Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

Nadal dzida, czyli miód i ocet

dzidaJakieś 20 lat temu, idąc przez wieś na Podlasiu, obserwowałem scenkę, kiedy to niewielka, ale dzielna kobietka parła z zaciętą miną do przodu, prowadząc za rękę dziecko, a na wirtualnym holu orbitował jej partner, kolebiący się od chodnika do rynsztoka, najwyraźniej rozkosznie znieczulony.

Podobne sceny są właściwe zwłaszcza dla terenów, gdzie upadek imperium pozostawił mężczyzn w stanie pewnej płynności, zrzucając na barki kobiet troskę o rzeczywistość. Nakłada się na to, do pewnego stopnia, tradycja wojownika, który po zabiciu wroga i wyssaniu jego szpiku powinien uwalić się pod baobabem, pociągając sfermentowaną pulpę z manioku i patrzeć, jak jego kobiety uprawiają pole. Gdy kwestia szpiku z biegiem lat i postępu stawała się nieaktualna, zawsze pozostawał jeszcze zacier w tykwie. Jego pocieszająca rola była istotna, gdy okazywało się, że nie można zabić i zjeść wszystkiego, a życie nie jest proste jak rzut dzidą.

 

Testosteron żąda od nas sukcesu, najlepiej prostego. Dawniej wystarczyło coś ukraść, podbić komuś oko, zdobyć papier toaletowy, a wreszcie: zapłodnić. Obecnie czasy utrudniają osiągnięcie satysfakcji prostymi metodami (podbijać oczu nie wolno, zaś papier toaletowy jest wszędzie), a w dodatku wymagają złożonego myślenia, którego celem jest zapewnienie bezpieczeństwa materialnego sobie i rodzinie. Stąd frustracja tych samców, którzy nie potrafią wysublimować popędu w coś adekwatnego do sytuacji.  Słyszałem, że po upadku ZSRR miała miejsce fala samobójstw, dotykająca głównie mężczyzn, którzy już nie mogli być chwalonymi w powieściach szoferami ciężarówek w socjalistycznych przedsiębiorstwach (taki był wzór męskości dla pospólstwa). Kobiety zaś tylko zgrzytnęły zębami i zajęły się trudną sztuką utrzymywania rodziny.  Ci mężczyźni, którzy przestawili się na nowe tory i zajęli się zarabianiem na własną rękę, często nie potrafili wyzbyć się swej metaforycznej dzidy. Stąd obserwowane niekiedy oryginalne wyskoki w dziedzinie prowadzenia interesu. Ileż razy obiecująca firma założona przez dwóch lub więcej partnerów nagle stawała dęba, gdy zgodni wcześniej panowie nagle zaczynali pakować sobie dzidy w gardła.


Triumfalna pieśń zwycięzcy niosła się szeroko, wróg sikał krwią, a obroty spadały. Albo dwie firmy, zamiast współpracować ku obopólnej korzyści, podkładają sobie świnię i wyrywają towar lub klientów, aby osiągnąć satysfakcję większą, niż gdyby dzidy nie zastosowano. Drobne zwycięstwa w postaci zrobienia klienta w jelenia nie są nawet warte wzmianki; one są z nami po prostu jak powietrze.  Często zastanawiałem się, dlaczego polski rynek produkcji i dystrybucji audio często przypomina rynek w Timbuktu i trudno mi się oprzeć wrażeniu, że (podobnie jak w zachodniej Afryce) dzida jest tu sprawą zasadniczą. Podkradanie sobie kóz, walka o stragany, wojny o religię i o to, czyja żona ma dłuższe cycki. Nie liczą się zasługi, pozycja zawodowa, włożona praca, klienci, tylko to, komu udało się wsadzić dłuższą dzidę. Ustabilizowane firmy dystrybutorskie tracą stabilizację. Uznani producenci przestają być uznani. Wypieszczone przez lata marki ze świstem mijają się w powietrzu, zmieniając dystrybucję częściej niż niektórzy ulubionego wielbłąda. Natomiast towar już zdobyty często przestaje być interesujący i po jakimś czasie marka niepostrzeżenie znika z Polski. Może po latach ktoś podejmie się odbudowy jej pozycji, co nie byłoby potrzebne, gdyby nie dzida. 

Nie wtrącam się do cudzego biznesu, ale zjawiska, o którym piszę, trudno nie zauważyć. Dochodzi do tego, że ktoś informuje mnie, iż nie zamierza starać się o większą sprzedaż i zauważalność dobrego produktu, bo gdy tylko stanie się on nadmiernie popularny, ktoś mu go podkradnie. Jak wiadomo, pewnymi ulicami nie należy chodzić zbyt dobrze ubranym, bo to grozi konsekwencjami. Naiwny przechodzień obudzi się rano nad Wisłą bez jesionki.  Kiwam głową nad tym wszystkim i tak się zastanawiam: czy nie warto by w większym stopniu postawić w branży na kobiety? Wydaje mi się, że tam, gdzie testosteron zmusza do specyficznych zachowań, estrogeny mogłyby się okazać rozsądną alternatywą.

Podobno kobiety w porównaniu z mężczyznami cechuje większy konserwatyzm i skłonność do ulepszania tego, co osiągnięto. Może właśnie tego potrzebujemy, zamiast ciągłych informacji o nowych łupach i zmianach, dokonywanych w imię, nie wiem czego?  Ktoś może powiedzieć, że proponuję popołudniową herbatkę zamiast reguł rynku, które, jak wiadomo, są jedyne i zbawienne. Odpowiem na to, że każdy ma inny pogląd na reguły rynku, a poza tym – jak twierdziła matka Stalowego Szczura – więcej świniozwierzy złapie się na miód niż na ocet.

Alek Rachwald
Źródło: HFM 07-08/2014

Pobierz ten artykuł jako PDF