bool(false)

Struss S-200

30.11.2025

min czytania

Udostępnij

Struss S-200

Historia firmy Struss Amplifiers przypomina perypetie wielu amerykańskich i zachodnioeuropejskich producentów hi-fi. Zasadnicza różnica pomiędzy bohaterem dzisiejszego testu a choćby Arcamem polega jednak na tym, że Struss powstał za zatrzaśniętą żelazną kurtyną. A to zmienia niemal wszystko.

Założyciel, Zdzisław Hrynkiewicz-Struss, pierwszy wzmacniacz skonstruował 50 lat temu. Potrzeba opracowania własnej konstrukcji nie wynikała, bynajmniej, z rozczarowania sprzętem dostępnym w sklepach, ale faktem, że tego sprzętu po prostu w nich nie było. Produkowane przez rodzimy przemysł urządzenia znikały w okamgnieniu, a te importowane można było kupić wyłącznie za dewizy w sklepach Peweksu i Baltony. Co gorsza, cena dużej wieży Technicsa czy Sony nierzadko przekraczała roczne zarobki potencjalnego nabywcy.
W 1975 roku 24-letni wówczas Zdzisław studiował zaocznie elektronikę i równocześnie pracował w zakładzie UNIPAN (placówka Polskiej Akademii Nauk), zajmującym się projektowaniem aparatury pomiarowej. Powstawały tam prototypowe urządzenia elektroniczne, wdrażane później do produkcji przez inne państwowe zakłady. Przyszłego konstruktora przydzielono do zespołu doświadczonych inżynierów elektroników, pod których czujnym okiem poznawał procesy technologiczne.
UNIPAN był samowystarczalny – na miejscu robiono płytki drukowane, nawijano transformatory, wytwarzano obudowy. Dysponował nawet niewielką galwanizernią. Uzyskawszy dostęp do deficytowych wówczas części, młody Hrynkiewicz-Struss postanowił zbudować własny wzmacniacz stereo, którego projekt od dłuższego czasu chodził mu po głowie. Obudowę, na zasadach grzecznościowych, wykonano w zakładowej ślusarni.
Jako że przyszły założyciel Struss Amplifiers należał do osób towarzyskich, z możliwościami debiutanckiego modelu zapoznali się liczni znajomi. I z miejsca wymogli na twórcy, by podobne zbudował dla nich. Wkrótce ustawiła się po nie długa kolejka. Wszystkie egzemplarze powstawały na przysłowiowym kuchennym stole, a w pracy Zdzisławowi pomagała żona, Urszula, z zawodu elektronik.

Gdzie jest zasilacz?

Po drodze do zmodernizowanego wzmacniacza zintegrowanego dołączył dzielony, składający się z preampu i monobloków. Ze względu na permanentne braki w zaopatrzeniu część podzespołów sprowadzano prywatnymi kanałami z zagranicy, co przy ówczesnych przelicznikach windowało koszt całej imprezy na niebotyczne poziomy. Zarobione pieniądze Zdzisław przeznaczał na kupno najwyższej klasy sprzętu grającego. Sprowadził m.in. szpulowy magnetofon Revoxa i studyjne głośniki JBL-a.
Wśród osób zwabionych sławą konstruktora znalazł się właściciel warszawskiego serwisu Philipsa. Wiedza Hrynkiewicza-Strussa zrobiła na nim wrażenie, więc szybko zaproponował mu pracę w swoim serwisie. Ten po krótkim namyśle odszedł z UNIPAN-u i przez całe lata 80. zajmował się naprawą sprzętu RTV na zlecenie Peweksu. Tak zastał go rok 1989 – ze zmianami ustrojowymi i wszystkimi ich konsekwencjami.
Uwolnienie złotego sprawiło, że sklepy dewizowe straciły rację bytu. Po likwidacji Peweksu Hrynkiewicz-Struss został na lodzie, ale jak wielu energicznych ludzi w tamtym czasie wziął sprawy w swoje ręce i wraz z dotychczasowym pracodawcą założył spółkę Audio Arts. Panowie postanowili importować zachodni sprzęt stereo. Równocześnie otworzyli salon hi-fi z prawdziwego zdarzenia, w którym na klientów czekały nieznane wtedy marki, m.in. głośniki B&W.
I tu następuje kolejny zwrot akcji. Jako że obaj wspólnicy byli ekspertami w dziedzinie elektroniki, ale nie bardzo mieli głowę do interesów, wkrótce popadli w tarapaty. Zdecydowali się zatem skupić na tym, na czym się znali, czyli na produkcji wzmacniaczy.
Pierwszy był Struss 01-02. Jego recenzja ukazała się na łamach raczkującej wtedy polskiej prasy hi-fi i o pruszkowskich wzmacniaczach zrobiło się głośno.
Sukces modelu Struss 01-02 zachęcił konstruktora do założenia własnej firmy. Tak oto w 1996 roku powstało Struss Amplifiers. I tu na scenę wkracza 22-letni syn Zdzisława, Jacek Hrynkiewicz-Struss.

 

Rodzina, rodzina, rodzina, ach rodzina
Rodzina nie cieszy, nie cieszy, gdy jest
Lecz kiedy jej ni ma
Samotnyś jak pies

 

Jako że Jacek wychowywał się wśród sprzętu hi-fi, już w wieku 10 lat wiedział, czym są kondensatory, rezystory i układy scalone. Naturalną koleją rzeczy było zdobycie wykształcenia elektronicznego i kontynuacja rodzinnej tradycji. Jednak od wzmacniaczy bardziej interesowały go kolumny.
Do nowej firmy Jacek wniósł świeże spojrzenie na branżę, energię i pomysły oraz wkład finansowy, pochodzący ze spadku. Pierwsze wzmacniacze Struss 140 i Struss S zyskały sporą popularność, ale właśnie w tym momencie nastąpił kryzys, wynikający z odmiennych wizji rozwoju przedsiębiorstwa. Ojciec miał ambicje konstruowania coraz większych i droższych wzmacniaczy, by z czasem dołączyć do elitarnego klubu producentów hi-endu. Natomiast syn obstawał przy kontynuowaniu dotychczasowego profilu działalności, co mogłoby ułatwić wejście Strussa na rynki zagraniczne. Panowie się nie dogadali i w rezultacie ich drogi się rozeszły.
Jacek wyjechał na drugi koniec Polski. Nie, nie w Bieszczady, ale również do miasta na „B”. Osiadł w Bielsku-Białej, gdzie założył agencję reklamową. Zdzisław natomiast zaczął produkować ekskluzywne wzmacniacze stereo. Niestety, brak działań marketingowych, informacji prasowych, wycofanie oferty ze sklepów i skupienie się na indywidualnych zamówieniach niemal doprowadziły go do bankructwa. Najbardziej znanym modelem z tamtego okresu był Chopin, powstały w 2004 roku, ale i on nie rozsławił imienia firmy. Wreszcie, w 2008 roku, Zdzisław Hrynkiewicz-Struss się przełamał i udostępnił Chopina IV do recenzji. O wzmacniaczach z Pruszkowa znów zrobiło się głośno.

Moduły ICEpower.

Wkrótce po publikacji recenzji Jacek zaproponował ojcu dokapitalizowanie przedsiębiorstwa i przeniesienie produkcji do Bielska-Białej. Zaczął też projektować i produkować zestawy głośnikowe na zlecenie innych firm.
Warto dodać, że kilka miesięcy po ponownym połączeniu sił pojawił się nowy wzmacniacz – 50-kilogramowa bestia o nazwie Struss R500. To już był hi-end, o którym Zdzisław zawsze marzył.
Przez kolejne cztery lata wszystko szło jak po maśle. Chopiny i R500 dobrze się sprzedawały, jednak obu panów znów poróżniła wizja przyszłości. Jacek chciał budować mocną, rozpoznawalną markę, dzięki której Struss zaistniałby także poza Polską. Natomiast ponad 60-letniego Zdzisława dopadło wypalenie zawodowe. Summa summarum, w 2012 roku Jacek odszedł ze Struss Amplifiers i skupił się na produkcji zestawów głośnikowych – najpierw pod nazwą Marcus Audio, a od 2015 roku – Rebel. Zdzisław zaś znalazł kilku wspólników i pozostał przy produkcji wzmacniaczy.
Następne modele, choć udane, nie powtórzyły sukcesu Chopina i R500, więc zniechęcony założyciel Strussa powoli tracił zainteresowanie firmą. Z czasem pozbył się swoich udziałów na rzecz wspólników, a sam pozostał na stanowisku głównego konstruktora. Tymczasem Jacek w 2019 roku sprzedał markę Rebel i powołał do życia nową… Struss. Od tej pory własnym nazwiskiem chciał firmować produkcję kolumn i okablowania. Wprawdzie dwóch producentów hi-fi pod tą samą marką mogło wywołać dezorientację wśród klientów, ale dwa lata później sytuacja się wyklarowała, niestety w dramatycznych okolicznościach.

Klasyczny z zewnątrz, nowoczesny w środku.

Na początku maja 2021 roku nagle zmarł Zdzisław Hrynkiewicz-Struss. Tym samym polski świat hi-fi stracił jedną ze swych najbarwniejszych postaci.
Na mocy porozumienia zawartego z właścicielami marki Struss Amplifiers Jacek przejął prawa do wszystkich projektów ojca i posługiwania się marką Struss. Natomiast wspólnicy Zdzisława mogli kontynuować produkcję jego wzmacniaczy pod nazwą Soundastic.
Wobec takiego rozwoju wydarzeń Jacek Hrynkiewicz-Struss postanowił wygaszać dział kolumn, a zamiast nich kontynuować dzieło ojca i produkować wzmacniacze; planował też pozostawić w ofercie okablowanie, Jego celem było nie tylko oddanie hołdu jednemu z najlepszych polskich konstruktorów hi-fi, ale i przywrócenie rozpoznawalnych cech brzmienia urządzeń z czasów świetności firmy. I tak narodził się Struss S-200.
Po perturbacjach, jakie dotknęły firmę w przeszłości, Struss zachował atrybuty rodzinnej manufaktury. Oprócz właściciela pracuje tam zaledwie kilku znajomych i członkowie najbliższej rodziny. Wygląd, jakość wykonania i wrażenia organoleptyczne S-200 nie mają jednak nic wspólnego z chałupnictwem. Urządzenie sprawia wrażenie nieskomplikowanego, ale jakość wykonania nie budzi zastrzeżeń.
W czasie projektowania S-200 Jacek Hrynkiewicz-Struss odnosił się do dawnych konstrukcji Strussa. Konsultował się też z pewnym emerytowanym inżynierem elektronikiem, specjalistą, dawnym przyjacielem i długoletnim współpracownikiem Zdzisława.

Przedwzmacniacz z potencjometrem. Od niego zaczął się projekt.

 

Budowa

Obudowę S-200 wykonano w tzw. technice kopertowej z jednego arkusza grubej blachy uformowanej na giętarce i polakierowanej proszkowo. Całość pozostaje sztywna i odporna na wibracje. Produkcję powierzono wyspecjalizowanej firmie zaopatrującej kilku renomowanych producentów, nie tylko polskich.
Front to lita sztabka aluminiowa o grubości 10 mm, szczotkowana i anodowana na czarno. Rozświetlają ją pokrętła wybieraka wejść i potencjometru siły głosu oraz włącznik mechaniczny na aluminiowym panelu centralnym. Ten ostatni lekkim łukiem wystaje ponad pokrywę, co przełamuje monotonię prostopadłościanu. Pod przyciskiem zasilania rozmieszczono cztery diody sygnalizujące aktywne źródło. Niebieskie podświetlenie i obrotowy selektor nawiązują do dawnych wzmacniaczy Strussa. Uważny obserwator obok pokrętła głośności dostrzeże czujnik podczerwieni. I tyle. Czysto, schludnie, elegancko.
Do testu dodarł pierwszy egzemplarz produkcyjny, pozostawiony przez pana Jacka na użytek własny. Świadczy o tym numer seryjny 0001. Ponoć kilkanaście następnych znalazło już nabywców, więc nie jest to jednorazowa akcja.
S-200 wyposażono w cztery wejścia liniowe. Na uwagę zasługują wysokiej jakości złocone gniazda, zarówno RCA, jak i głośnikowe. Można mieszać drutami do upojenia, a złącza pozostaną niewzruszone.
O ile do tej pory S-200 mógłby uchodzić za purystyczny piecyk stereo, o tyle po odkręceniu pokrywy przeżyłem zaskoczenie. Do spodu przymocowano właściwą platformę montażową, wygiętą z grubej blachy. W jej podstawie wycięto otwory techniczne, przez które przeciągnięto większość przewodów łączących moduły. No to teraz się zacznie…

S-200 ma tylko cztery wejścia liniowe.

Pobieżny rzut oka na wnętrze ujawnia pewien niesprecyzowany jeszcze dysonans poznawczy. Dokładniejsze oględziny uzmysławiają szokującą prawdę: Struss S-200 nie ma klasycznego zasilacza! Co prawda z tyłu zamontowano porządne trójbolcowe gniazdo, ale czyżby to była atrapa? A jeśli tak, to z czego on, u licha, czerpie energię? Z fotowoltaiki?! Nic z tych rzeczy.
Architektura Strussa S-200 nie jest epokowym odkryciem w dziedzinie projektowania sprzętu hi-fi, ale wygląda na tyle niecodziennie, że warto się przy niej zatrzymać.
Konstruktor zastosował dwa moduły mocy ICEpower 200 AS1, po jednym na kanał, zaopatrzone we własne zasilacze. Pracują w klasie D i oddają 100 W/8 Ω i 200 W/4 Ω . Jako że ICEpowery nie są specjalnie prądożerne, rozprowadzono od nich odczepy do przedwzmacniacza, podświetlenia przycisku zasilania i diod sygnalizujących aktywne wejścia.
Płytkę z preampem i modułem zdalnego sterowania przymocowano bezpośrednio do gniazd wejściowych. Za regulację głośności odpowiada zmotoryzowany czarny Alps, połączony długim mosiężnym prętem z pokrętłem z przodu. Wejścia są załączane przekaźnikami i tuż za nimi, aż do wyjść głośnikowych, sygnał biegnie w układzie dual-mono.
Na ICEpowery zdecydowano się z kilku powodów. Można wymienić np. uproszczenie budowy oraz ograniczenie kosztów w porównaniu z tradycyjnym zasilaczem liniowym i końcówkami mocy na tranzystorach. O zastosowaniu duńskich modułów miała jednak przesądzić ich przezroczystość brzmieniowa. Dzięki niej można kształtować sygnaturę dźwięku urządzenia w sekcji przedwzmacniacza, a końcówki mocy zadziałają po prostu jak drut ze wzmocnieniem.
Jackowi Hrynkiewiczowi-Strussowi zależało na uzyskaniu lekko ocieplonego brzmienia, nawiązującego do niegdysiejszych wzmacniaczy ojca. Z pomocą wspomnianego współpracownika Zdzisława sięgnął do dawnych projektów i wykorzystał je przy budowie układu opartego na tranzystorach FET. Podobnie jak lampy, choć w mniejszym stopniu, wprowadzają one parzyste harmoniczne, odpowiedzialne właśnie za ocieplenie dźwięku. Tak oto poprzez połączenie przeźroczystych końcówek mocy z lekko dobarwionym preampem powstał Struss S-200.

Tylna ścianka.

 

Wrażenia odsłuchowe

Wzmacniacz może spokojnie stawać w szranki z zagraniczną konkurencją w podobnej cenie i wiele pojedynków rozstrzygnie na swoją korzyć. Wprawdzie w importowanych urządzeniach za około 8000 złotych często znajdziemy wbudowane przetworniki c/a, bezprzewodową łączność i streamery, ale nie dostajemy ich przecież w prezencie. Zawsze jest coś za coś i najczęściej cierpi brzmienie.
Strussa S-200 cechuje przede wszystkim muzykalność. Jego gładkiego dźwięku można słuchać godzinami bez znużenia. Co więcej, ta obserwacja odnosi się do zróżnicowanego repertuaru, choć w teście prawdziwie zniewalająco brzmiały instrumenty z epoki, wykorzystywane przy nagraniach dzieł z XVII i XVIII wieku.
W bardziej współczesnych gatunkach góra pasma zachowała szlachetność i charakter wolny od agresji, co – na szczęście – nie prowadziło do utraty detaliczności. Galopady po strunach gitar akustycznych i elektrycznych pozostały czytelne, nawet na tle aktywnej sekcji rytmicznej. Bas w nagraniach klasyki budował stabilny fundament, by po przejściu do lżejszego repertuaru nabrać większej ruchliwości. W rocku i elektrycznym bluesie przypominał dobrze umięśnionego gimnastyka, wykonującego skomplikowane akrobacje. Ostatecznym sprawdzianem jego możliwości były akustyczne i elektryczne nagrania Briana Bromberga i Marcusa Millera, słuchane z większą głośnością. Struss nawet się przy nich nie spocił, a szybkość, zasięg i zróżnicowanie mogłyby stanowić atuty nawet sporo droższych sprzętów.
Jeżeli chodzi o stereofonię, to bez względu na rodzaj muzyki wykonawcy zajmowali miejsce za bazą, po czym scena rozszerzała się w tył. W dużych formach orkiestrowych sporo instrumentów odzywało się z boków, a w efektownych realizacjach elektroniki wiele odgłosów dobiegało znad głośników.

Pilot z dwoma przyciskami. Więcej nie trzeba.

Powyższe akapity opisują brzmienie Strussa S-200 rozbite na czynniki, jednak ważniejszy jest fakt, że muzyka odbierana jako całość cechowała się nieczęsto jeszcze w tej cenie spotykaną szlachetnością. Można słuchać dowolnego repertuaru, a każdy kolejny utwór będzie budził pozytywne emocje i ciekawość kolejnych dźwięków. Na tym właśnie polega prawdziwa muzykalność.

Konkluzja

„Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie”, napisał w XIX wieku Stanisław Jachowicz. Teraz już wiecie!
Na koniec przypis: konstruktor S-200 rozpoczął prace nad nowym piecem o mocy pięciuset watów. To dopiero będzie jazda…

 

Mariusz Zwoliński
Hi-Fi i Muzyka 10/2025

Struss S-200

Cena

7650 zł

Dane techniczne

Moc

2 x 100 W/8 omów, 2 x 200W/4 omy

Pasmo przenoszenia

5 Hz – 50 kHz

Zniekształcenia

0,01%

Sygnał/szum

135 dB

Wejścia liniowe

4 (RCA)

Wyjścia

1 kpl. głośn.

Regulacja barwy

brak

Zdalne sterowanie

tak

Wielkość

7,4/43/29 cm

Przeczytaj także

09.12.2025

Testy

Słuchawki

Meze Audio Liric 2

Cambridge Audio EXN100

06.12.2025

Testy

Źródła cyfrowe

Cambridge Audio EXN100

Vincent CD-S1.2

03.12.2025

Testy

Odtwarzacze CD

Vincent CD-S1.2

NAD C 700 V2

28.11.2025

Testy

Wzmacniacze

NAD C 700 V2

Quad 3

26.11.2025

Testy

Wzmacniacze

Quad 3

JBL Tour One M3

23.11.2025

Testy

Słuchawki

JBL Tour One M3

JBL Studio 690

20.11.2025

Testy

Kolumny

JBL Studio 690

Aurender AP20

17.11.2025

Testy

Wzmacniacze

Aurender AP20