bool(false)
Strona główna Testy Źródła cyfrowe Brinkmann Nyquist One
Tak, ma sens. Po pierwsze, One nie oznacza debiutu. Brinkmann już w 1986 roku produkował DAC o nazwie Zenith. Po drugie, Nyquist powstał trzy dekady później – w 2016 roku – po dołączeniu do zespołu Matthiasa Lucka, który wyjął analogowe serce z przedwzmacniacza gramofonowego Edison i wszczepił tam moduły DAC-a i streamera. Po trzecie, analogowy lampowy stopień wyjściowy przejął topologię od starszego winylowego kuzyna. Po czwarte, kolejną wersją DAC-a był Nyquist MkII. Wreszcie, po piąte, czas nie stoi w miejscu i po siedmiu latach nadeszła wersja trzecia, nazwana One.
Nyquist One z zewnątrz niczym nie różni się od poprzednika. Składa się z jednostki głównej oraz zewnętrznego zasilacza. Wymiana tego drugiego to znacząca nowość i wynika z wprowadzenia przez Brinkmanna zasilacza TraNt, opracowanego z myślą o gramofonach. Zastąpił on model Performance Power Supply, a jego wpływ na brzmienie oceniono na tyle wysoko, że znalazł zastosowanie również w konwerterze. W tym przypadku do zewnętrznej obudowy wyprowadzono głównie transformator, a układy regulacji napięcia pozostawiono w DAC-u.
Ulepszonemu zasilaniu towarzyszy nowa architektura płytki drukowanej w One, która poprawia rozprowadzenie napięć, ale ma także służyć zmniejszeniu jittera i zwiększeniu dynamiki. Na rozdzielczość i naturalność korzystnie wpływają precyzyjne zegary taktujące oraz filtry cyfrowe, dopasowane do odtwarzanych formatów.
Nie są to deklaracje bez pokrycia. Nowy model zachowuje moduł przetwornika c/a ze specyfikacji MkII. Brinkmann pozostał wierny kościom ESS Technology ES9018S. Pracują po jednej na kanał i realizują jedynie konwersję c/a. Filtrowanie sygnału PCM odbywa się w autorskim układzie DSP, który wykonuje upsampling do 352/384 kHz oraz dekoduje MQA. Sygnał DSD (od DSD64 do DSD256) podąża osobną ścieżką, zbudowaną z elementów dyskretnych. Przyszłe wersje wymiennego modułu DAC-a pozostaną kompatybilne z wcześniej wyprodukowanymi egzemplarzami One.
Układy wejść oraz konwersji c/a umieszczono w obudowie wsuwanej z tyłu jednostki głównej. Ta prezentuje się skromnie i elegancko. Urodę mogą poprawić nowe wersje kolorystyczne, które poza czarną obejmują jednolicie srebrną oraz czarną ze srebrnym frontem. Tradycyjnie dla Brinkmanna, urządzenie leży na dodawanej w komplecie 3-cm płycie czarnego polerowanego granitu.
W centralnej części frontu umieszczono wyświetlacz OLED z niebieskimi wskazaniami. Zastosowanie organicznych diod to również zmiana w porównaniu z Nyquistem MkII. Display pokazuje te same parametry: format pliku (PCM/MQA/DSD), częstotliwość próbkowania, aktywne wejście, poziom oraz fazę. Symetrycznie po obu jego stronach rozmieszczono pokrętła. Po lewej znajduje się regulacja wzmocnienia, w zakresie 0-10 dB dla wyjścia analogowego oraz 0-99 dB dla słuchawkowego. Gniazdo 6,35 mm (na duży jack) oraz aktywujący je przycisk umieszczono obok. Po prawej stronie ulokowano pokrętło wyboru wejścia cyfrowego oraz przyciski mute i on. Ten ostatni, obsługiwany tylko manualnie, służy do wzbudzenia przetwornika z trybu czuwania, co uruchamia procedurę przygotowania stopnia lampowego. Po jej zakończeniu gotowy do pracy DAC pozostaje wyciszony, a funkcję mute można odblokować bezpośrednio lub pilotem. Solidny sterownik w solidnej aluminiowej obudowie pozwala także wybrać wzmocnienie, wejście oraz odwrócić fazę sygnału.
Tylna ścianka One to także kopia MkII. Zawiera cztery wejścia cyfrowe: optyczne, koaksjalne, AES i USB-B. Do tego LAN RJ-45, który służy do połączenia z siecią lokalną. Po bokach znalazły się wyjścia XLR oraz RCA. Komplet uzupełnia zakręcane gniazdo dla przewodu dostarczającego zasilanie.
Bokom nadano formę poziomych radiatorów. W nawierconych w nich otworach horyzontalnie z każdej strony osadzono po dwie lampy Telefunken PCF803 (NOS), opracowane w latach 60. XX wieku do zastosowań w kolorowych odbiornikach TV. Każda składa się z pentody i triody. Wchodzą w skład stopni wyjściowych oraz analogowej regulacji głośności.
Wnętrzne można podziwiać przez szklaną górną pokrywę. I trzeba przyznać, że wygląda wspaniale. Czerwone płytki drukowane stanowią tło i podstawę do montażu przewlekanego elementów toru wyjściowego, otaczającego zamknięty w niebieskim ekranie moduł cyfrowy. Konstruktorzy pozostają wierni transformatorom wejściowym (Lundahl). Każdy element jest precyzyjnie dobrany i zamontowany ręcznie w manufakturze Brinkmanna.
Co ciekawe, specjalnie dobrano nawet przewód zasilający. Według Helmuta Brinkmanna dołączona w komplecie sieciówka ma zapewnić optymalne brzmienie. Oczywiście konstruktor nie odradza stosowania innych kabli, ale sugeruje, by zacząć właśnie od niej.
Cena to zawsze dość bolesne zagadnienie. W momencie opublikowania recenzji („HFiM” 04-05/2021) Nyquist MkII kosztował 64000 zł. Pod koniec produkcji było to już 85000 zł. Nyquist One to wydatek 90000 zł. Upgrade nie jest możliwy. Trzeba więc podejmować męskie decyzje i raczej nie zwlekać.
W czasie pracy przetwornik się nagrzewa i mimo że lamp nie widać, to trzeba pamiętać o zapewnieniu wentylacji. Konwekcję nieco ogranicza dopasowana obrysem podstawa, która zostawia pod radiatorami tylko wąską szczelinę. Tak ma być. Nyquist One nie ma nóżek i dużą płaską powierzchnią leży na granicie, co służy oddzieleniu od wibracji podłoża. Nie sądzę jednak, by w standardowych warunkach stanowiło to problem. Czujnik podczerwieni dla zdalnego sterowania znajduje się pod szklaną pokrywą, obok regulacji głośności. Także z tego wynika zalecenie pozostawienia od góry 20 cm wolnej przestrzeni.
Najłatwiejszym sposobem obsługi Nyquista One będzie Roon w połączeniu LAN (streamer nie ma łączności Wi-Fi). Alternatywą jest aplikacja MConnect, która umożliwia odtwarzanie przez UPnP. W przypadku komputera w systemem Windows (połączenie USB) należy zainstalować odpowiednie sterowniki udostępnione przez producenta. One może też działać jak każdy inny DAC, do którego można podłączyć transport CD czy nawet telewizor.
Przetwornik na długo rozgościł się w systemie złożonym z odtwarzacza Audio Research REF CD7 (połączenie AES przewodem Vovox Link), serwera/ streamera Antipodes Kala K21 (USB Jorma Reference), wzmacniacza Dan D’Agostino Progression Integrated oraz monitorów ATC SCM-50PSL. Kable XLR, głośnikowe i zasilające stanowiły Fadele Coherence One.
System, ustawiony na stolikach StandArt STO i SSP, grał w zaadaptowanej akustycznie części pomieszczenia o powierzchni około 24 m².
Przyznam się teraz do zainteresowania poprzednim modelem – Nyquistem MkII, który grał w moim systemie ze streamerem 432 Evo Standard i który posłużył mi do odsłuchów przed decyzją o zakupie 432 Evo Aeon. Poznałem więc brzmienie poprzedniej wersji i miałem pewne oczekiwania względem aktualnej…
Nyquis One gra bardzo gładko, w pewnym sensie nawet niepostrzeżenie. Brzmienie jest łagodne, zaryzykuję określenie: analogowe. Nigdy nie wydaje się agresywne ani ostre; zawsze zaś jest wybitnie szczegółowe, o rozbudowanych fakturach i nasyconych barwach. To elegancja i tradycja, z referencyjną klarownością.
Słuchając różnych typów urządzeń w bardzo zróżnicowanych cenach, odnoszę wrażenie, że trzymanie się takiej estetyki to wielka sztuka oraz duża odwaga. Bo w pierwszym wrażeniu takie efekty nie chwytają ani za szczękę, ani za uszy. Jednak Brinkmann pozwala stopniowo wchodzić dalej i dalej, zarówno w swoje brzmienie, jak i w słuchaną muzykę. Jaka by ona nie była, jak przeciętne nagranie by się nie trafiło, stanie się słuchalne i odkryje swój urok. Bo piękna muzyka nie potrzebuje filtrów ani szkieł powiększających, a jedynie nieco czasu. Realizacje wraz z systemem oraz akustyką pomieszczenia muszą się ułożyć i wgrać w mózg. Proces przebiega łagodnie i płynnie, nieco poza świadomością, ale po tym czasie słuchający się orientuje, jaką drogę właśnie przebył i zwykle nie chce już z niej zawracać. Tak mniej więcej odbywały się porównania Nyquista One z pozostałymi źródłami odniesienia. Wracając do odwagi, Brinkmann woli zostać bohaterem na podstawie efektu niekiedy odsuniętego w czasie i docenionego dopiero po jego wyłączeniu z systemu, niż na bazie chwilowych afektów, spektakularnych tricków lub kolorowego trykotu. Tu nie usłyszycie dźwięków znienacka tnących uszy ani nagłych podmuchów unoszących dywan. Tu panuje harmonia.
Przetwornik wnosi pogłębienie sceny; lekki dystans, pozwalający na dokładniejszy wgląd w strukturę nagrania i odkrywanie złożonych zależności pomiędzy lokalizacjami źródeł pozornych. One pięknie rozrysowuje dalsze plany i głębię sceny, co doceniłem szczególnie w trakcie słuchania „Les nuits d’eté” Berlioza z Regine Crespin. Cykl pieśni, którego odtworzenie zadecydowało o moim zainteresowaniu wzmacniaczami D’Agostino, ponownie odkrył głos solistki pięknie wyeksponowany przed orkiestrą. Tym razem porównanie dotyczyło zmian wnoszonych przez DAC na tle odtwarzacza CD. Brinkmann to więcej pogłosów, przestrzeni wokół sopranu, aury między nim a instrumentami, bez utraty gładkości brzmienia w nagraniu sprzed ponad 60 lat. Taki materiał dostaje od Nyquista dawkę ożywczej energii, strząsającej patynę, bez wpływu na odczucie naturalności i analogowości. Scena jest rozbudowana i nic bym w niej nie zmieniał, a jestem na ten aspekt wyczulony. Oderwanie dźwięków i wykreowanej przestrzeni od głośników jest dla mnie bardzo istotne. Tutaj różnice w jej określaniu wynikają z realizacji płyt. Ale proporcje są wtedy oczywiste dla wyczulonych audiofilskich zmysłów oraz chętnie akceptowane przez takowy mózg.
Wokale wybrzmiewają czysto i bez maskowania szczegółów. W porównaniu z lampowym stopniem wyjściowym odtwarzacza REF CD7 jest w nich nieco więcej dźwięczności i ulotności, której nie należy mylić ze słabością. Są mniej dociążone w dolnym zakresie i bardziej naturalne. Dotyczy to także głosów męskich, odtwarzanych bez nosowości i pogrubiania. Są prezentowane w o krok głębszej perspektywie, ale nie wycofane. Świetnie wyważono ich czytelność i bezpośredniość z tym, jak wygodne pozostają w słuchaniu.
Brinkmann to także zupełny brak podkreślonych sybilantów. Głoski świszczące są obecne, ale ani razu nie usłyszałem przebijających się z muzyki nienaturalnych syknięć. A mimo to odczuwa się ogrom energii średnich tonów i moc, z jaką powietrze niesie je do słuchacza. Wspomniana na wstępie łagodność to nie niedomaganie w zakresie energii, lecz wyrafinowanie w proporcjonalnym nią dysponowaniu.
Skrzypce grają doskonale, bez śladów piskliwości lub suchości. Brzmienie okazuje się oczywiste, a w bliskich realizacjach przesuwanie smyczka po strunach można wręcz zobaczyć. Przede wszystkim jednak usłyszeć, jakie skale i barwy wydobywa instrument. Szczegółowość stoi na high-endowym poziomie. I ponownie trzeba docenić delikatność i piękno budowania muzyki z tych dźwięków i akordów.
Potencjał analityczny źródeł cyfrowych jest oczywisty. Miałem okazję słuchać wysokich modeli dCS-a, które z niego słyną i podnoszą na bardzo wysoki poziom. Nyquist One w tej dyscyplinie nie musi mieć kompleksów. Jego brzmienie idzie jednak o krok dalej w kierunku organicznej namacalności, w czym niebagatelny udział mogą mieć lampy. Jeżeli na jednym biegunie postawimy neutralnego dCS-a, na drugim zaś zakolorowanego Audio Researcha, to Brinkmann znajdzie się pomiędzy nimi, łącząc ich najlepsze cechy. Podejrzewam, że jego dar grania naturalnego i przyjaznego zachęci niejednego do wyboru właśnie takiej estetyki. Mnie zdecydowanie przekonuje.
Bas akustyczny w wydaniu One to jest bas number one! Kolejny atut DAC-a oraz czysta przyjemność obserwacji, jak potrafi być zróżnicowany i wielobarwny. Jak dynamicznie oddaje zmiany głośności. Jak akustycznie może odgrywać i odkrywać muzyczne ścieżki. Wydaje się, że nie ma ograniczeń, a jakość kolumn i akustyki pomieszczenia dopowie całą prawdę. Kto o to zadbał, ten może odetchnąć z ulgą, bo w postaci Nyquista One trafił na urządzenie cyfrowe o wyjątkowej plastyczności i kontroli niskich tonów. Kontrabasy w nagraniach trio czy solowych wydają z siebie całe spektra dźwięków, ich harmonicznych oraz mechanicznych współbrzmień.
Jedną z sesji przeznaczyłem na słuchanie plików DSD. Klasa tego brzmienia na długo pozostanie w mojej pamięci. Odniosłem wrażenie przejścia na źródło analogowe. Barwy były pięknie nasycone i naturalne. Potężnie i płynnie zabrzmiały organy, a ich rozmiary wyczuwało się w pogłosie sięgającym aż po bezkres. Nie mniejsze wrażenie wywarły perkusje. Uderzały błyskawicznie, ale nie zlewały się w łoskot. Nagrania zespołów perkusyjnych, gdzie naraz gra wiele instrumentów, tworzyły rozbudowane konstrukcje. A jeśli kogoś ciekawi, czy stopa schodzi nisko, to powiem, że bęben wielki jak przede mną łupnął, to minęły mi resztki kaszlu.
Przy tej okazji porównałem także dźwięk z wejścia LAN oraz USB. Różnice okazały się niewielkie, w tym repertuarze może ze wskazaniem na połączenie sieciowe.
Słuchawki
Nie jestem miłośnikiem słuchawek, ale posiadam kilka modeli. Poświęciłem więc chwilę na odsłuch i szczerze mówiąc, byłem zachwycony. Audio-Technica ATH-AD500, której na co dzień używam głównie do oglądania telewizji, zagrała z fantastyczną dynamiką, przejrzystością i barwą. Wyjście słuchawkowe Nyquista One to bardzo atrakcyjny i wartościowy dodatek.
Brinkmann Nyquist One to brzmienie klasycznie ponadczasowe, nastawione na oddanie barw, rozdzielczość i płynność. Nie czaruje sztuczkami, dzięki czemu nigdy się nie znudzi i nie rozczaruje. Ba! Im trudniejszy materiał muzyczny, tym bardziej słychać klasę przetwornika i determinację do grania wiernie i naturalnie. I pod tym względem trudno mi wytypować godnego rywala.
Paweł Gołębiewski
Hi-Fi i Muzyka 02/2026
Brinkmann Nyquist One
Cena
90000 zł
Dane techniczne
Wejścia cyfrowe
opt., koaks., AES, USB-B
Zdalne sterowanie
pilot
Odtwarzane formaty
PCM do 384 kHz, DSD256; MQA | Deezer, Qobuz, Tidal, vTuner, Roon, DLNA, Audirvana
Wyjścia analogowe
XLR, RCA (regulowane 0-10 dB)
Wyjścia cyfrowe
-
Wymiary (w/s/g)
9,5/42/31 cm (z podstawą)
Masa
12 kg (+ 12 kg podstawa)
Przeczytaj także