Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

Epos Epic 5

30-33 07 2011 01W 1993-94 roku powstawało w bólach pewne polskie czasopismo. Rynek hi-fi, mimo entuzjastycznych nastrojów, był wówczas wąski i skierowany głównie na produkty brytyjskie. Hi-end w zasadzie nie istniał, za to klasa budżetowa (w ujęciu wyspiarskim, oczywiście) święciła nad Wisłą triumfy. Audiofile poznawali uznane produkty i zachwycali się nimi. Było czym.

Dzisiaj takich okazji już nie ma. Nie kupicie za 1500 zł bardzo dobrze grającego wzmacniacza w klasie A ani za 2000 zł monitorów, na których można słuchać wokali i poczuć się jak na koncercie.

Po prostu, klienci byli wtedy inni. I to nie „nasi”, ale ci z Londynu i Edynburga. Mieli szansę poznać jakość. Zupełnie inną, niż wyznacza supermarketowa średnia (a też była wyższa. We wczesnych latach 90. wyznaczały ją stereofoniczne klocki Technicsa, a Sony kompletnie nie przypominało swojego dzisiejszego wizerunku. Obie wspomniane firmy plus Pionier czy JVC walczyły ze specjalistycznymi wytwórniami. Dzisiaj produkują miniwieże za 300 zł oraz systemy do kina domowego z głośniczkami wielkości pięciozłotówki i często chińskie no-name’y potrafią zaproponować więcej, bo do jakości dźwięku przywiązują większą wagę), a jednocześnie nie czuli się zobowiązani płacić za wzmacniacz tyle co za samochód, bo każdy uważał to za nonsens. Wtedy właśnie powstawały takie produkty, jak wzmacniacz Musical Fidelity A1 czy monitory Rogers LS2/a2. Wspomniane samograje kosztowały (badając siłę nabywczą portfela i walut) tyle, co dzisiaj 32-calowy telewizor i były w zasięgu wielu odbiorców. Dobry sprzęt mieli ludzie, którzy orientowali się w temacie (było ich niewielu), a nie kupujący hiszpańskie śliwki po 3 zł/sztuka i skarpetki po 49 zł/para.
Wśródmonitorówkrólem w Polsce był wówczas Epos. Wprawdzie potrzebował wzmacniacza, jak się patrzy, ale wszystkim, którzy go posłuchali, opadały szczęki.
Robin Marshall założył firmę w 1983 roku. Produkowała tylko monitory (o ile pamiętam, dwa modele) z niefiltrowanymi głośnikami nisko-średniotonowymi, a kopułki miały kondensator przyczepiony na druciku. Grały w sposób otwarty, czystym i miękkim dźwiękiem, odróżniającym się już w pierwszej sekundzie od konkurencji typu Altus albo Technics. W 1999 markę przejął Michael Creek. Mądra decyzja, bo kolumny pasowały do jego wzmacniaczy, jak musztarda do kiełbasy, zarówno pod względem brzmienia, jak i ceny.
Epos przez lata w zasadzie niewiele się zmieniał, choć powstały po drodze podłogówki i flagowy model za ponad 20000 zł (nie wiem, po co; może jak posłucham, to zmienię zdanie). Ostatnie dokonania firmy znam i cenię, ale na rynek niedawno wkroczyła najtańsza seria. Składa się z dwóch monitorów (Epic 1 – 1490 zł i Epic 2 – 2250 zł) oraz, opisywanych dziś, wolnostojących „piątek”. Ceny przypominają stare, dobre Eposy, a pikanterii premierze dodaje fakt, że podobno Epiki są powrotem do źródeł i wykorzystują rozwiązania z dawnych czasów.

Budowa
Najważniejsza wydaje się prosta zwrotnica, ale nie jest to powrót do pierwowzoru z lat 80. Zastosowano filtry 2. rzędu. Dla wooferów przewidziano cewki rdzeniowe; dla kopułki – powietrzną. Wszystkie oporniki są metalizowane, a kondensatory – polipropylenowe. Jeżeli chodzi o przetworniki, to Epos po raz pierwszy zdecydował się zastosować miękką kopułkę. Ma ona niską częstotliwość rezonansową, wysoką skuteczność i umieszczono ją w niewielkiej tubie wykładniczej. Magnes jest neodymowy i ekranowany.
Głośnik nisko-średniotonowy przypomina ten ze słynnych „czternastek”. Ma polipropylenową membranę, zawieszoną na miękkim resorze i stożkowatą nakładkę przeciwpyłową. Całość podobno tworzy jednolitą strukturę. Giętką, ale dobrze wytłumioną i nie ulegającą odkształceniom w trakcie odtwarzania sygnałów o dużej amplitudzie. Konstrukcja jest dwudrożna, więc oba woofery pracują w tym samym zakresie częstotliwości i w fazie. Membrany mają średnicę 176 mm. Kanał bas-refleksu wyprowadzono z tyłu, tuż nad podwójnymi złoconymi gniazdami, zalanymi przezroczystym plastikiem.
Obudowy wspierają się na masywnych podstawach, w które wkręcamy po cztery ostre kolce o regulowanej wysokości. Warto się zaopatrzyć w metalowe podkładki albo granitowe płyty, żeby nie niszczyć parkietu.

30-33 07 2011 02     30-33 07 2011 03

Same skrzynie na tle konkurencji nie wyróżniają się niczym nadzwyczajnym. Producent oczywiście zapewnia, że stolarka przewyższa wszystko w naszej galaktyce, co ceną do Epiców 5 się zbliża, ale bądźmy realistami. 18-mm płyty MDF to żaden cymes, a jedynie przyzwoity standard. Chińczycy takie skrzynki zrobią za połowę ceny, co wcale nie musi o Eposie źle świadczyć. Tym bardziej, że spadkobiercy Marshalla nie oferują wcale naturalnych oklein, tylko winylową folię w dwóch kolorach: czereśniowym i czarnym. Takie rzeczy jak stolarka Monitor Audio RX6 w cenie około 4000 zł zdarzają się rzadko i w moim odczuciu podwładni Michaela Creeka niepotrzebnie używają argumentu „wybitnej stolarki”. Tym bardziej, że kolumny są duże, ciężkie i prezentują się solidnie nawet w obszernym wnętrzu.
I tutaj dochodzimy do sedna „powrotu do korzeni”. Wzornictwo i „ciężkie” proporcje faktycznie przypominają konstrukcje z lat 80.. Kiedy spojrzymy na fronty Epiców, skojarzenie z „czternastkami” wydaje się trafne. Kolumny wyglądają oldskulowo, a efekt potęguje oryginalne rozwiązanie, które widzę po raz pierwszy. Na froncie nie zauważycie żadnych śrubek ani mocowań głośników. Jednolita płyta czołowa wpasowuje się w „ramkę” utworzoną przez ścianki obudowy. Aby ją wypchnąć, trzeba wprowadzić w dziurkę z tyłu dołączany w komplecie pręt z wygodną główką i delikatnie popchnąć. Wtedy zdejmujemy gładką płytę MDF-u, okalającą głośniki i kryjącą sekrety montażu. Dookoła prostokątnej ścianki wychodzą wspomniane ramki i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w pudełkach znajdziemy maskownice, zakładane w identyczny sposób. Przypomina mi to monitory Harbetha i najlepsze czasy BBC, które młodzieży kojarzą się z czarno-białym filmem dokumentalnym. Uważam, że zarówno Harbeth, jak i Spendor powinny zmałpować to rozwiązanie albo odkupić patent od Eposa. Bo standardowa „deska” z otworami jest po prostu genialna i pozwala kolumnom wyglądać elegancko po zdjęciu rozpiętego na ramce materiału. Łatwo ją też wymienić na maskownicę. Każdy, kto wydłubywał z monitorów BBC zaślepki, przyzna mi rację.
Parametry kolumn są przyjazne wzmacniaczom. Tolerancja mocy to 20-200 W, a skuteczność: 92 dB. Przebieg impedancji, jeżeli wierzyć producentowi, jest wyrównany. W każdym razie Epic 5 powinny poprawnie pracować ze starym Creekiem 4330. A ten jest znany z kapryśności, choć w swojej cenie nadal prezentuje wyjątkową jakość i kulturę grania.

30-33 07 2011 04     30-33 07 2011 07

Brzmienie
Na początek do szuflady trafił album „God & Guns” Lynyrd Skynyrd. To całkiem dobra realizacja z 2009 roku. Mamy tu do czynienia z cięższym kalibrem rocka, ale piosenkom trudno odmówić melodyjności, chwytliwych motywów, a muzykom sprawności i radości grania. Jak na fakturę zbudowaną głównie na gitarach elektrycznych (większość akcji dzieje się w środku pasma) wypada też pochwalić przejrzystość rejestracji. Niewykluczone, że grupa ma w swoim dorobku ciekawsze krążki, ale ten można polecić z czystym sumieniem. Gdyby istniała jeszcze prawdziwa promocja radiowa, każda z piosenek mogłaby spokojnie stać się przebojem, a już na pewno tytułowa „God & Guns”. 90 % płyt ma słabe i mocne punkty. Jedna-trzy piosenki ciągną resztę i zwykle zmusza nas to do nadużywania przycisku zmiany ścieżki na pilocie. Tymczasem tutaj poziom okazuje się zaskakująco wyrównany, dzięki czemu możemy słuchać od początku do końca. Jak widać, Lynyrd Skynyrd są w doskonałej formie. Polecam.
Zacząłem od przedsionka konkluzji, ponieważ w dotychczasowych testach zwykle tam znajduje się „kącik muzyczny” i polecany krążek. Zrobiłem to przekornie, bo każdy miłośnik starych Eposów powie, że taka muzyka do nich nie pasuje. Na monitorach
Marshalla ze złotego okresu firmy słuchało się wokali, akustycznego jazzu, fortepianu solo i kwartetów smyczkowych. Najlepiej się na nich prezentowały, głównie ze względu na wyeksponowany pierwszy plan i podkreśloną, ocieploną średnicę. Postanowiłem jednak rozpocząć od tego eksperymentu, ponieważ kolumny mają okazałe gabaryty i wypada oczekiwać adekwatnych możliwości. I tu nie czeka nas zaskoczenie. W męskim graniu Epiki czują się dobrze. Bez problemu radzą sobie ze specyficzną fakturą i wysokimi poziomami głośności, ale robią to z kulturą i muzykalnie, jak na Eposa przystało. W tym materiale nie zauważyłem specjalnego ocieplenia (no, może trochę), za to miłą niespodziankę sprawiła mi przejrzystość w całym paśmie i dźwięczność góry.
Na „Unwrite That Song” uwagę zwracają perliste dźwięki gitary – nie przesadzające z ostrością, a jednocześnie czytelne i dźwięczne jak kryształki. Podobnie fortepian – w wyższej części pasma pokazuje połączenie czystości z miękkością i niewymuszoną kulturą. Bez dwóch zdań – Eposowi udał się tweeter na tyle, że może rywalizować z droższymi konstrukcjami. Dźwięk jest przy tym wyrównany i nie czuje się ekspozycji podzakresów.
W łagodniejszym repertuarze zauważamy już brytyjski rodowód kolumn i ostrożne odniesienia do tradycji. Dzięki lekkiemu ociepleniu średnicy i ekspozycji pierwszego planu muzyka się do nas przybliża. Tak, jakbyśmy zrobili krok do przodu i zajęli krzesełko w pierwszych rzędach widowni. Podobnie robiły monitory Eposa, ale tutaj dzieje się to w mniejszym stopniu. Konstruktorzy postawili najwyraźniej na uniwersalność i naturalność dźwięku. W swojej cenie Epic 5 pokazują godną podkreślenia neutralność wobec realizacji. Smyczkom w kategoriach absolutnych może przydałoby się więcej lekkości i nośności, ale kiedy przypomnimy sobie, że kolumny kosztują 3600 zł, trudno mieć zastrzeżenia. Podobnie z basem. Na pewno nie sposób go nazwać wyczynowym, bo jest nastawiony raczej na kontrolę niż na głębokie pomruki, ale w symfonice go nie brakuje. Znajdziecie w podobnej cenie kolumny bardziej przekonujące w partiach kontrabasów, bębna wielkiego czy kotłów, za to tutaj mamy bardzo dobrą integrację niskich tonów ze średnicą.
Dynamika i przestrzeń w muzyce symfonicznej zasługują na czwórkę z plusem (czasami nawet na piątkę z minusem), ale główne atrakcje podłogówek leżą gdzie indziej – w spójności pasma, kulturze i emocjach. Tych na pewno nie powinno Wam zabraknąć w czasie słuchania muzyki fortepianowej. A wokale?

Reklama

Konkluzja
W nich czuje się powiew estetyki starych Eposów. I to jest dodatek, który wyróżnia te kolumny na tle konkurencji. Gdyby nie on, mielibyśmy do czynienia tylko z udanymi zestawami za uczciwą cenę. A tak mamy coś więcej.

30-33 07 2011 T

Autor: Maciej Stryjecki
Źródło: HFiM 7-8/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF