18.02.2026
min czytania
Udostępnij
Pierwszy – oczywiście lampowy – wzmacniacz McIntosha pokazano w 1949 roku. Natomiast na pierwszą tranzystorową konstrukcję z Binghamton trzeba było zaczekać półtorej dekady. Był nią preamp C24 z 1964 roku. Charakterystyczne niebieskie okienka pojawiły się w 1967 roku, wraz z tranzystorową końcówką mocy MA2505. Było to pierwsze urządzenie na świecie wyposażone w VU-metry.
Od tamtej pory trendy wzornicze się zmieniały, ale McIntosh pozostał wierny swojej stylistyce. Z czasem jego wygląd stał się ucieleśnieniem stylu retro. Ale o ile podświetlane wskazówki są symbolem oldskulu, to dzielone lampowe McIntoshe, wciąż produkowane i wizualnie niewiele odbiegające od pierwowzorów z dawnych lat, wyglądają wręcz przedpotopowo. Obie linie produktów mają wielu wiernych fanów. A co by było, gdyby je połączyć?
W 2019 roku, dokładnie w 70. rocznicę działalności McIntosha, pojawiła się hybryda MA352. Było to rozwinięcie pierwszej tego typu konstrukcji w historii firmy – MA252 z roku 2017. Poprzedni model do złudzenia przypominał urządzenia lampowe, natomiast MA352 został wyposażony we wszystko, co tygrysy lubią najbardziej.
Pomimo lekko archaicznego wyglądu MA352 to stuprocentowy McIntosh: duży i ciężki. Ze względu na gabaryty potrzebuje półki o boku przekraczającym pół metra i odpowiednio wytrzymałej, by nie ugięła się pod 30-kg cielskiem.
Co tu dużo mówić, MA352 na zdjęciach prezentuje się obłędnie, a na żywo – jeszcze lepiej. Nawet miłośnikom skandynawskiej ascezy na widok rozświetlonych lamp i rytmicznie pulsujących wskaźników zmięknie serce. To połączenie to wielka kumulacja dla wszystkich miłośników McIntosha. A jeśli amerykański piecyk choć w połowie gra tak, jak wygląda, to kilku z nich wpadnie w euforię.
Obudowę podzielono na dwie części. Z przodu widać płaski „parapet” z nierdzewnej stali wypolerowanej do lustrzanego połysku, z lampami preampu, natomiast z tyłu – blok transformatorów. Architektura ta niewiele różni się od typowych wzmacniaczy lampowych. Nawiązuje do nich nawet symbol urządzenia, umieszczony po bokach, identycznie jak w starszych konstrukcjach z Binghamton. Kilka elementów wizualnych kłóci się jednak z potocznym wyobrażeniem o lampowcach.
Najbardziej rzucają się w oczy podświetlane na niebiesko VU-metry, wyskalowane dla czterech i ośmiu omów. Jako ciekawostkę dodam, że ich kolor jest zastrzeżonym znakiem towarowym McIntosha. Pierwotnie były podświetlane zwykłymi żarówkami z niebieskim filtrem, który z czasem blaknął. Po nadejściu ery LED-ów zachowują pierwotny odcień przez całe życie wzmacniacza. Specyficzną niebieskawą barwę uzyskuje się poprzez łączenie kolorów niebieskiego, zielonego i czerwonego. W każdym egzemplarzu właściwy odcień ustawia się indywidualnie, po czym mierzy kolorymetrem. Jest to ostatnia czynność, tuż przed ostateczną kontrolą i pakowaniem sprzętu, a wykonuje ją od lat ta sama osoba.
Pod „wycieraczkami” widać wyświetlacz punktowy, także nieprzystający do typowej lampy. Można na nim odczytać nazwę aktywnego źródła i poziom głośności wyrażony w procentach. Displaye mają długą historię, ponieważ po raz pierwszy, w innej formie, pojawiły się w McIntoshach w połowie lat 60. XX wieku. Niebieskawe okienka ze wskaźnikami i zielone napisy pięknie się odbijają w polerowanej stali, a efekt potęgują cztery lampy przedwzmacniacza. Ich podświetlenie nie wynika jedynie z fantazji projektanta – sygnalizuje fazę nagrzewania i gotowość do pracy. Później można je przyciemnić, ale MA352 traci na tym sporo uroku.
Na pochyłym panelu czołowym umieszczono siedem chromowanych pokręteł. Dwa skrajne to sekwencyjny wybierak źródeł i potencjometr głośności, natomiast pozostałe pełnią funkcję pięciopasmowego korektora barwy tonu. Przypisano im częstotliwości 30, 125, 500, 2000 i 10000 herców, a regulacja odbywa się w zakresie +/-12 dB.
Oldskulowy wygląd nie wyklucza nowoczesności. Po naciśnięciu pokrętła selektora wejść otwiera się menu, w którym można m.in. ustawić balans kanałów, wyłączyć regulację barwy oraz podświetlenie lamp i wskaźników VU.
Prawe pokrętło, poza zmianą głośności, pełni funkcję włącznika zasilania. Producent nie podaje maksymalnego zapotrzebowania na energię, ale w trybie jałowym MA352 pobiera z sieci 70 watów. Po kwadransie bezczynności automatycznie przechodzi w stan uśpienia i wtedy to zapotrzebowanie staje się pomijalnie niskie. Po wybudzeniu i krótkim rozgrzaniu lamp, co jest sygnalizowane ich pomarańczowym podświetleniem, wzmacniacz jest gotowy do pracy. Bez konieczności odczekania kilkudziesięciu minut, jak miałoby to miejsce w przypadku całkowitego odłączenia od prądu.
Ostatnimi elementami przedniego panelu są czerwona kontrolka zasilania oraz gniazdo słuchawkowe na duży jack. Zasila je osobny wzmacniacz z systemem HDX (Headphone Crossfeed Director), którego zadanie polega na takim uprzestrzennieniu dźwięku, by wrażenia były zbliżone do słuchania muzyki przez kolumny.
W preampie pracują dwie pary podwójnych triod: 12AX7A i 12AT7, sygnowanych przez McIntosha.
Większość podzespołów używanych do produkcji urządzeń powstaje w firmowym zakładzie – od płytek drukowanych, po obudowy, szklane panele oraz, co niezmiernie istotne, transformatory. Jeśli natomiast wytworzenie któregoś z komponentów wykracza poza możliwości załogi z Binghamton, McIntosh ma w zanadrzu długoterminowe kontrakty ze sprawdzonymi dostawcami. Warunkiem współpracy jest korzystanie wyłącznie z amerykańskich surowców, a jako że z takim zleceniodawcą się nie dyskutuje, kooperanci przestrzegają tych zaleceń i nie optymalizują kosztów po kryjomu.
Lampy w MA352 są chronione stalowymi koszyczkami z inicjałami „MC”. Można ich jednak nie zakładać, jeśli nie macie w domu małych dzieci ani zwierząt. Złote rybki się nie liczą.
Pod srebrzystą płytą ulokowano wzmacniacz słuchawkowy, dwie płytki z zasilaczami lamp oraz regulację głośności opartą na układzie scalonym Muses.
Za szklanym panelem, przykrytym grubą stalową płytą, przykręcono solidny transformator rdzeniowy zalany żywicą. Pozostałe elementy zasilacza, w tym dwa kondensatory po 27 tys. µF, przeniesiono na dół obudowy. Trafo otaczają z obu stron ciśnieniowo odlewane radiatory (ze zwyczajowymi monogramami „MC”), do których przymocowano końcówki mocy.
W każdym kanale pracuje sześć komplementarnych par tranzystorów ThermalTrak NJL3281D/NJL1302D, dysponujących mocą 200 W/Ω i 320 W/4 Ω. W świetle powyższego nie ma co się dziwić, że McIntosh nie podaje maksymalnego zapotrzebowania na energię. A nuż MA352 trafiłby w ręce przewrażliwionego na punkcie ekologii urzędnika Unii Europejskiej… Jeszcze nam tylko brakowało kolejnych restrykcji na wzór tych w branży motoryzacyjnej. A tak, czego oczy nie widzą…
McIntosh nie ma wpływu na temperament nabywców swoich wzmacniaczy, więc na wszelki wypadek zaopatrzył je w kilka zabezpieczeń. Power Guard monitoruje sygnał wyjściowy i dokonuje mikroregulacji w czasie rzeczywistym, chroniąc stopień końcowy przed przesterowaniem. W krytycznej sytuacji kompresuje dynamikę, zapobiegając uszkodzeniu wzmacniacza i głośników. Sentry Monitor zabezpiecza końcówki mocy przed skutkami ewentualnego zwarcia. W takim przypadku odłączane są stopnie wyjściowe, a po ustaniu usterki urządzenie automatycznie się resetuje.
Ostatnim etapem zwiedzania MA325 będzie tylna ścianka. W górnej części, bezpośrednio przy końcówkach mocy, osadzono terminale głośnikowe przyjmujące każdy cywilizowany, jak i barbarzyński rodzaj zakończenia przewodów. Posiadaczy widełek powinien zainteresować dołączony w komplecie plastikowy klucz, ułatwiający dociśnięcie nakrętek bez ich zarysowania.
Resztę gniazd przeniesiono na dół. MA352 dysponuje pięcioma wejściami liniowymi, z czego dwa są zbalansowane. Nie zapomniano też o posiadaczach gramofonów z wkładką MM. Wyjścia są dwa, ale tylko monofoniczne – dla aktywnych subwooferów. Ostatni element to komputerowe gniazdo USB-B, służące wyłącznie do celów serwisowych. McIntosh MA352 jest wzmacniaczem czysto analogowym i nie ma wbudowanego ani DAC-a, ani streamera.
Dołączony w zestawie pilot wydaje się przeładowany przyciskami, ale jest w tym sens. Po pierwsze, nie ruszając się z miejsca, można nim wywołać menu i na bieżąco korygować parametry pracy. Po drugie, obsłuży cały system McIntosha, a w przypadku urządzeń innych producentów może się nauczyć ich kodów i zastąpić pozostałe sterowniki.
Hybrydowy McIntosh MA352 kosztuje 39500 złotych, czyli dokładnie tyle, ile testowana niedawno tranzystorowa integra ze streamerem MSA5500 („HFiM” 11/2025). W tym momencie rodzi się dylemat: wybrać awangardę czy tradycję? Z jednej strony – można mieć nowoczesny wzmacniacz z odtwarzaczem plików i obsługą serwisów muzycznych, z drugiej – mcintoshowe crème de la crème, łączące wszystkie najlepsze cechy wizualne i konstrukcyjne amerykańskiej manufaktury. Co sam bym wybrał, odpowiadam w konkluzji, natomiast bez względu na walory wzrokowe i użytkowe u podstaw decyzji powinno chyba leżeć brzmienie.
Od pierwszych dźwięków słychać wyraźne pokrewieństwo między oboma modelami, jednak ich brzmienia nie są identyczne. Mają wspólny rdzeń, jakby charakterystyczne cechy genetyczne, natomiast różnice wynikają z wybranych rozwiązań technicznych.
Wspomniane pokrewieństwo przejawia się w muzykalności. Formalny test zwyczajowo rozpocząłem od klasyki i MA352 rozwinął przede mną wielobarwny kobierzec utkany z dźwięków. Instrumenty mieniły się odcieniami, od ponurego mroku kontrabasów, po otoczone złotą poświatą skrzypce i klawesyny. W brzmieniu smyczków nie dostrzegłem wyostrzeń ani przejaskrawień, ale nie należy tego mylić z zawoalowaniem detali. Metaliczne dźwięki mechanizmów klawesynów nie były maskowane, a nagrania brzmiały naturalnie, bez wysiłku, melodyjnie i swobodnie.
Skoro już na wstępie hybrydowy McIntosh zaskoczył mnie muzykalnością, zrobiłem sobie krótką przerwę, zaparzyłem w dzbanek herbaty i nastawiłem się na dłuższe słuchanie. Intuicja mnie nie zawiodła.
W klasyce zwróciłem uwagę na niskie tony. Część wzmacniaczy traktuje je w tym repertuarze powściągliwie, czekając na podłączenie instrumentów do prądu. Inne już na tym etapie starają się ukazać pełen potencjał. McIntosh MA352 wybrał złoty środek, a jego niskie tony okazały się… akuratne. To słowo najwłaściwiej opisuje dopasowanie niskiego zakresu do charakteru instrumentów akustycznych. Wyraźnie zaznacza on swoją obecność, ale bez wyrywania się na pierwszy plan. W nagraniach dużych orkiestr z udziałem organów niskie tony łagodnie ścieliły się u stóp. Nie należy ich jednak posądzać o misiowatość, bo w finale Toccaty i fugi d-moll Bacha niemal wprawiły ściany w drżenie.
W ogóle słuchanie klaski na MA352 sprawi wielką przyjemność zarówno melomanom, jak i audiofilom. Zauroczyć ich mogą wzorowe prowadzenie linii melodycznej, śpiewność i czyste barwy instrumentów oraz ich separacja, umożliwiająca wsłuchanie się w wyodrębnione partie na tle reszty prezentowanej kompozycji. Nie można także zapominać o wiarygodnej stereofonii, dzięki której realizacje z dużych obiektów sakralnych są wyraźnie odmienne od tych ze studiów nagraniowych.
Zanim przeszedłem do lżejszych gatunków, zahaczyłem o nagrania wokalnego ansamblu Persuasions. Lekko ocieplone męskie głosy miały czytelnie zróżnicowane barwy, od wyraźnej chrypki basów i barytonów, po czyste brzmienie tenorów. Było w nich słychać lampowy pierwiastek, przejawiający się w fizjologicznej plastyczności i realizmie. Podobny charakter zachowały kobiece wokale w typowych audiofilskich kawałkach. Poza zmysłowymi mruknięciami było w nich sporo oddechów, mlaśnięć i głosek szeleszczących, podnoszących wiarygodność przekazu.
Jednak prawdziwy żywioł McIntosha to rockowa jazda bez trzymanki. Nie bez powodu organizatorzy legendarnego festiwalu w Woodstock wykorzystali wzmacniacze tej firmy do nagłośnienia koncertów. W nagraniach koncertowych za kolumnami rozpościerały się prawdziwe amerykańskie hektary. Sami wykonawcy także zajęli miejsca za linią głośników, a wyraźne różnice w odległościach między nimi a publicznością podkreślały rozmach imprezy. W rejestracjach studyjnych głębokość sceny uległa znacznej redukcji, za to jej szerokość wykraczała dobre półtora metra poza boczne ścianki kolumn. Lokalizacja źródeł pozornych nie budziła zastrzeżeń, niezależnie od tego, czy znajdowały się z przodu, czy dalej w tle.
Zauważone już wcześniej lampowe ocieplenie dociążyło dźwięk. Na przykład ostra i agresywna gitara Johna Campbella nie straciła nic ze swej ofensywności, ale jej struny pokryły się cienką warstwą oliwy. Wiadomo, że tłuszcz jest nośnikiem smaku, więc ostre bluesy zabrzmiały przewybornie. Równie smakowicie wypadli klasycy rocka oraz elektrycznego i akustycznego bluesa.
O tym, że amerykański wzmacniacz został wyposażony w końcówki mocy zbudowane łącznie z 24 tranzystorów, przypomniały big-bandy oraz nagrania soulowe i R’n’B z wytwórni Motown. Co za energia, rytmiczność i dynamika! Ledwo usiedziałem w fotelu, choć nie ma chyba bardziej żenującego spektaklu niż starszy facet podrygujący w rytm dawnych przebojów. Dlatego nieprzystające do wieku emocje uspokoiłem nagraniami elektronicznymi. Ponownie przypomniał o sobie głęboki i mocny bas, a wyraźna, wypełniona dźwiękami przestrzeń wokół i nad głośnikami pochłonęła mnie na kolejne kwadranse.
MSA5500 i MA352 są jak dwaj bracia różniący się charakterem. Pierwszy to luzak, prawdziwy „easy rider” z wiatrem we włosach. Drugi jest bardziej zdyscyplinowany, z lepszymi manierami, choć niepozbawiony romantycznej duszy.
W moim przypadku decyzja byłaby prosta: jako że mam już przyzwoity odtwarzacz plików, do domu zabrałbym hybrydowego MA352. Wy natomiast zdecydujcie sami.
Mariusz Zwoliński
Hi-Fi i Muzyka 12/2025
McIntosh MA352
Cena
39500 zł
Dane techniczne
Moc
2 x 200 W/8 omów, 2 x 320 W/4 omy
Pasmo przenoszenia
10 Hz – 100 kHz
Zniekształcenia
0,03%
Sygnał/szum
93 dB
Wejścia liniowe
RCA x 3, XLR x 2, phono (MM)
Wyjścia
2 x subwoofer
Regulacja barwy
tak
Zdalne sterowanie
tak
Wielkość
25,1/44,5/44,3 cm
Przeczytaj także