszechstronności”.

21-41 02 2010 NADC565BEE 04     21-41 02 2010 NADC565BEE 03

Wrażenia odsłuchowe
W porównaniu z C 545 różnica w brzmieniu jest odczuwalna natychmiast. To nawet nie „poprawa w każdym aspekcie”, jakiej należałoby oczekiwać, ale inny charakter dźwięku. Zdrowy i poprawny. Tańszy NAD wydaje się po prostu pozbawiony góry i, nazwijmy rzeczy po imieniu: przymulony. Oparcie w basie, połączone z brakiem kontroli sprawiało, że jego dźwięk odebrałem jako powolny i niezbyt wciągający. Tak leniwy relaks zafunduję sobie, kiedy przekroczę sześćdziesiątkę.
C 565 muzykę ożywia. Wystarczyło wyrównać charakterystykę w paśmie przenoszenia, by brzmienie stało się strawne dla ucha. W nagraniach Prince’a góry już nie brakuje. Słyszymy pracę sekcji rytmicznej i pojawia się groove, przyspieszający pracę serca. Wynika to także z charakteru basu. Jest go może odrobinę mniej, za to rysunek linii, tempo ataku i wygaszania wybrzmień pozostaje w zasadzie poza porównaniami. Tam słychać było misiowate plumkanie na granicy buczenia. Tutaj wreszcie czuć energię oraz to, że instrumenty tworzące podstawę nie muszą być powolne jak brontozaur. Mają swoich wirtuozów, którzy mogą zadziwić biegłością. Wprawdzie nadal występuje małe zmiękczenie, ale to już realizacja pewnej koncepcji brzmienia, a nie brak umiejętności jej przekazania. Nietrudno przewidzieć, że dynamikę odczuwamy przez to w inny sposób. Bliższy temu, do czego przyzwyczaili się audiofile używający droższych urządzeń.
Symfoniki słucha się znacznie lepiej. Instrumenty można odseparować, a w grze kwintetu dostrzec takie „drobiazgi”, jak artykulacja. Do brzmienia orkiestry nie można mieć większych zastrzeżeń. Poszczególne grupy grają w swoich pasmach, dynamika tutti nie przypomina już uderzenia balona wypełnionego wodą, ale energiczny impuls, będący wynikiem wielomiesięcznej pracy dyrygenta z zespołem. Skoro już tylu muzyków nauczyło się grać razem, to nie powinniśmy im psuć efektu. Słyszałem wprawdzie lepszą przestrzeń, choćby ze starych kompaktów Micromegi (podobna cena), ale i tutaj spokojnie postawię mocną czwórkę.
„Grand Piano” Pawlika pokazało zupełnie inny dźwięk niż w przypadku C 545. Góra się otworzyła, pojawiła się akustyka sali, a średnica instrumentu nabrała lekkości i dźwięczności. Prowadzenie głosów w polifonicznych fakturach pozwalało wyodrębnić je z masy dźwięku. Pomimo lekkiego ocieplenia ta estetyka przypadała mi do gustu, bo mogłem usłyszeć muzykę i emocje zapisane pomiędzy pięcioliniami. Ten album jest nimi przesycony, a NAD potrafił je oddać.

Reklama

Konkluzja
C 545 kosztuje 2000 zł, C 565 – 3000 zł. Skąd więc takie oceny w kategorii jakość/cena? Być może uznacie mnie za oderwanego od rzeczywistości, ale uważam, że dobrze wydane trzy tysiące to większy zysk niż źle zaoszczędzony tysiąc. Chytry dwa razy traci, a sknery żerują zwykle na śmietniku cywilizacji. Droższy NAD to udane źródło. W dodatku wyposażone tak, że mucha nie siada.

21-41 02 2010 NADC565BEE T

Autor: Maciej Stryjecki
Źródło: HFiM 02/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF