bool(false)
Strona główna Testy Wzmacniacze Aura VA40 rebirth
Na jego polecenie już w 1987 roku firma wykupiła ITL. Dwa lata później – w 1989 – nazwę zmieniono na Aura Design Ltd., a Michaela Tu pozostawiono na stanowisku dyrektora zarządzającego. W 1990 roku Aura została w pełni włączona w struktury wytwórni z Worthing jako oddział odpowiedzialny za rozszerzenie katalogu o wzmacniacze stereo.
Na bazie wspomnianego MA-80 powstał jego bezpośredni odpowiednik – VA-80, jednak debiutancką konstrukcją Aury był słabszy VA-40. Bazował na tym samym układzie, ale wyglądał znacznie lepiej, o co zadbał Kenneth Grange – specjalista od wzornictwa przemysłowego. Pomimo że cały projekt zapowiadał się obiecująco, a synergia słynnych kolumn z budowanymi pod tym samym dachem wzmacniaczami wydawała się oczywista, związek Bowersa z Aurą nie potrwał zbyt długo. Zarząd B&W zdecydował o zakończeniu produkcji. W 1996 roku prawa do marki i jej własności intelektualnej nabył japoński dystrybutor – Yukimu Corporation. Za jego sprawą purystyczne brytyjskie projekty szybko zyskały uznanie koneserów z Kraju Kwitnącej Wiśni, którzy docenili minimalizm wzornictwa, purystyczną ścieżkę sygnałową, wyjątkowe walory brzmieniowe i przystępną cenę. Yukimu zmieniło nazwę angielskiej dotąd firmy na Aura Design Japan, ale na wznowienie produkcji kazało czekać dość długo. Pierwszy produkt, The Note, zaprezentowało dopiero w 2006 roku.
W 2024, dla uczczenia 35-lecia powstania brytyjskiej Aury, opracowano zintegrowany wzmacniacz VA40 rebirth, nawiązujący do słynnego poprzednika, ale istotnie przeprojektowany i wykorzystujący niedostępne wtedy komponenty. Obecna interpretacja pozostaje wierna purystycznej tradycji, której kluczowym założeniem było uzyskanie jak najczystszego i możliwie naturalnego dźwięku. Do osiągnięcia tego celu obrano jednak drogę jeszcze bardziej bezkompromisową niż przed dekadami i zakładającą doprowadzenie projektu do perfekcji. Bez ułatwiania sobie życia i chodzenia na skróty w zakresie rozwiązań układowych, a także bez obniżania kosztu komponentów. Zgodnie z takimi założeniami powstał wzmacniacz, który łączy sprawdzone przed laty pomysły z nowoczesnymi materiałami i zdobyczami współczesnej techniki. Doceniony daleko poza ojczyzną i zmontowany z pieczołowitością, do której przyzwyczaili nas japońscy producenci high-endu. Taki, w którym każdy rezystor, tranzystor i kondensator został dobrany pod kątem optymalnej współpracy z pozostałymi elementami, tak by współtworzył z nimi misterną, jedyną w swoim rodzaju układankę.
Aura VA40 rebirth nie zrobi piorunującego pierwszego wrażenia, ponieważ wyglądem nie może konkurować z mocarnymi wzmacniaczami konkurencji. Żeby ją docenić, trzeba podejść bliżej, zagłębić się w niuanse, a na końcu zasłuchać. Jej subtelność się nie narzuca, ale kiedy przyjrzeć się uważniej, zaczyna czarować detalami.
Obudowę wykonano z lakierowanej na czarno giętej blachy stalowej. Element stanowiący wierzch i boki mocuje aż jedenaście wkrętów, co zapewnia odporność na wibracje i długoterminową stabilność mechaniczną. Jedyną ozdobę stanowi pięknie chromowany front, wykonany w szczycącym się ponad 400-letnimi tradycjami metalurgicznymi regionie Tsubame-Sanjo. Na błyszczącej powłoce widać każdy odcisk palca, ale – wbrew pozorom – wcale nie jest łatwo go tam zostawić. Zarówno główny włącznik mechaniczny, jak i pokrętło wybieraka źródeł i głośności wyraźnie wystają ponad jego powierzchnię, co zmniejsza ryzyko przypadkowego dotknięcia lustrzanej tafli. Poza tym jest już skromnie, przynajmniej jeżeli chodzi o wygląd. O ile bowiem Aura sprawia wrażenie projektu minimalistycznego wzorniczo, o tyle jej wyposażenie okazuje się całkiem bogate. A i tak zostało okrojone w porównaniu z pierwowzorem. Oryginalna VA-40 poza trzema wejściami liniowymi oferowała pełną pętlę magnetofonową, której we współczesnej odsłonie zabrakło. Pozostawiono natomiast wejście dla gramofonu z wkładką MM oraz gniazdo słuchawkowe 6,35 mm (na duży jack).
Wszystkie złącza RCA są złocone. Nie ustawiono ich szczególnie szeroko, ale da się podłączyć interkonekt z zakręcanymi końcówkami. Obok wejścia phono znalazł się zacisk uziemienia. Złocone terminale to wyraźny postęp w porównaniu z oryginałem. Zamiast dziurek w obudowie otrzymujemy solidne zakręcane gniazda, umożliwiające instalację bananów, widełek i gołych kabli. Plastikowa izolacja zmniejsza ryzyko przypadkowego zwarcia wtyków.
Pilota jak nie było, tak nie ma, ale można wskazać dwa argumenty przemawiające za tą decyzją. Pierwszy to skomplikowanie konstrukcji poprzez konieczność dodania do wzmacniacza układu elektronicznego, który niekoniecznie pozostałby neutralny dla dźwięku. Drugi, paradoksalnie natury praktycznej, jest taki, że Aura pracuje z relatywnie wysokim wzmocnieniem. Producent go nie podaje, niemniej niewielki ruch potencjometru powoduje zauważalny przyrost głośności. W przypadku zastosowania analogowego Alpsa z silniczkiem jego bezwładność przekładałaby się na gwałtowne skoki głośności i konieczność wprowadzania korekt. Innymi słowy: szybciej byłoby ustawić żądany poziom, podchodząc do urządzenia, niż usiłując trafić w niego nieprecyzyjną zdalną regulacją.
Na pochwałę zasługuje fakt, że potencjometr w Aurze pracuje równo od samego początku skali. Szczególnie można to było docenić w konfiguracji z kolumnami Avantgarde Acoustic Mezzo G3. Ich ekstremalna czułość powoduje, że każdy defekt podłączonego sprzętu jest wyolbrzymiany, jakbyśmy go obserwowali przez akustyczny mikroskop. Tymczasem w VA40 rebirth narastanie dźwięku w obu kanałach następuje tak samo, co jak najlepiej świadczy o selekcji komponentów przed montażem.
Nietrudno się domyślić, że Aura pozostała wzmacniaczem w pełni analogowym. Podobnie jak pierwowzór nie ma ani wbudowanego DAC-a, ani streamera. I bardzo dobrze. Wzmacniacz powinien się zajmować wzmacnianiem, a nie robieniem wszystkiego dookoła tylko dlatego, że akurat nastała taka moda. Poza tym streamer w urządzeniu wymyślonym przed blisko 40 laty wyglądałby cokolwiek dziwacznie.
Z tego, co widać, a widać niewiele, układ zmontowano tradycyjną techniką przewlekaną. Źródła wybiera układ scalony, ulokowany w sąsiedztwie gniazd wejściowych. Selektor na przedniej ściance służy jedynie do przekazania mu komendy, które z nich ma być aktywne. Droga sygnału zostaje na tym etapie skrócona. Podróż przez całą głębokość obudowy odbywa się natomiast do potencjometru Alpsa. Ten jest już konwencjonalny, otwarty i zintegrowany z pokrętłem na froncie.
Wystarczyło 55 mm, aby układ elektroniczny nie tylko bez trudu zmieścił się w obudowie, ale korzystał z komfortowych warunków pracy. Umożliwiła to wyjątkowa architektura, zgodnie z którą obwody sygnałowe pracują do góry nogami. Otwierając wzmacniacz, zazwyczaj widzimy płytkę drukowaną i rozlokowane na niej komponenty. Po zdjęciu pokrywy z Aury, płytkę, owszem, zobaczymy, tyle że od spodu. W sumie żadna strata, ponieważ większą jej część i tak zakrywa gruby na półtora centymetra radiator, wykonany z jednolitego bloczka aluminium. Pierwotnie miały to być dwa mniejsze płaty, oddzielnie dla każdej pary tranzystorów. W wersji produkcyjnej zastąpił je jednak jeden duży blok. Na termikę wpływa to korzystnie, ponieważ komponenty pracują w identycznej temperaturze. Koszt produkcji zapewne nieco wzrasta, ale nieznacznie i przy większej skali będzie to pomijalne.
Do radiatora od spodu przykręcono MOSFET-y angielskiej firmy Exicon, po komplementarnej parze ECX10P20/ECX10N20 na kanał. Pracują tak, jak MOSFETY-y lubią najbardziej – z wysokim prądem spoczynkowym, w związku z czym część z 50 watów mocy nominalnej VA40 rebirth oddaje w klasie A. To sygnał dla odbiorców, że wzmacniacz, choć nie jest mocarzem, to podłączony do skutecznych głośników powinien zaoferować płynność i nasycenie barw kojarzone z dobrymi lampami.
Jedynymi elementami, których nie zamontowano w pozycji śpiącego nietoperza, są transformator toroidalny 200 VA i dwa bezpieczniki, przykryte plastikowymi osłonami. Gdyby któryś z nich zadziałał, z wymianą nie będzie problemu.
Niecodzienna architektura wymaga wysokiej precyzji montażu i nie ułatwia życia technikom. Płytkę drukowaną osadzono na aluminiowych wspornikach, przykręconych do spodu obudowy. I to jeszcze pół biedy. Prawdziwą trudność sprawia fakt, że na wspornikach opiera się również cały radiator, do którego muszą ściśle przylegać tranzystory. Tolerancja dla wysokości wsporników praktycznie nie istnieje, ponieważ jedynymi miejscami, w których można by zgubić minimalną niedokładność, są…. nóżki tranzystorów i grubość taśmy termoprzewodzącej. W praktyce oznacza to zero niedoróbek. W Aurze konstrukcja mechaniczna musi być wyjątkowo precyzyjna, bo inaczej wzmacniacza się dałoby się zmontować. Z zewnątrz zupełnie tego nie widać, ale rzut oka na wnętrze pozwala stwierdzić, że ktoś na własne życzenie dołożył sobie roboty. Lubimy to!
W testowanym egzemplarzu wszystko pasowało idealnie. Warstwa taśmy była wszędzie tak samo cienka, a tranzystory przylegały równomiernie. Bez cienia wątpliwości dało się zauważyć, że urządzenie składał technik z doświadczeniem. Taki widok naprawdę cieszy oczy, ale jednocześnie rodzi pytanie: po co cały ten ambaras z odwracaniem? Intencją konstruktora było zapewnienie układowi komfortu działania takiego samego, jak w dużej obudowie. A komfort w przypadku tranzystorów mocy oznacza efektywne odprowadzanie ciepła i utrzymanie optymalnej, stałej temperatury. Zapewnia ją umieszczenie radiatora tuż przy otworach wentylacyjnych w pokrywie. Taka lokalizacja sprawia również, że tranzystory nie ogrzewają płytki drukowanej, znajdującej się pod nimi. Nadmiar energii, który wytwarzają, kierowany jest od razu do góry. Chłodniejsze powietrze jest natomiast pobierane przez dziurkowany spód. Nóżki o wysokości dwóch centymetrów, skądinąd estetyczne, bo czarne ze srebrnymi wstawkami, nie znalazły się tu przypadkowo. Poza tym, że izolują wzmacniacz od drgań, zapewniają właściwy dystans od podłoża, poprawiając cyrkulację powietrza.
Jakość użytych komponentów zasługuje na pochwałę. Poza wyrafinowanymi MOSFET-ami Exicona i potencjometrem Alpsa, wybranym ze względu na właściwości brzmieniowe, w VA40 rebirth zastosowano filtrujące kondensatory Rubycon i Nichicon Muses oraz rezystory Vishay. W sekcji phono pracują wzmacniacze operacyjne Texas Instruments NE5532. Gdyby ktoś chciał korzystać z wkładki MC, powinien użyć dodatkowo transformatora dopasowującego step-up.
Postronny odbiorca zobaczy w Aurze niepozorny wzmacniacz, który – gdyby nie chromowana przednia ścianka – zginąłby w tłumie większych okazów. Kiedy jednak zacznie przyglądać się bliżej i rozumieć niuanse, przekona się, że nic się tu nie dzieje przypadkiem, a skromny wygląd skrywa przemyślany w każdym detalu projekt, wymagający precyzyjnej, starannej realizacji. Aura VA40 rebirth jest w całości produkowana w Japonii. Konstrukcja wzbudza zaufanie. Daje do zrozumienia, że producent miał poważne zamiary i traktuje odbiorcę z szacunkiem; że nie szczędził sił ani środków, by klasycznemu układowi z końca lat 80. nie tylko przywrócić dawny blask, ale też uczynić go realną konkurencją dla współczesnych wzmacniaczy. O tym, czy mu się to udało i jaką wartość przedstawia urządzenie w relacji do ceny, przekonamy się już za chwilę.
Konfiguracja systemu
W teście Aura VA40 rebirth pracowała głównie z kolumnami Avantgarde Acoustic Mezzo G3. Sprawdziłem również, jak współczesne wcielenie wzmacniacza, którego korzenie tkwią w Worthing, radzi sobie z pochodzącymi stamtąd głośnikami B&W 702 S3 Signature.
Sygnał dostarczał Accuphase DP700. Łączówka pochodziła z oferty instalacyjnej, a w roli przewodów głośnikowych wystąpiły podstawowe Transparenty MusicWave. Elektronika stała na stoliku Sroka, przy czym wzmacniacz opierał się dodatkowo na podkładkach Symposium Ultra Padz, a kolumny – na kwarcowych krążkach Acoustic Revive.
System pracował w pomieszczeniu o powierzchni 37 m² i wysokości trzech metrów.
Purystyczny układ z dwoma tranzystorami na kanał nie będzie generował monstrualnych dawek prądu. Sama moc nominalna 50 W/8 Ω to czytelna sugestia, by stonować oczekiwania dotyczące wysterowania trudnych obciążeń i nie forsować urządzenia ponad miarę. Z drugiej strony, ten sam układ składa obietnicę niskich zniekształceń w dziedzinie czasu, spójności fazowej i dopieszczenia elementów nastawionych nie tyle na bicie rekordów wydajności, co na prawidłową barwę, żywą mikrodynamikę, równowagę tonalną i piękną, naturalną przestrzeń. Spodziewamy się nie tyle rekordzisty, co wzmacniacza, który pracując w przyjaznych warunkach, zaprezentuje muzykę zróżnicowaną, kolorową i angażującą, płynącą do słuchacza wartkim, czystym strumieniem. Takie przynajmniej są założenia, bo z ich realizacją w praktyce bywa różnie. Zwłaszcza gdy owa praktyka dotyczy sprzętu w miarę przystępnie wycenionego, na który może sobie pozwolić słuchacz, który jeszcze czeka na swoją wielką wygraną w Lotto. Aura VA40 rebirth marzenia o dobrym dźwięku dostępnym w niewygórowanej cenie spełnia…. aż za dobrze. Gra znacznie drożej, niż to sugeruje cena 12900 zł i zapewnia jakość odsłuchu na poziomie, którego nie osiągają nieraz wyraźnie drożsi konkurenci.
Takie wnioski mogą w pierwszej chwili wyglądać na mylne wzruszenie, ale nim nie są. Doprowadziło do nich pół roku odsłuchów zróżnicowanego repertuaru z kolumnami Avantgarde Acoustic Mezzo G3, które – ze względu na swoją szybkość i czułość – nie wybaczają niczego. Pomagają aktywnym basem, więc wzmacniacz nie musi się wysilać, ale jeżeli chodzi o mikrodynamikę, barwę, selektywność góry pasma czy balans tonalny, nie tolerują niedoróbek, lecz stawiają je w ostrym świetle punktowych reflektorów. Aura ani przez moment nie miała być dla G3 realnym towarzystwem. Znalazła się w teście jako support zapowiadający wielką gwiazdę. A tymczasem sama stała się gwiazdą. Skromna, subtelna, w nieadekwatnej cenie, pokazała prawdziwą klasę. Nie podejrzewana o takie umiejętności, włączona w system z zupełnie innej półki, zagrała nie tylko bez kompleksów, ale też z wyrafinowaniem, którego nie spodziewaliby się nawet najwięksi optymiści.
Konstruktor miał pomysł na brzmienie i był to pomysł znakomity. Zamiast się ścigać na efekty dynamiczne i tąpnięcia basu, postawił na średnicę pasma i wokół niej zbudował całą opowieść. Jej uprzywilejowanej pozycji jesteśmy pewni od pierwszych minut odsłuchu, jednak nie dlatego, że się narzuca, ale ze względu na jakość, którą prezentuje. Najłatwiej to porównać do występu zespołu z wybitną wokalistką. Pianista i sekcja rytmiczna mogą grać świetnie, ale wystarczą dwie idealnie zaśpiewane frazy, wpleciony niby przypadkiem ozdobnik albo detal barwy, żeby natychmiast stało się jasne, kto tu jest prawdziwą gwiazdą. Identycznie się dzieje w przypadku Aury. Japoński wzmacniacz nie stara się zwrócić na siebie uwagi. Mimo to ją przykuwa i utrzymuje do samego końca.
Wyjątkowość średnicy nie wynika jedynie z wyeksponowania. Jej nieodłączną składową pozostaje selektywność. Aura potrafi zagrać partie instrumentów i wokali operujących w podobnym zakresie, nie tracąc panowania nad nimi, ani nie doprowadzając do sytuacji, w której przekaz zaczyna się zlewać i tracić czytelność. Z równą swobodą odtwarza melancholijny, ciepły głos Melody Gardot, co ostre gitarowe partie Sepultury. Nastrój i estetyka grania mogą się zmieniać jak w kalejdoskopie, ale czytelność dźwięku pozostaje taka, na jaką tylko pozwolił realizator nagrania. To wielka zaleta, ponieważ wzmacniacz nie wpada w manierę taplania muzyki w ciepłym, gęstym sosie. Owszem, jedyny w swoim rodzaju głos Diany Krall będzie spokojnie i kojąco spływał w dół kanałów słuchowych, ale kiedy dla kontrastu nabierzemy ochoty na coś z zupełnie innej bajki i sięgniemy po album Janis Joplin, to od razu w małżowiny zacznie drapać unikalna chrypa, przywodząca na myśl skrzeczenie żaby. VA40 rebirth świetnie różnicuje odmienne barwy i sposoby artykulacji. Nie traktuje muzyki sztampowo, ani nie podciąga każdego repertuaru do z góry narzuconego wzorca. Trzyma się ciepłej strony neutralności, ale podnosi temperaturę zaledwie o pół stopnia. Na tyle, żeby z surowizny garażu na przedmieściach Seatle zrobić materiał mimo wszystko słuchalny, a równocześnie go nie zagłaskać i nie zmienić jego oryginalnej chropowatości.
Skoro tyle uwagi Aura poświęca średnicy i osiąga spektakularne rezultaty, to rodzi się obawa o pozostałe pasma. Na szczęście nieuzasadniona. Wysokie tony nie zostają ani stłumione, ani złagodzone. Dopełniają średnicę, ale nie jako mniej istotna zapchajdziurka, lecz jako pełnoprawny uczestnik spektaklu. Dźwięk pozostaje otwarty, daleki od efektu ciepłej kluski. Góra nie jest ani zimna, ani ostra, ale dźwięczna i wystarczająco wyraźna, by zapewnić brzmieniu świeżość. Potrafi ukłuć, choć nie szuka do tego pretekstu. Stawia raczej na koloryt i zróżnicowanie wybrzmień. Spektrum alikwotów nie zostaje zubożone, dzięki czemu instrumenty dęte, smyczki i gitary zachowują właściwą sobie lotność, a otaczający je pogłos podkreśla realizm przedstawienia.
Do basu świetnie pasuje kulinarne określenie al dente. Daje się w nim zauważyć odrobinę ciepła i miękkości, co zapewne można by przypisać dostosowaniu do charakteru średnicy, ale są to komponenty dodane jedynie do smaku, zwiększające przyswajalność zwłaszcza słabiej nagranych albumów i pozwalające się cieszyć muzyką wartościową, choć nie zawsze perfekcyjnie zrealizowaną.
Zestawienie z Bowersami 702 S3 Signature okazało się bardziej wymagające, niż mogłyby sugerować historyczne związki obu marek. Kolumny z Worthing są znakomite, przejrzyste i operują wyraźnym wypełnionym basem, ale wiąże się to z dużym apetytem na energię. W związku z tym, aby zaprezentować pełny potencjał, potrzebują mocnego i wydajnego wzmacniacza. Aura robiła, co mogła, by sprostać ich wymaganiom, ale było słychać, że to nie jej żywioł. Z Mezzo G3 śpiewała swobodnie, uwodziła i czarowała. Z Bowersami musiała zakasać rękawy i w pocie czoła skupić się na dostarczaniu amperów i woltów. Radziła sobie i nadal nie było to słabe granie. Obciążenie spowodowało jednak, że zaczęło jej brakować energii na subtelności. Lepiej więc znaleźć kolumny, z którymi stworzy niezapomniany duet.
Bo naprawdę coś jest w tym dźwięku. Coś, na co szybko zwracamy uwagę i co po długim czasie ani trochę się nie nudzi. Naturalność, mnóstwo pięknie zespolonych szczegółów i wyrazistość, która angażuje odbiorcę i ułatwia wejście w emocjonalną warstwę kompozycji. Pomimo zaledwie 50 W na kanał VA40 rebirth sprawnie porusza się nie tylko w repertuarze kameralnym, ale również w składach rockowych i symfonicznych. Wystarczy jej nie męczyć wymagającymi kolumnami. Niskie skuteczności i płatające figle impedancje to nie jest jej świat. Lepiej sięgnąć po coś łatwiejszego, żeby móc w pełni docenić jej swobodę i wdzięk. Z Avantgarde’ami Mezzo G3 Aura brzmi fenomenalnie. Dobrych efektów można też oczekiwać w konfiguracjach z JBL-ami HDI i Summit, Audio Note’ami serii E czy Blumenhoferami. I nie warto się sugerować ceną wzmacniacza, bo w pewnych zestawieniach okaże się po prostu zbyt tani. Najważniejsze jednak, że działa i o mezaliansach nie może być mowy. To także rozwiązanie dla tych użytkowników, którzy lubią bezpośredniość i energię zestawów tubowych, ale nigdy nie kupią do nich lampy. Aura to tranzystor, który potrafi zaczarować. Porównywałem go z konstrukcją na 300B i choć, jak łatwo się było domyślić, trioda zaproponowała jeszcze lepsze nasycenie środka pasma, to VA40 rebirth nie pozostawił niedosytu. To świetnie ilustruje potencjał wzmacniacza i inspiruje do starannego doboru głośników. Nagroda w postaci dźwięku szykuje się bowiem wspaniała.
Klasa! A w tej cenie to prawdziwa rewelacja.
Jacek Kłos
Hi-Fi i Muzyka 02/2026
Aura VA40 rebirth
Cena
12900 zł
Dane techniczne
Moc
2 x 50 W/8 omów
Pasmo przenoszenia
5 Hz – 20 kHz (-1 dB)
Zniekształcenia
0,06%
Sygnał/szum
100 dB
Wejścia liniowe
3 x RCA
Wejścia phono
MM (3 mV/47 kΩ)
Wyjścia
1 kpl. głośn.
Regulacja barwy
-
Zdalne sterowanie
-
Wielkość
76/43/35 cm
Przeczytaj także