bool(false)
Strona główna Testy Źródła cyfrowe Wattson Madison LE/ /Madison Power S
Tuż za ich plecami czai się agresywna konkurencja z Dalekiego Wschodu, która robi wszystko, by w jak najniższej cenie zaoferować możliwie wszechstronne i nowoczesne urządzenia. Jednak cena nie zawsze czyni cuda, a suche dane techniczne same nie grają. Równie istotne są komponenty użyte do budowy oraz jakość wykonania, przekładające się na brzmienie. Tutaj wzorem mogą być potomkowie dawnych Helwetów. Urządzenia Soulution, CH Precision czy FM Acoustics cechują się perfekcyjną jakością wykonania oraz wyśmienitym brzmieniem. Całkiem niedawno, bo w 2019 roku, do grona szwajcarskich producentów hi-fi dołączyła firma Wattson Audio. Jej założyciele na siedzibę wybrali zabytkowe miasto Yverdon-les-Bains, leżące nad Lac de Neuchâtel i słynące z uzdrowiska pamiętającego czasy Imperium Rzymskiego.
Właściciele Wattsona poprzednie dwie dekady spędzili na projektowaniu podzespołów elektronicznych, głównie w zakresie steamingu dźwięku. Ich zleceniodawcami byli najwięksi producenci hi-endu. Wielu użytkowników odtwarzaczy sieciowych z górnej półki bardzo by się zdziwiło, gdyby się dowiedzieli, że biją w nich serca o szwajcarskim rodowodzie.
Ostatecznie założyciele Wattsona postanowili rozpocząć produkcję sprzętu grającego pod własnym szyldem. Wbrew pozorom nie mieli na celu wykorzystania koniunktury i skoku na kasę, lecz zamierzali proponować urządzenia łączące najwyższą jakość wykonania i brzmienia z ceną pozostającą w zasięgu większości audiofilów.
Kilkuosobowa manufaktura szybko zwróciła uwagę najważniejszych graczy na szwajcarskim rynku hi-fi. Jeden z nich, ultra high-endowy CH Precision, szybko docenił potencjał Wattsona i w kwietniu 2024 roku kupił przedsiębiorstwo. Nie było to wrogie przejęcie, ponieważ właściciele obu marek znają się od lat, a ich ścieżki zawodowe już wcześniej się przecinały. W rezultacie aliansu Wattson otrzymał dostęp do bogatych zasobów spółki matki, zachowując przy tym autonomię w opracowywaniu własnych projektów. Siedzibę firmy przeniesiono do kompleksu przemysłowego na obrzeżach miasteczka Préverenges nad Jeziorem Genewskim, czyli tam, gdzie mieszczą się biura i zakład produkcyjny CH Precision. Tam też, pod jednym dachem, powstają wszystkie sprzęty sygnowane obiema markami.
Aktualny katalog Wattsona tworzy zaledwie pięć urządzeń, podzielonych na dwie serie: Emerson i Madison. Ich ceny są zupełnie nieszwajcarskie i zaczynają się od 7500 złotych za odtwarzacz sieciowy Emerson, by dojść do 28 tys. za stereofoniczny wzmacniacz mocy Madison.
Do redakcji trafiła cała seria Madison, czyli streamer, opcjonalny zasilacz i końcówka stereo. Na razie zajmiemy się dwoma pierwszymi, natomiast recenzja piecyka pojawi się na naszych łamach jako następna.
Charakterystyczną cechą Wattsona jest trapezoidalny kształt przednich ścianek. Znajdziemy go niemal we wszystkich modelach z obu serii, z wyjątkiem zasilacza Madison Power S.
W oczy rzuca się także skromność urządzeń, granicząca wręcz z anonimowością. Na frontach nie pojawia się nawet nazwa producenta, jedynie symbol, a stylizowane logo Wattsona jest frezowane na pokrywach. Liczbę przycisków i pokręteł ograniczono do minimum, zaś niepozorne gabaryty wzbudzają podejrzenia co do zawartości wnętrza. Powiedzmy od razu, że nieuzasadnione. Wszystkie Wattsony korzystają z porządnych zewnętrznych zasilaczy, dzięki czemu w obudowach mieszczą się wyłącznie układy bezpośrednio odpowiedzialne za brzmienie.
Zacznijmy od wyjaśnienia symbolu. Litery „LE” sugerują, że mamy do czynienia z edycją limitowaną. Pochodzą jednak od „Lounge Edition” i oznaczają przeznaczenie do użytku domowego. Pierwsze skojarzenie nie jest jednak bezpodstawne. Testowany model to druga iteracja odtwarzacza Wattsona. W pierwszej Madison współpracował wyłącznie z tabletami i smarfonami Apple’a i serwisem Qobuz, natomiast wersję LE wzbogacono o dostęp do Tidala oraz możliwość obsługi urządzeniami z Androidem. To zaś poszerzyło krąg potencjalnych nabywców. Zmieniono także kość przetwornika c/a na nowszą, co przełożyło się na zwiększenie rozdzielczości odtwarzanych plików.
Filigranowa obudowa o wymiarach 15,5 na 17,5 cm (bez gniazd) i wysokości 5 cm kłóci się z ceną urządzenia, ale w tym przypadku rozmiar nie ma znaczenia. Natomiast staranności wykonania może Wattsonowi pozazdrościć niejeden pełnowymiarowy konkurent. W końcu określenie „szwajcarska precyzja” nie wzięło się znikąd.
Obudowę wyfrezowano z jednego bloku aluminium. Grubość ścianek waha się od 2 do 10 mm. Po nadaniu obudowie ostatecznego kształtu wykańcza się ją lakierem proszkowym o matowej strukturze w kolorze szaro-beżowym. Dla chętnych przewidziano jeszcze wersję ciemnoszarą.
Na froncie znajdziemy jedynie gniazdo słuchawkowe 6,35 mm (na duży jack), kilkanaście diodek oraz pokrętło realizujące funkcje włącznika zasilania, potencjometru i wybieraka źródeł. O wyświetlaczu nie ma mowy. Potencjometr otacza półkolem dziesięć bursztynowych diod, wskazujących aktualny poziom głośności, a kolejne cztery sygnalizują aktywne źródło i tryb uśpienia.
W porównaniu z niedrogimi streamerami z Azji tylna ścianka Madisona LE wydaje się wręcz pusta. Nie ulokowano na niej ani antenek łączności bezprzewodowej, ani gniazd HDMI, ani (o zgrozo!) portów USB. Wattsona wyposażono w dwa wejścia cyfrowe: optyczne i koaksjalne. Połączenie z lokalną siecią umożliwia LAN (RJ-45). Sygnał analogowy wyprowadzają gniazda XLR i RCA. Wszystkie, ze słuchawkowym włącznie, są rewelacyjnej jakości. Ostatnim elementem jest koncentryczne wejście zewnętrznego zasilacza.
W tym momencie można zadać pytanie: dlaczego w streamerze za 20000 złotych zbrakło portów USB? Przecież nie kosztują majątku. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że skoro dzięki wyprowadzeniu zasilacza na zewnątrz konstruktorzy pozbyli się głównego źródła zakłóceń elektromagnetycznych, to przy okazji zatrząsnęli wrota przed zaszumionymi sygnałami z komputerów, podłączanych do USB-B. Ale nawet jeżeli tak było, to mogli zostawić USB-A dla zewnętrznych nośników pamięci.
Żeby się dostać do wnętrza, trzeba położyć streamer na grzbiecie i odkręcić kilka śrubek mocujących spód. Po jego demontażu widać wielowarstwową płytkę drukowaną, mieszczącą większość układu elektronicznego.
Do konwersji c/a wykorzystano dwie kości Wolfsona WM8742, po jednej na kanał. Co prawda nie są już pierwszej młodości, ale ich zdolność dekodowania sygnałów PCM do 32 bitów/384 kHz oraz DSD256 spokojnie wystarcza do bezstresowego słuchania muzyki. Warto dodać, że wybrano je nie z powodu okazyjnej ceny, lecz przez wzgląd na właściwości brzmieniowe.
Zanim jednak sygnał trafi do nich, musi przejść przez duży układ Analog Devices DSP SHARC. Odpowiada on za upsampling oraz cyfrową regulację głośności. Algorytm LEEDH, używany w pierwszej edycji Madisona, zastąpiono autorskim systemem CH Precision. Jest to 64-bitowy tłumik, pracujący w krokach co 0,5 dB, z dokładnością do 0,1 dB. Wstępnie obrobiony sygnał jest rozdzielany na prawy i lewy kanał, a następnie przechodzi przez dwa ekranowane oscylatory zegara głównego.
Na osobnym druku umieszczono moduł streamera. To z kolei oryginalny projekt Wattsona, wywodzący się jeszcze z czasów przed założeniem firmy. Przez lata poddawano go modyfikacjom, a najnowsza wersja powstała w oparciu o procesor Texas Instruments Sitara. Moduł streamingowy w Madisonie LE umożliwia odbieranie muzyki z lokalnych serwerów NAS, serwisów Tidal i Qobuz poprzez funkcję Connect. Jest też kompatybilny z Roonem.
Elementem standardowego wyposażenia jest zewnętrzny zasilacz impulsowy, dostarczający prąd stały 5 V/2 A. Zamknięto go w sporym prostopadłościanie z surowego aluminium, a metrowa pępowina łącząca go ze streamerem pozwala ukryć urządzenie przed wzrokiem użytkownika. Na szczęście (lub nie – zależy od zasobności portfela) dystrybutor dostarczył do testu także opcjonalny zasilacz z serii Madison.
Koncepcja zasilacza przeznaczonego dla Madisona LE powstała w CH Precision. Obudowę wykonano na wieloosiowej obrabiarce z bloku aluminium. Do wykończenia użyto identycznego lakieru proszkowego i na tym, w zasadzie, podobieństwa się kończą.
Z przodu umieszczono tylko symbol urządzenia oraz malutką diodę sygnalizującą podłączenie do prądu. Pod względem wizualnym Madison Power S jest daleki od przemysłowej surowości, więc ulokowanie go w bezpośrednim sąsiedztwie odtwarzacza nie zeszpeci audiofilskiego ołtarzyka. Poza tym zestawienie zasilacza na podłogę uniemożliwia ledwie półmetrowy przewód.
Z tyłu znajduje się bardzo porządne gniazdo IEC, zintegrowane z włącznikiem i kieszenią bezpiecznika. Mądre rozwiązanie, bo w przypadku przepalenia nie trzeba rozkręcać obudowy. Łączność z odbiornikiem prądu zapewnia wysokiej klasy gniazdo z zatrzaskami zapobiegającymi samoistnemu wysunięciu się wtyku.
Wnętrze tworzą dwie równe komory, rozdzielone grodzią o grubości półtora (!) centymetra. W pierwszej znalazła się 30-watowa przetwornica prądu AC/DC firmy Traco Power, zamknięta w ekranującej puszce. Jak twierdzi producent, moduł pochodzi bezpośrednio z wysokiej jakości sprzętu medycznego, który nieraz pracuje przecież w skrajnych warunkach. Mam nadzieje, że nikt nie będzie używał zasilacza Wattsona na 60-stopniowym mrozie, siedząc okrakiem na pracującym młocie pneumatycznym, ale – jak mawiają Eskimosi – lepiej dmuchać na zimne. Przetwornicę uzupełniają wstępne filtry tłumiące nieporządane szumy i zakłócenia o wysokiej częstotliwości. Po zmianie prądu na stały 5 V/3 A trafia on do drugiej komory. Tam zaś umieszczono magazyn energii zbudowany z ośmiu aluminiowych kondensatorów elektrolitycznych MVY o łącznej pojemności 17600 µF. Uzupełnia je zestaw filtrów aktywnych i pasywnych oraz dyskretny stabilizator napięcia wyjściowego zbudowany z tranzystorów bipolarnych.
Na koniec małe spostrzeżenie. Przy cenie 10000 złotych Madison Power S kosztuje więcej niż niejeden przyzwoity wzmacniacz ze streamerem. A to przecież tylko zasilacz. Jaki jest więc sens kupna dodatkowej cegły dostarczającej energii streamerowi, skoro w komplecie z Madisonem LE znajduje się niezły moduł impulsowy? Odpowiedź znajdziecie kilka akapitów niżej.
Do skonfigurowania streamera przyda się firmowa aplikacja – miła dla oka, ale wiele w niej nie zwojujemy. Na stronie głównej można wybrać wejście, a za pomocą małego suwaka zmienić poziom głośności. Nie jest to najwygodniejsza metoda, ale poziom sygnału z serwisów streamingowych można też regulować bocznymi przyciskami w smartfonie. Po wejściu w głąb menu zyskujemy możliwość zmiany nazwy urządzenia i każdego z wejść, ustawienia wyjścia w tryb stały bądź regulowany oraz dostęp do aktualizacji oprogramowania. Nie zabrakło też korektora, ale zamiast kilku suwaków z przypisanymi im częstotliwościami mamy do dyspozycji trzy sposoby ustawienia zestawów głośnikowych: przy ścianie, w rogach pokoju lub w wolnej przestrzeni. Parametrami steruje procesor DSP. Poprzez wybranie jednego z wariantów – dla każdego kanału osobno – można delikatnie wpłynąć na brzmienie.
Tyle konfiguracja, natomiast bieżąca obsługa Madisona LE będzie możliwa za pomocą własnych aplikacji Qobuza i Tidala.
Madison LE jest też pełnowartościowym przetwornikiem cyfrowo-analogowym, który dzięki regulowanemu wyjściu można podłączyć bezpośrednio do końcówki mocy. Niewykluczone, że w kolejnej wersji dorobi się portu USB-A i możliwości grania z przenośnych pamięci, choć jako realista raczej na to nie liczę.
Wattson Madison LE to nie jest sprzęt z gatunku „posłuchać, opisać, zapomnieć”. Z każdym dniem odkrywałem w jego brzmieniu kolejne małe sekrety. W rezultacie grał u mnie wyjątkowo długo i gdyby nie to, że od dawna miałem zaplanowany wyjazd, używałbym go przez kolejne tygodnie.
Jako że nie zebrałem się jeszcze do postawienia serwera NAS, w roli odtwarzacza plików wykorzystałem Cambridge’a CXN100. Mając w pamięci doświadczenie konstruktorów Wattsona z modułami do streamingu, nie omieszkałem także sprawdzić Tidala. I tu przeżyłem zaskoczenie. Choć nie traktuję serwisów internetowych jako podstawowego źródła muzyki, to tym razem jakość brzmienia w niewielkim tylko stopniu odstawała od plików. Mało tego, szukając dziury w całym, porównywałem te same utwory z plików i streamingu, i w wielu przypadkach w ślepym teście prawdopodobnie bym ich nie odróżnił. Muzyka z Tidala była może bardziej nerwowa, ale podejrzewam, że to efekt autosugestii. Dlatego stopniowo przestawał mnie dziwić brak USB w Madisonie LE. Dysponując tak dobrym odtwarzaczem, można bez większego uszczerbku dla brzmienia korzystać ze streamingu.
W pierwszej części testów korzystałem ze standardowego zasilacza. W tej konfiguracji Madison LE grał spokojnie, miękko i ciepło. Zamiast cyfrowego rozjaśnienia wysokich tonów i konturowego basu prezentował charakter kojarzący się z lampą. W dźwięku nie dostrzegłem szorstkości ani przejaskrawień. Przeciwnie, prezentacja była gładka i kulturalna.
Atutem podstawowej wersji zasilania okazała się scena dźwiękowa – szeroka, głęboka, z wyraźnie rozmieszczonymi instrumentami. Zaczynała się na linii łączącej głośniki i sięgała daleko za nie. Tylko wyjątkowo muzycy przybliżali się do miejsca odsłuchowego. Natomiast wyrazistość planów, ich separacja oraz rozbudowanie wzwyż były w tej cenie wręcz niespotykane.
Ze standardowym zasilaczem Madison LE świetnie się sprawdzał we wszelkich odmianach jazzu, zarówno instrumentalnych, jak i z udziałem wokalistów. Z równą atencją traktował klasykę oraz spokojne utwory wykonywane na instrumentach akustycznych i elektrycznych. Krótko mówiąc, ten niepozorny streamer mógłby być spełnieniem marzeń słuchaczy gustujących w relaksacyjnym repertuarze. Jeżeli lubicie Dianę Krall, Melody Gardot, Dire Straits czy albumy z wytwórni Stockfisch, a żeby zaszaleć, sięgacie po rockowe koncerty „unplugged”, to w sumie możecie sobie darować dalszą lekturę. Należy jednak mieć świadomość, że standardowy zasilacz ujawnia potencjał streamera jedynie na pół gwizdka.
Po podłączeniu opcjonalnego zasilacza brzmienie natychmiast staje się jaśniejsze. Poprawiają się szczegółowość i definicja instrumentów. Zmiany można porównać do rozsunięcia zasłon w przyciemnionym pokoju, w którym zamiast widocznych do tej pory konturów pojawiają się wyraźne kształty mebli.
W obu przypadkach do streamera trafiał prąd stały o napięciu pięciu woltów, jednak różnica natężenia wynosiła jeden amper. To oznacza moc o połowę wyższą w przypadku Powera S. Poza tym opcjonalny zasilacz jest bardziej rozbudowany i dostarcza stabilniejsze i czystsze napięcie. Zapewne dlatego tak wyraźnie wpływa na brzmienie. Wróćmy jednak do muzyki.
W ślad za rozjaśnieniem i zwiększeniem detaliczności skokowo poprawiła się dynamika. Ze standardowym zasilaczem wokół głośników roztaczała się kraina łagodności. Teraz zmagały się ze sobą żywioły. Dźwięk Madisona LE uległ poprawie w każdym aspekcie, od głębszego, wyraźniejszego i szybszego basu, przez czystszą średnicę, aż po rozświetlone wysokie tony. I nie były to zmiany kosmetyczne. Szwajcarski streamer grał tak, jakby nagle przeobraził się w dwukrotnie droższe urządzenie. Najwięcej zyskała stereofonia, której rozmiary i precyzja zaskakiwałyby nawet w kontekście znacznie wyższej ceny. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio byłem świadkiem podobnej przemiany, ale tylko dla tej fenomenalnej stereofonii warto rozbudować Madisona LE o Power S.
W trakcie testów kilkakrotnie przełączałem zasilacze i za każdym razem różnica była uderzająca. Ze standardowym dźwięk się oddalał, stawał się zdystansowany i łagodny. Po zmianie na Power S następowała skokowa poprawa wszystkich aspektów. Brzmienie stawało się czystsze, wyraźniejsze, bardziej namacalne i emocjonujące.
W charakterze podsumowania zadam pytanie, które przyszło mi do głowy niemal natychmiast po podłączeniu Powera S: dlaczego Wattson po prostu nie dodał go do Madisona LE? Jedynym racjonalnym wytłumaczeniem wydaje się cena. Gdyby od razu zastąpić fabryczny moduł opcjonalnym i nawet odliczyć od ceny zestawu wartość tego pierwszego, to i tak cena kompletu zbliżyłaby się do 30 tysięcy złotych. Na tym poziomie można już przebierać w streamerach uznanych producentów, więc tylko nieliczni eksperymentatorzy zainteresowaliby się propozycją Szwajcarów. Natomiast kwota 20 tysięcy nie wygląda zaporowo, a część użytkowników, którzy połkną bakcyla, i tak sięgnie po opcjonalny zasilacz. Nie znaczy to, że z fabrycznym Madison LE gra słabo. Gra bardzo dobrze. Rzecz w tym, że Power S wynosi brzmienie na poziom o wiele wyższy, niż wynikałoby to z łącznego kosztu obu komponentów.
Mała wielka rzecz!
Mariusz Zwoliński
Hi-Fi i Muzyka 02/2026
Wattson Madison LE/ /Madison Power S
Cena
Wattson Audio Madison LE Cena: 19990 zł Wattson Audio Madison Power S Cena: 9990 zł
Dane techniczne
Wejścia cyfrowe
opt., koaks., LAN
Zdalne sterowanie
aplikacja
Odtwarzane formaty
PCM 32/384, DSD256, WAV, FLAC, AIFF, ALAC, mp3, AAC, Ogg Vorbis, WMA
Pasmo przenoszenia
b.d.
Zniekształcenia
0,001%
Sygnał/szum
120 dB
Wyjścia analogowe
RCA, XLR, 6,35 mm (32-600 omów)
Wyjścia cyfrowe
RCA, XLR
Wymiary (w/s/g)
5,2/17,4/18,5 cm
Masa
1,1 kg (bez zasilacza)
Przeczytaj także