Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

JBL ES 30

15-51 05 2013 JBLES30 01JBL od 60 lat produkuje kolumny. Do wszystkiego: studia, domu, na koncert i na dyskotekę. Marka jest znana i amerykańska do szpiku kości. To równie rozpoznawalny znak jak McDonald.

Zapewne dlatego Amerykanie mają za złe producentowi, że klepie to i owo (między innymi serię ES) w Chinach. Dla wielu obywateli USA JBL to kwintesencja Ameryki, jak muscle-car z ósemką pod maską, hamburger i słynna amerykańska wolność.

Niestety, świat się zmienia, a z wymienionej trójcy jakoś jeszcze trzyma się kotlet. To, że JBL zatrudnia obcokrajowców, wielu pewnie uważa za zdradę. Jednak wszystko robi się w jakimś celu. O ile na przykład w Krellu trudno uzasadnić oszczędności, przynajmniej z punktu widzenia klienta, który ich nie powącha (integra kosztuje tyle, co mały wóz, a robią ją Chińczycy), to tutaj można bronić strategii. ES 30 to największy zestaw w dzisiejszym teście, a jednocześnie jeden z najtańszych. W Stanach mogłoby się to nie udać, bo zbyt wiele pochłaniają związki zawodowe, ochronki i podatki. Gorzej to już tylko w Europie.
ES 30 są okazałe, robią wrażenie na młodzieży i, co tu dużo mówić, spełniają wizualnie oczekiwania związane ze stereotypem brzmienia JBL-a: dynamika, dynamika i jeszcze raz dynamika, plus kawał basu z papierowych membran. Kolumny wyglądają efektownie. A czy elegancko? Moim zdaniem – nie, ale to indywidualne odczucie. Dla mnie to estetyka koncertowo-wieżowa, ale wielu osobom takie „paczki” przypadną do gustu.
Miłą niespodzianką jest natomiast to, że seria ES to stereo.

Trzy monitory, trzy podłogówki, no i centralny, dla upartych. Wszystkie są dostępne w dwóch wykończeniach: czarnym i przypominającym drewno orzechowe.

 

Budowa
ES 30 są trójdrożne, nie jest to jednak typowa konstrukcja: dół, środek, góra. JBL ma własną receptę. 17-cm nisko-średniotonowiec kończy pracę na 3 kHz (stromy filtr 24 dB na oktawę). Dalej pałeczkę przejmuje 19-mm tytanowa kopułka, ukryta wewnątrz niewielkiej tuby wykładniczej i zabezpieczona dwoma plastikowymi półpierścieniami. Jej kołnierz stanowi plastikowy odlew, w którym tkwi także głośnik ultrawysokotonowy, odcięty od dołu (9 kHz) również stromym filtrem, 18 dB/okt. Ten też ma 19-mm membranę, tyle że z poliesteru. Boczki obudowy wykończono niedrogim laminatem. Lepsze wrażenie robi folia naklejona na froncie, górze i z tyłu. Tam znajdziecie podwójne gniazda i wylot bas-refleksu. W komplecie załączono duże podklejane podkładki z gumy. Na regał wystarczą; nie trzeba szukać akcesoriów. JBL-e nie rzucają na kolana klasą materiałów ani wykończeniem, ale ich cena jest świetna. Coś za coś.

15-51 05 2013 JBLES30 02     15-51 05 2013 JBLES30 03     15-51 05 2013 JBLES30 04

Brzmienie
W odróżnieniu od Studio 130 tutaj stereotyp dziarskiego, wyczynowego JBL-a sprawdza się niemal w stu procentach. Niemal, bo monitory mogłyby być jeszcze większe, ale to, co prezentują w swojej cenie, niejednego może zaskoczyć.
Przy cichym odsłuchu JBL-e grają jasno, z zaznaczeniem wysokich tonów. Słychać lekkie wycofanie średnicy i dociążenie w basie. To jeszcze żaden młot pneumatyczny, ale niska średnica staje się cięższa, niż na przykład w Monitor Audio. Od czasu do czasu jakiś pojedynczy dźwięk basówki albo stopa wyskoczą do przodu z zaskakującą energią, ale nadal pozostaje to w granicy lekkiego, niezobowiązującego podkładu rytmicznego. Kolumny jednak nie przepadają za podobnym traktowaniem i rozwijają skrzydła, gdy zdecydowanie przekręcimy gałkę we wzmacniaczu w prawo.
Wtedy się otwierają i włącza się turbosprężarka. Bas zaczyna rosnąć i, trzeba przyznać, że im głośniej, tym lepiej sobie radzi. Stara się być taki, jak z podłogowych skrzyń. Oczywiście, nie wychodzi mu to do końca, ale głębokość i potęga zasługują na mocną czwórkę. Za to piątka z plusem należy się za tempo. ES 30 nadążają bez problemu za solówkami nawiedzonych basistów i dają sobie radę z popisami bębniarzy. W 12-14 m² może to być nawet mała apokalipsa; w 20 m² – przyzwoite natężenie i moc.
Jeszcze lepsza jest dynamika. „Trzydziestki” rytmicznie, niczym tłok silnika, pompują powietrze, a jak przyjdzie im gruchnąć, robią to bez litości. Obecność dwóch kopułek zapowiada „mnóstwo cytrynowa siła” wysokich tonów, ale te – im głośniej, tym stają się bardziej dyskretne. Jest ich dużo, ale nie tak, jak w Monitor Audio. W skraju pasma są najlepsze – nośne i przejrzyste, niżej – trochę bardziej monotonne i cykające, ale słychać też szczegóły i pochodzenie informacji.
Przestrzeń i muzykalność – średnia w tej cenie, bez narzekań. Scena jest szeroka, ale dość płytka.

Reklama

Konkluzja
O ile Studio 130 można było nazwać „studyjnymi”, to ES 30 należy się określenie estradowych. Grają z rozmachem i tempem. W klasyce przydałoby się więcej finezji, ale w mocnym rocku jest dokładnie to, o co chodzi.

15-51 05 2013 JBLES30 T

Autor: Maciej Stryjecki
Źródło: HFiM 05/2013

Pobierz ten artykuł jako PDF