Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

Flute o’clock. 20th century masterpieces for two flutes

114-116 12 2010 fluteOClock

Karolina Balińska (flet), Ewa Liebchen (flet)
Dux 2010

Interpretacja: k5
Realizacja: k5

Dwie młode flecistki, rówieśnice, koleżanki z klasy w akademii muzycznej, nie tylko uprawiają muzykę, lecz także mają o niej dużo ciekawego do powiedzenia. Są wrażliwe nie tylko na dźwięk, lecz także na jego kontekst kulturowy, a o nietuzinkowości ich osobowości świadczy też gust poetycki i plastyczny (piękna książeczka).
Pomysłem Karoliny Balińskiej i Ewy Liebchen na karierę zawodową jest gra w duecie (również bez towarzyszenia innych instrumentów) i specjalizacja w muzyce współczesnej. Ambitny, sensowny projekt, którego pierwszym owocem jest album „Flute o’clock”. Wbrew tytułowi, dobór utworów nie przypomina ambientu popołudniowej herbatki w domowym ciepełku. Ta muzyka od wykonawców wymaga sprawności technicznej i subtelności, a od słuchaczy – cierpliwości i wyobraźni.
Mocny początek attacca („Dialodia” Bruna Maderny) przechodzi w rozmowę dwóch wiatrów, jak u Tuwima (sonata Edisona Denisowa), a potem na prawie pół godziny zanurzamy się w klimatach japońskich. W „Maskach” Toru Takemitsu flety są parą aktorów teatru nō, dialogującą w autonomicznej czasoprzestrzeni. W „Synchronie” Yoshihisy Taïry flecistki nadążają za pomysłowością kompozytora w zakresie artykulacji – muszą m.in. świszczeć jak astmatyk w tunelu, a na końcu wydawać okrzyki godne karateków. W „Tierra... tierra...” Diega Luzuriagi używają różnych rodzajów fletów, aby ewokować surowy andyjski krajobraz.
Ta płyta to wielka przygoda dla melomanów lubiących eksplorować nowe obszary.

Autor: Hanna Milewska
Źródło: HFiM 12/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF