01.06.2026
min czytania
Udostępnij
Natchnienie przynoszą sytuacje przypadkowe lub przewidziane, ale z niespodziewanym finałem. Obie wydarzyły się na naszym Facebooku. Witryna audiofilskiego magazynu to z natury nisza. Wiem, że reklamodawcy chcieliby zasięgu gazetki z dyskontu, ale tym samym udowadniają, że nie widzą, w jakiej branży działają. Pierwszy przykład to relacja z pokazu gramofonu J.Sikory. Sprzęt bardzo drogi, technicznie zaawansowany i wykonany… Sami wiecie. Można tylko być dumnym, że to polskie. Jakimś cudem, ni cholery nie wiem jakim, wspomniana relacja staje się wiralem. Pół miliona zasięgu pojedynczego posta, ponad milion całej opowieści. Rewelacja, prawda? No to spójrzmy na jakość tego zasięgu, dokładniej – komentarzy. O tym, jacy to frajerzy wydają tyle pieniędzy, jeżeli maszyna spełniająca normę DIN może kosztować 1000 zł. A skoro norma spełniona, to nikt nie zauważy różnicy. Inny: co robi taki ciężki talerz i czy trzy silniki rozpędzają go do prędkości światła? Tylko z rzadka zdarzają się wpisy naprawdę zabawne, napisane z jajem. Za to „znawcy” zauważają, że w takim urządzeniu zamontowano wyświetlacz za grosze, a „sprawiedliwi” oskarżają producenta o oszustwo. A my to tylko naganiamy, bo przecież nieświadomy klient zrobi, co mu się powie, zwłaszcza kiedy wydaje roczne dochody na coś, czego nie potrzebował. Oczywiście większość komentujących to, powiedzmy sobie szczerze, frustraci, czasem nawet niezbyt rozgarnięci, ale skala pokazuje, jaki jest oddźwięk wśród „świeżej krwi”, do której dystrybutorzy koniecznie chcą dotrzeć. Drugi przykład to zajawka o nowych Altusach 300 Premium. Jeżeli ktoś ich nie widział na żywo, to nie ma pojęcia o różnicy pomiędzy nimi a wersją standardową. Dość powiedzieć, że to naprawdę solidna i precyzyjnie wykonana obudowa, na dodatek fornirowana albo wykończona wysokiej jakości lakierem. A dochodzą jeszcze trzy przetworniki, bynajmniej nie plastikowe, oraz garść komponentów sensownej jakości. To jednak dopiero początek, bo dalej robi się ciekawiej. Żyjemy w Europie – miejscu, w którym trzeba spełnić najbardziej wyśrubowane normy. Koszty pracy i energii skłaniają nawet potężne koncerny do wyprowadzki i każdy chce dostać na konto pięciocyfrową pensję. Tymczasem w komentarzach okazuje się, że cena rzędu 7000-8000 zł za kolumny z bardzo krótkiej serii to: „absurd, kpina i skok na kasę”. Nie rozumiem problemu, bo „krytycy” mogą przecież wybrać podstawową wersję za mniej niż 3000 zł… Zamiast się cieszyć, że firma z kawałem historii jeszcze w Polsce działa i stara się coś fajnego zrobić, plują jednak jadem niczym kobra. Sensowność owego plucia najtrafniej podsumowała ostatnio rzeczywistość, bo w momencie, kiedy rzucanie obelg trwało w najlepsze, z limitowanej partii 80 par Altusów Premium pozostało zaledwie siedem. O czym producent poinformował w poście, który algorytm wyświetli zaraz obok dyskusji.
Dawno przestały mnie grzać czy ziębić opinie na temat kabli, filtrów i akcesoriów, bo to wierzchołek góry lodowej; mały, choć najbardziej widoczny. Niedawno za to uświadomiłem sobie, że ci ludzie wyrażają coś, co osobom poruszającym się w branży od dekad również zaczyna chodzić po głowie. We wczesnych latach 90. ubiegłego wieku, kiedy rynek chłonął wszystko jak gąbka, a po dobre wzmacniacze w cenie niewiele wyższej niż płaca minimalna naprawdę ustawiały się kolejki, skrajne emocje wywoływały kolumny czy wzmacniacze kosztujące tyle, co samochód. Dodajmy, że w skali świata były to przypadki do policzenia na palcach obu rąk, do tego firmowane przez producentów cieszących się powszechnym uznaniem. Dzisiaj wzmacniacz czy kolumny ze średniej półki, coś zauważalnie wyskakującego ponad poziom otoczenia, to już pięciocyfrowa kwota z co najmniej dwójką z przodu. A to dopiero początek, bo przecież trzeba jeszcze zbudować cały system. Nie żaden tam aj-waj ani hi-end, tylko taki, który umożliwi wejście na poziom, nazwijmy to, aspiracji – pierwszy krok w kierunku poszukiwania czegoś lepszego. Tu już się uzbiera na samochód (pytanie tylko, jaki). O „prawdziwym hi-endzie” nie wspomnę, bo tu już lepiej odnosić się do małych samolotów. Odpowiedzmy sobie zatem na pytanie, czy są to kwoty, które bez zgrzytania zębami wyda nawet dobrze zarabiający przedstawiciel zanikającej klasy średniej? To nie są studia córki ani wspomniany pojazd, którego potrzebuje niemal każdy. I gdzie zaczyna się sprzęt wyraźnie lepszy od masowego badziewia, ale jeszcze przystępny na tyle, by zaryzykować, posmakować dobrego brzmienia i dać się wciągnąć w nowe hobby? To gatunek już całkiem na wymarciu, bo dobre urządzenie za 10000 zł jeszcze się zdarza, ale naprawdę coraz rzadziej. Warto też dodać, że tylu producentów hi-endu co aktualnie nie było chyba nigdy, a zagęszczenie ciągle rośnie. Debiutanci są bardzo odważni w kalkulowaniu cenników, choć – z drugiej strony – zdaję sobie sprawę, z jakimi kosztami muszą się mierzyć. Czy dotychczasowi potentaci zauważą tę tendencję, czy przysłowiowy Chińczyk ich obudzi?
Branża zjada własny ogon. Sklepy dają zniżki, psując renomę marek, a producenci wliczają je w sugerowaną cenę detaliczną. Rynek pierwotny nasyca się dobrymi sprzętami, a wtórny konkuruje coraz mocniej. Tymczasem obiekty marzeń odlatują w kosmos. Wilson Audio Sabrina – najtańsza podłogówka amerykańskiej wytwórni – na początku kosztowała ciut powyżej 50000 zł. Teraz dziarsko zmierza w stronę dwustu. Kolejny model flagowej integry McIntosha, dajmy na to MA15000, stówkę przeskoczy pewnie zwinnie niczym tygrys. Te i podobne evergreeny zawsze się jednak jakoś obronią. Granica bólu przesunie się wyżej i może po prostu odpadnie połowa „aspirujących”, a później kolejna połowa połowy. Ale gdzie cała masa innego „świetnego sprzętu”? Producenci i importerzy będą dyskutować, co się stało, że ludzie nie kupują. Czy to zanik miłości do muzyki, czy ogólny upadek dobrego gustu? A może strach przed wojną? Ale to już pytanie do socjologów, psychologów i innych „specjalistów”.
Maciej Stryjecki
Hi-Fi i Muzyka 03/2026
Przeczytaj także