13.01.2026
min czytania
Udostępnij
Spektakularne osiągi są najczęściej skutkiem podrasowania pojazdu przez właściciela, choć do sleeperów zalicza się również typowe auta rodzinne, wykorzystywane w roli nieoznakowanych radiowozów.
A jak to wygląda w branży hi-fi? Tutaj mamy zazwyczaj do czynienia z tendencją odwrotną, czyli z okazałymi obudowami wypełnionymi audiofilskim powietrzem. Liczą się ostentacja, onieśmielający efekt wizualny i kuszenie klientów kupujących oczami. Jak zatem trafić na audiofilski odpowiednik sleepera? Od tego właśnie jest Wasz ulubiony miesięcznik.
Przeglądając ofertę polskich dystrybutorów hi-fi, natrafiłem na wzmacniacz McIntosha. Pod skromną aparycją, utrzymaną w stylu vintage, kryje się najbardziej wszechstronne urządzenie amerykańskiej wytwórni: wzmacniacz ze streamerem MSA5500.
W ostatnich latach wzmacniacze stereo z wbudowanym przetwornikiem i odtwarzaczem strumieniowym szturmują rynek hi-fi. Wybiera je coraz więcej użytkowników, na co McIntosh nie mógł pozostać głuchy. Jednak zamiast wywoływać w katalogu rewolucję, wybrał metodę drobnych kroków.
Pierwszym etapem było zamontowanie przetwornika c/a w stereofonicznej integrze MA8000, a fakt ten miał miejsce ponad dekadę temu („HFiM” 3/2015). Kolejnym krokiem w stronę zdematerializowanej muzyki było opracowanie streamera MS500. Nazwanie debiutu MS500 falstartem będzie w pełni uzasadnione, bo choć na papierze parametry wyglądały przyzwoicie, to brak certyfikacji Roona oraz fatalna firmowa aplikacja z miejsca skazały go na umiarkowany entuzjazm potencjalnych odbiorców, że użyję eufemizmu. Wobec powyższego szefowie McIntosha postanowili na razie wstrzymać konie i obserwować rozwój wydarzeń. Nie czekali długo, bo gdy coraz liczniejsze grono producentów zaczęło oferować wzmacniacze ze streamerem, podjęli decyzję o wprowadzeniu sprzętu z tej kategorii.
Pomysł wydawał się o tyle ryzykowny, że wszystkomający wzmacniacz w ofercie high-endowej wytwórni mógł zniweczyć budowany latami wizerunek. Z drugiej strony – miał szansę zwrócić uwagę młodszych nabywców, dla których konserwatywny dotąd Mak zalatywał naftaliną. Gdyby tak jeszcze udało się skalkulować cenę poniżej 10 tysięcy dolarów, sukces wydawał się murowany. Co uradziwszy, czym prędzej zabrali się do pracy.
Zamiast wymyślać koło na nowo, konstruktorzy z Binghamton postanowili sięgnąć po sprawdzone rozwiązanie i zaadaptować je do nowej funkcji. Był nim zintegrowany wzmacniacz stereo z wbudowanym przetwornikiem c/a o symbolu MA5300. Wystarczyło ulepszyć DAC i dodać odtwarzacz strumieniowy. Efekt ujrzał światło dzienne pod koniec 2024 roku.
Mimo że to jak dotąd najwszechstronniejszy wzmacniacz w historii McIntosha, MSA5500 zachował wizualne atrybuty marki: panel czołowy z polerowanego szkła, za którym zamontowano wskaźniki wychyłowe. Wierni fani nie wybaczyliby braku kolorowego wyświetlacza z opcją włączenia widoku VU-metrów, a nowi bez wątpienia ulegną ich hipnotyzującemu urokowi. W rezultacie wzornictwo nie odbiega od dotychczas produkowanych modeli, a o przeznaczeniu MSA5500 świadczą jedynie krótkie antenki sterczące z tyłu.
Na przedniej ściance nie znajdziemy licznych pokręteł ani przycisków – nieodłącznych towarzyszy wskaźników. Nie znaczy to jednak, że urządzenie zostało pozbawione podstawowych regulacji. Za pomocą wybieraka wejść i potencjometru głośności można się dostać do menu i ustawić w nim balans, barwę dźwięku, intensywność podświetlenia VU-metrów itp. Pomaga w tym zielonkawy wyświetlacz matrycowy, który pokazuje także informacje o aktywnym źródle, rozdzielczości plików oraz poziomie sygnału. Dodatkowe regulacje można wykonać pilotem.
Wyposażenie frontu uzupełniają czerwony przycisk zasilania oraz gniazdo słuchawkowe 6,35 mm (na duży jack). To ostatnie współpracuje z wysokiej jakości wzmacniaczem obsługującym nauszniki o zalecanej impedancji 100-600 omów. W przypadku niższej też będzie działać, tylko trzeba ostrożniej obchodzić się z głośnością. Moduł słuchawkowy wyposażono w opcję Crossfeed HXD (Headphone Crossfeed Director), czyli autorskie rozwiązanie McIntosha, mające na celu uzyskanie wrażeń przestrzennych przypominających odsłuch przez kolumny. Crossfeed HXD polega na dodatkowym miksowaniu sygnału, zanim dotrze do uszu, tak by z prawej strony słychać było delikatne odgłosy lewego kanału i odwrotnie. W typowych wzmacniaczach słuchawkowych kanały są odseparowane. Włączenie trybu HXD faktycznie poprawia głębię sceny i jej przestrzenność, a nagrania koncertowe brzmią lepiej niż bez niego.
Aha, włożenie wtyczki do gniazda słuchawkowego odłącza głośniki i VU-metry. Jeśli przyjrzycie się wskaźnikom, dostrzeżecie wyskalowaną moc w watach dla 4 i 8 omów, więc w przypadku użycia słuchawek nie miałyby zastosowania.
Tylna ścianka to umiejętne połączenie analogowych tradycji McIntosha z cyfrową nowoczesnością. Oba światy zostały od siebie odizolowane, co zmniejsza ryzyko nieprawidłowego podłączenia źródeł sygnału.
Wszystkie gniazda analogowe rozmieszczono na dole. Znajdziemy tam cztery liniowe wejścia RCA i jedno XLR. Gdyby ktoś chciał rozbudować MSA5500 o dodatkowy przedwzmacniacz lub końcówkę mocy, ma do dyspozycji złącza pre-out/power-in, na razie spięte zworkami. Dzięki nim można korzystać również z trybu Home Theater Bypass, ułatwiającego integrację MSA5500 z systemem kina domowego. Poza tym przewidziano monofoniczne wyjście do subwoofera. Użytkowników winyli ucieszy wejście dla gramofonu z wkładką MM.
W położonej wyżej sekcji cyfrowej znajdują się: port USB-A dla zewnętrznych nośników pamięci oraz dwa wejścia koaksjalne, dwa optyczne, HDMI (ARC), asynchroniczne USB-B dla komputera, sieciowe LAN (RJ-45) oraz systemowe MCT dla transportu SACD McIntosha. Wszystkie optyczne i koaksjalne złącza obsługują PCM do 24 bitów/192 kHz, a USB-B – do 32 bitów/384 kHz, DSD512 i DXD384 kHz.
Kolekcję uzupełniają dwie anteny Wi-Fi i Bluetooth oraz porządne zaciski głośnikowe Solid Chinch. W pudełku z akcesoriami znalazłem nawet plastikowy klucz ułatwiający dociśnięcie nakrętek w przypadku podłączania przewodów z widełkami.
Wnętrze MSA5500 podzielono na dwie części. Z przodu znalazły się zasilacze sekcji analogowej i cyfrowej, natomiast z tyłu – układy wejściowe z modułem sieciowym. W testowanym urządzeniu zabrakło specjalności zakładu, czyli autotransformatorów dopasowujących parametry końcówek mocy do impedancji kolumn. Znajdziemy je dopiero w droższych wzmacniaczach z Binghamton.
W MSA5500 uwzględniono natomiast firmowe zabezpieczenia. Power Guard na bieżąco monitoruje sygnał wyjściowy pod kątem przesterowania i gdy zachodzi potrzeba, wykonuje mikroregulacje, zapobiegając uszkodzeniu głośników. Natomiast Sentry Monitor automatycznie odłącza stopień wyjściowy w przypadku ryzyka zwarcia.
Boczne ścianki urządzenia tworzą odlewane radiatory ze stylizowanymi monogramami „MC”, do których przymocowano końcówki mocy pracujące w klasie AB. Z czterech tranzystorów uzyskano 100 W/8 ? i 160 W/4 ?. Choć test wzmacniacza McIntosha wypadł w ciepłe letnie dni, to nie zauważyłem istotnego nagrzewania się boków.
Pomiędzy radiatorami znalazły się przedwzmacniacz i sekcja cyfrowa. Cała część analogowa wylądowała na dole obudowy i od reszty została oddzielona stalowym ekranem. Sekcję cyfrową podzielono na dwa moduły – w lewym znalazły się obwody wejścia USB-B, w prawym zaś 8-kanałowy firmowy DAC Quad Balanced, zbudowany w oparciu o kość ESS Sabre ES9028PRO, wspomaganą procesorem Cirrus Logic CS495314. W sąsiedztwie przetwornika umieszczono moduł łączności bezprzewodowej amerykańskiej firmy Libre Wireless Technology z Wi-Fi (obsługa AirPlay i Google Cast, dawniej Chromecast) oraz Bluetoothem 5.0 (kodeki aptX HD i Adaptive).
Część cyfrową uzupełnia nowo opracowany streamer. Wyprodukowanie odtwarzacza strumieniowego to nie hop-siup. Już na etapie projektu trzeba się dogadać z serwisami muzycznymi, które mają być obsługiwane przez przyszłe urządzenie. Na decyzję czeka się nieraz tygodniami, dlatego najczęściej zabierają się za to najwięksi zawodnicy w branży, z dużym zapleczem finansowym. Niewielkie firmy, zdane na łaskę i niełaskę potentatów, muszą się uzbroić w cierpliwość. Ponadto dostęp do każdego serwisu i przyznanie certyfikatu Roona wiążą się z opłatami licencyjnymi. Lista uwzględnionych serwisów powinna więc wynikać z przewidywanych realnych potrzeb klientów, a nie z chęci zaimponowania konkurencji. MSA5500 współpracuje z Roonem, ale na tym poziomie cenowym inaczej być nie może. Poza tym McIntosh skupił się na najpopularniejszych: Spotify, Tidal i Qobuz. Wszystkie z funkcją Connect, co ma związek z firmową aplikacją. No właśnie, aplikacja…
Firmy audiofilskie znają się na produkcji kolumn i wzmacniaczy, ale wyzwania świata cyfrowego przeważnie je przerastają. Poza tym napisanie porządnej aplikacji jest kosztowne i długotrwałe, a później i tak trzeba poprawiać błędy zgłaszane przez użytkowników. Rozwiązania są trzy: zdać się na zewnętrznego dostawcę oprogramowania i później użerać się z nim przy każdej aktualizacji; skorzystać ze sprawdzonych rozwiązań, np. 4Stream lub WiiM Home i dostosować do nich oprogramowanie streamera albo… nie robić nic.
Jak łatwo się domyślić, Makowi najbliżej było do bramki nr 3. Po podpisaniu umów z serwisami streamingowymi wyposażył MSA5500 w funkcje Connect, co uwolniło go od przeprawy z tworzeniem własnej apki. Co prawda napisał McIntosh Cast Connect, ale służy ona jedynie do połączenia MSA5500 z lokalną siecią Wi-Fi, aktywacji funkcji Google Cast i AirPlay oraz kilku innych ustawień. Poza tym pokazuje nr IP wzmacniacza, a łącząc się z fabrycznym serwerem przez przeglądarkę internetową, można zaktualizować oprogramowanie urządzenia. I tyle. Dlatego instalacja i konfiguracja nie odróżniają zbytnio MSA5500 od zwykłego wzmacniacza stereo i nawet średnio zorientowany użytkownik przeprowadzi je z zamkniętymi oczami.
Aplikacje aplikacjami, ale McIntosh i tak dołożył do MSA5500 klasyczny pilot. Systemowy sterownik w pierwszej chwili może oszołomić mnogością przycisków, ale już w drugiej docenimy ich układ.
Wygląd MSA5500 nawiązuje do złotych czasów stereo i podobnie jest z jego brzmieniem. Formalny test rozpocząłem więc od klasycznego XX-wiecznego rocka.
Już pierwsze dźwięki wywołały silne uczucia nostalgii i pierwotnej energii, towarzyszącej zdrowemu łojeniu. Osobnicy w moim wieku z rozrzewnieniem wspominają czasy, gdy wbiegali na trzecie piętro bez zadyszki, a Mak przenosi słuchacza właśnie do ich młodości. Majestatyczne riffy osadzone na mocnej sekcji rytmicznej brzmiały tak angażująco, że współczesne wzmacniacze z wymuskanym i skalkulowanym na zimno brzmieniem nie miałyby tu czego szukać. McIntosh to inna liga, mocno osadzonaa w czasach, gdy w muzyce rządzili prawdziwi artyści. Obrazowo ujmując: MSA5500 to harleyowiec w skórzanej kamizelce, czujący wiatr we włosach i wibracje potężnego widlaka, patrzący z politowaniem na krawaciarza zamkniętego w klimatyzowanym wtyczkowozie. To demonstracja energii i muzykalności, za które Maka pokochały miliony posiadaczy.
Nie samym rockiem jednak człowiek żyje, więc po pierwszym okrążeniu rozgrzewającym opony przystąpiłem do nudnej klasyki. Nudnej? W znanych utworach odkryłem tyle pasji i emocji, że przed oczami stanęła mi przejmująca scena komponowania fragmentów „Requiem” z filmu „Amadeusz” Miloša Formana. Zamiast hiperanalitycznej detaliczności MSA5500 postawił na miękkość i soczystość barw. Mocną podstawę basową wyczuwało się nawet w kameralnych składach, aczkolwiek niskie tony nie dążyły do dominacji nad przekazem. Pierwsze, nomen omen, skrzypce grała średnica, przesycona subtelnymi dźwiękami towarzyszącymi śpiewowi i grze na instrumentach akustycznych.
Już na etapie rozgrzewki zwróciłem uwagę na znakomitą scenę stereo, która w klasyce zaprezentowała pełnię swoich możliwości. Pierwsza linia wykonawców zajęła miejsce na wysokości głośników. Pozostali ustawili się za nią szerokim łukiem. Nie były to jeszcze stereotypowe amerykańskie hektary, ale McIntosh wyraźnie odsunął ode mnie przeciwległą ścianę pokoju. Gdy dotarłem do nagrań binauralnych, tworzonych z myślą o słuchaniu w nausznikach, wrażenie głębi za kolumnami było bardzo sugestywne, a ulokowane na niej instrumenty zostały wyraźnie od siebie odseparowane. Tyle w płaszczyźnie horyzontalnej, ale to wertykalna potrafiła wprawić w prawdziwe zdumienie.
W nagraniach zrealizowanych w dużych obiektach sakralnych dźwięki dosłownie wzlatywały pod sklepienia. Wiarygodnie została zaprezentowania Bachowska „Toccata i fuga d-moll”, zagrana przez Zsigmonda Szathmáry’ego, z doskonale uchwyconym pogłosem wnętrza kościoła św. Michała w holenderskim Zwolle. Finałowe fortissimo ukazało pełnię dynamicznego potencjału McIntosha. Nawet jeżeli ktoś nie gustuje w takim repertuarze, to wysłuchawszy go na MSA5500, zawoła: „Jeszcze jeden, jeszcze jeden!”.
Makowi nie brakuje krzepy ani wigoru, ale potrafi też zwolnić tempo i delektować się subtelnościami małych składów smyczkowych. Przykładem Mozartowskie „Divertimento D-dur”, mieniące się wszystkimi barwami tęczy, z delikatnymi dźwiękami skrzypiec, krążącymi nad głośnikami niczym motyle.
W spokojnych piosenkach z towarzyszeniem instrumentów akustycznych i perkusjonaliów Mak lekko podgrzał atmosferę i przypomniał o mocnym basie. Był to jednak tylko wstęp do prawdziwej jazdy bez trzymanki, która rozpoczęła się przy muzyce soulowej oraz R’n’B. Na dźwięk pierwszych taktów tytułowego utworu z płyty „Midnight Love” Marvina Gaye’a czerwone krwinki dostały prawdziwego szwungu, a później było tylko lepiej. Earth, Wind & Fire, War, The Commodores i Stevie Wonder wystrzelili emocje na orbitę i przypomnieli, czym jest prawdziwa muzyka.
Ostatecznym sprawdzianem dla MSA5500 nie był tym razem Rammstein, bo łatwo przewidzieć, co niemieccy metalowcy zrobiliby z miśnieńską porcelaną, gromadzoną pokoleniami przez sąsiadów. Podsumowanie możliwości McIntosha powierzyłem Johnowi Campbellowi. Surowa i agresywna zazwyczaj gitara amerykańskiego bluesmana stępiła kolce, dzięki czemu mogliby ją zaakceptować nawet słuchacze, którzy w innych okolicznościach dostają gęsiej skórki. I właśnie ta cecha definiuje charakter McIntosha MSA5500, do którego bezskutecznie dąży wielu producentów. Muzykalność, głupcze!
McIntosh MSA5500 jest jak najlepszy kumpel, z którym można pójść na mecz, wypić przy grillu kilka piw, rzucić garść rubasznych żartów i po prostu dobrze się bawić. A wszyscy sztywniacy sączący bezalkoholowe prosecco będą na niego zerkać z zazdrością.
Mariusz Zwoliński
Hi-Fi i Muzyka 11/2025
McIntosh MSA5500
Cena
39500 zł
Dane techniczne
Moc
2 x 100 W/8 omów, 2 x 160 W/4 omy
Pasmo przenoszenia
10 Hz – 100 kHz
Zniekształcenia
0,005%
Sygnał/szum
110 dB
Wejścia liniowe
XLR, 4 x RCA, power-in, Cyfrowe: 2 x koaks., 2 x opt., HDMI (ARC), USB-B, MCT, LAN
Wejścia phono
MM
Wyjścia
pre-out, sub-out (mono)
Regulacja barwy
tak
Zdalne sterowanie
pilot, aplikacja
Wielkość
15,2/44,48/47,6 cm
Przeczytaj także