Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

Ja, Don Giovanni

76-77 09 2010 01Don Juan Tenorio, szlachcic hiszpański, żyjący w XIV-wiecznej Sewilli, byłby dziś szczęśliwy widząc, ilu twórców zainspirował jego żywot rozpustnika. Oczywiście o ile w ogóle istniał. Jego legenda niemal z każdym rokiem przynosi nowe wcielenia w muzyce, na scenie, a także w filmie. Najnowsze z nich – „Ja, Don Giovanni” w reżyserii Carlosa Saury – właśnie trafiło na nasze ekrany.

 

Oszałamiająca popularność historii o hiszpańskim libertynie rozpoczęła się w roku 1630, kiedy to po raz pierwszy wystawiono sztukę „El burador de Sevilla y convidado de piedra” autorstwa Tirso de Moliny. Potem temat wykorzystali tacy klasyczni mistrzowie słowa, jak Moliere

(komedia „Don Juan ou le Festine de Pierre”, 1665) czy Carlo Goldoni (sztuka „Don Giovanni Tenorio ossia Il dissoluto”, 1736). Jednak szczególnie bliski był on twórcom romantycznym, z racji tematyki oczywiście. O rozpustniku pisali: E.T.A. Hoffmann (nowela „Don Juan”, 1813), Byron (poemat „Don Juan”, 1821), Puszkin (sztuka „Kamiennyj gost”, 1830), Dumas (sztuka „Don Juan de Marana”, 1831), Tołstoj (dramat „Don Juan”, 1862). Obok pisarzy i poetów po temat Don Juana sięgali kompozytorzy. Już w 1761 roku powstał balet Glucka, zatytułowany po prostu „Don Juan”. Wkrótce potem, w 1776 roku, mało dziś znany Vincenzo Righini napisał operę „Il convitato di pietra”. Kolejne dzieło – z muzyką Giuseppe Gazzanigi i librettem Bertatiego – pochodzi z roku 1787. W tym samym czasie Mozart napisał swojego „Don Giovanniego”, który stał się niekwestionowanym punktem odniesienia dla kolejnych adaptacji dramatu. Twórcy filmowi po tę historię sięgnęli już w roku 1926, kiedy na ekrany wszedł niemy film z Johnem Barrymorem w roli głównej.
Najnowszy film Carlosa Saury już w tytule sugeruje nie tylko mówienie we własnym imieniu, ale także niejako przyznanie się do winy. „Ja, Don Giovanni” brzmi niczym „Ja, grzesznik” i faktycznie tak właśnie ma brzmieć. Film opowiada jednak historię inną, niż moglibyśmy się spodziewać. Przenosi nas najpierw do Wenecji, a następnie do Wiednia, gdzie śledzimy losy jednego z najsłynniejszych librecistów tamtych czasów – Lorenza da Ponte. Reżyser podąża za biografią nawróconego Żyda, księdza katolickiego, który za romans z zamężną kobietą i przynależność do loży masońskiej zostaje skazany na 15-letnią banicję i trafia na dwór cesarza Józefa II. Tam poznaje Salieriego oraz Mozarta. Dzięki współpracy poety i kompozytora powstaje najpierw wspaniałe „Wesele Figara”, a niedługo później „Don Giovanni”. Film pokazuje powstawanie tej opery, przy czym Saura łączy i przeplata z sobą losy Da Ponte i Don Giovanniego.
Zanim jednak padają najważniejsze słowa, w których librecista przyznaje się do emocjonalnego pokrewieństwa z bohaterem swej sztuki, poznajemy jego życie i ludzi, z którymi się stykał. Dla osób orientujących się w biografii Mozarta film Saury będzie fascynującą przygodą i inteligentną zabawą z faktami i fikcją literacką. Oto bowiem Wolfganga Amadeusza spotykamy po raz pierwszy w kościele, gdzie na organach gra najsłynniejsze dziś dzieło Jana Sebastiana Bacha – „Fugę i toccatę d-moll”. Już tutaj reżyser pozwala sobie na dużą dozę swobody, bowiem powszechnie wiadomo, że Bach wkrótce po śmierci został na z górą sto lat zapomniany i trudno się spodziewać, by dorosły Mozart grywał cokolwiek z tego repertuaru. Fikcyjne jest także to, że szpak Mozarta nuci w jednej ze scen melodię otwierającej „Don Giovanniego” arii „Notte e giorno faticar”, gdy wiadomo, że ptak istotnie śpiewał fragment z utworu swego pana, ale był to „Koncert fortepianowy G-dur”. Da Ponte i Mozart już przy uścisku dłoni rozpoznają w sobie braci masonów, co również wydaje się inwencją twórcy filmu. Te wszystkie drobnostki nie mają jednak zupełnie znaczenia. Saura bawi się faktami tak samo jak scenografią, raz przenosząc nas do realistycznych wnętrz wiedeńskich domów czy weneckich pałaców, by zaraz potem zastąpić meble czy krajobrazy namalowaną na płótnie teatralną dekoracją. Płynący gondolą posąg Komandora z jakiegoś mniej znanego wystawienia „Don Giovanniego” zwiastuje już w pierwszych minutach filmu dalsze losy głównego bohatera. W tym filmie życie to teatr, a teatr to życie.
Postacie drugiego planu w obrazie Saury w większości również istniały naprawdę. Poznajemy zatem dwie słynne śpiewaczki – Adrianę Ferrarese oraz Catarinę Cavalieri. Panie szczerze się nienawidzą, zabiegając o co lepsze arie, względy kompozytorów i librecistów. Ferrarese wdaje się w romans z Da Ponte, mając nadzieję na piękną poezję pisaną tylko dla niej. Czar pryska, gdy na scenie życia pojawia się Annetta – piękność, w której Da Ponte zakochał się od pierwszego wejrzenia jeszcze w Wenecji. Losy kochanków splatają się ponownie w Wiedniu, gdy Włoszka zostaje uczennicą Mozarta, w dodatku najzdolniejszą.

76-77 09 2010 02     76-77 09 2010 04

Mentorem Da Ponte jest tu nie kto inny jak Giacomo Casanova, który istotnie, jak piszą kroniki, mógł być obecny na premierze „Don Giovanniego” w Pradze. To on tłumaczy młodzieńcowi, jak fantastyczną rzeczą jest korzystanie z życia doczesnego i cieszenie się tym, co teraz, bez krępowania się moralnością i uczuciami. Te słowa na długo będą potem przyświecać życiu librecisty. Przychodzi jednak czas, gdy postanawia on zerwać z przeszłością. Wyznaje, że był Don Giovannim, ale tylko do momentu poznania swej jedynej prawdziwej miłości. Opera staje się więc jego przyznaniem do winy oraz podsumowaniem rozdziału, który chce zamknąć.
W filmie opowiadającym historię powstawania opery nie mogło oczywiście zabraknąć muzyki z tego dzieła. Mozartowski „Don Giovanni” brzmi w tle niemal od pierwszej minuty, gdy słyszymy wprowadzające akordy uwertury, a potem jej większy fragment. Gdy Mozart i Da Ponte pracują nad przygotowaniem premiery, na bieżąco śledzimy ich postępy. Librecista zapisuje strofy „Notte e giorno faticar”, do których potem Mozart dopisuje przy klawesynie muzykę. Potem przychodzi czas na kolejne arie i sceny – „La ci darem la mano” czy arię katalogową „Madamina, il catalogo Ź questo”. Razem z wiedeńską publicznością oglądamy także finał dzieła, gdy główny bohater za swe występki trafia do piekła. Poza tradycyjną teatralną dekoracją w tle wyświetlane są wtedy buchające płomienie i lawa wypływająca z wulkanu. Ale przecież nawet taki element w tym filmie nie dziwi. Reżyser ani na chwilę nie przestaje być konsekwentny w swej niekonsekwencji. Fascynująco pokazuje przenikanie się epok i życiorysów, rzeczywistości i poezji, muzyki i dramatu.
„Ja, Don Giovanni” to film dla wszystkich kochających dobrą sztukę i piękną muzykę. To także aktualny w dzisiejszych czasach moralitet. Ognie piekielne nikomu już nie są straszne, więc także i Da Ponte się ich nie boi. Postanawia za to zejść ze złej ścieżki i mimo sarkastycznych uwag Casanovy związać się z ukochaną Annettą. Film kończy się szczęśliwie, zostawiając widza z mocnym postanowieniem poprawy, ale też z niedosytem operowych wrażeń. Idę o zakład, że wkrótce po jego obejrzeniu na wielu półkach pojawi się album płytowy z „Don Giovannim”, a na wystawieniach tej opery zapełnią się wszystkie miejsca. Tymczasem zapraszamy do kin!

 

Autor: Maciej Łukasz Gołębiowski
Źródło: HFiM 09/2010

 

Pobierz ten artykuł jako PDF