09.02.2026
min czytania
Udostępnij
Najlepiej widać to w przypadku… najdroższej pozycji w katalogu. Hybrydowe monobloki prezentują się godnie, oferują 150 W/8 omów, a kosztują 18680 zł za parę. Niby nadal sporo, ale porównajcie je z ofertą konkurencji o podobnej renomie.
Wszystkie modele Vincenta są zbudowane starannie, z dobrych materiałów i podzespołów. A monobloki w dodatku kozacko wyglądają.
Fronty to centymetrowe płyty szlifowanego aluminium. Radiatory tworzące boczne ścianki również są aluminiowe i niewiele cieńsze. Pokrywa z otworami wentylacyjnymi to aluminiowa blacha, też gruba, więc usztywnia konstrukcję i zmniejsza jej podatność na drgania. Tył jest stalowy. Całość spoczywa na masywnych i wysokich nóżkach podklejonych gumą. One również tłumią drgania i wynoszą skrzynkę wysoko, aby zapewnić swobodny przepływ powietrza pod spodem. To ważne, bo wzmacniacze dość mocno się nagrzewają.
Na przedniej ściance zamontowano okrągłe okienko, nadające urządzeniom Vincenta charakterystyczny wygląd. Za bulajem ulokowano komorę z lustrzanymi powierzchniami, odbijającymi blask lampy. Gdyby komuś nadal go było za mało, producent przewidział dodatkowe pomarańczowe podświetlenie diodami. Podkreśla niepowtarzalny klimat sprzętu, zwłaszcza gdy pracuje w zaciemnionym pokoju. Jasność diod można regulować w trzech krokach albo je wyłączyć pstryczkiem „dimmer” z tyłu. Z przodu znajdziemy jeszcze mechaniczny włącznik zasilania oraz dwa przyciski do aktywacji wybranego wyjścia głośnikowego. Do SP-T700 można podłączyć jeden albo dwa głośniki. Gdyby miały pracować równocześnie, należy pamiętać, żeby impedancja nominalna żadnego z nich nie była niższa od 8 omów. Przyciskami można też aktywować jeden głośnik. Wybór za każdym razem potwierdzi umieszczona obok niebieska dioda. Szkoda, że nie pomarańczowa.
Z tyłu zamontowano dwa zestawy złoconych terminali zalanych plastikiem. Przyjmują widełki, banany i gołe przewody. Oprócz nich znajdziemy tam tylko: wejście RCA, port systemowego sterowania (włączanie i wyłączanie), przełącznik napięcia zasilania, gdyby ktoś planował się wyprowadzić za ocean, gniazdo IEC oraz włącznik systemu auto.
Ustrojstwo jest proekologiczne i oszczędza prąd w przewrotny sposób – przy dłuższym braku sygnału wyłącza wzmacniacz. Ładnie, pięknie, tylko że ten czas mija nie wiadomo kiedy, a gdy zechcemy znów zagrać, okazuje się, że wzmacniacz musi się z powrotem nagrzać. Na szczęście funkcję można raz na zawsze wyłączyć dwupozycyjnym pstryczkiem, zamiast dłubać w menu, jak w redakcyjnym McIntoshu.
Monobloki wyglądają zgrabnie, ale i tak ważą 16 kilo sztuka. Występują w dwóch wersjach kolorystycznych: czarnej i srebrnej.
Architekturę wnętrza rozplanowano na trzech poziomach. Najwyższy rozpięto pomiędzy ściankami bocznymi. Tworząca go metalowa płyta jest gruba i solidna, bo na niej trzyma się od spodu transformator toroidalny, odpowiadający na oko za jedną trzecią masy urządzenia. Od dołu trafo zamyka ekranująca puszka, która zajmuje około połowę wysokości wnętrza.
Odczepy prowadzą do kolejnych sekcji zasilacza. Pierwsza zaopatruje przedwzmacniacz i bazuje na lampie – konwerterze napięciowo-prądowym 6Z4. To właśnie ona wygląda przez okienko z przodu, emitując pomarańczowy blask. Druga sekcja zajmuje cały dół. Na dużej płytce drukowanej widać dwa kondensatory elektrolityczne Elny o pojemności 10000 µF każdy.
Końcówkę mocy zbudowano z tranzystorów bipolarnych Toshiby 2SA1943 i 2SC5200 (230 V/15 A/150 W), przykręconych bezpośrednio do ogromnych radiatorów. Pierwszych 10 W wzmacniacz oddaje w klasie A, następnie płynnie przechodzi w AB. Przez większość eksploatacji będziemy korzystać z zalet tej pierwszej.
Niewielką komorę tuż za wejściem RCA w całości wypełnia stopień napięciowy, w którym pracuje sterująca trioda 6C3P-EW (lub 6S3P-EV, równoważna dla ECC83, czyli 12AX7) oraz współpracująca z nią prostownicza 6ZH9P. Vincent musi mieć dobrze zaopatrzony magazyn z dawnych czasów, bo na tej pierwszej znajdziemy napis „sdiełano w cccp”. Druga lampa również pochodzi z tego kraju, ale po hemimetabolii.
Układ objęto pętlą ujemnego sprzężenia zwrotnego. Po włączeniu należy odczekać co najmniej dwie minuty – dioda nad włącznikiem miga na czerwono, sygnalizując rozgrzewanie i stabilizację komponentów wewnętrznych. Kiedy zgaśnie, wzmacniacz jest gotowy do pracy.
Monobloki grały w towarzystwie preampu Notte Sound Labs NLP-01, odtwarzacza C.E.C. CD 5 i kolumn Audio Physic Tempo 6. Sygnał płynął łączówkami Hijiri HCI (RCA i XLR), a następnie przewodami głośnikowymi HCS. Elektronika rozgościła się na stoliku Base 6, a kolumny – na kamiennych płytach. Prąd oczyszczał Ansae Power Tower. Źródło było podłączone sieciówką Hijiri Nagomi, a cała sekcja wzmacniająca – Ansae Supreme.
Na początek informacja dla fanów Vincenta. Czego tej marki byście nie mieli w swoich systemach, SP-T700 wyprzedzi to o klasę. Monobloki to prawdziwy pokaz możliwości waszej ulubionej firmy. Udany nawet za bardzo. Zabolało? Czyli od dzisiaj tylko chleb z pasztetową?
Tak wydajny wzmacniacz najlepiej byłoby od razu puścić na szerokie wody. Niech rozwinie skrzydła i pokaże kolumnom, kto tu rządzi. Zacznę jednak inaczej – od cichego grania.
Większość wzmacniaczy ma punkt na skali głośności, w którym dźwięk się otwiera. Wypełnia w paśmie częstotliwości, osiąga właściwą skalę i nabiera rumieńców. Gdy grają zbyt cicho, pozostaje płaski, z wycofanymi skrajami pasma. Tymczasem monobloki Vincenta zaprezentowały coś niebezpiecznie bliskiego Humboldtowi Audioneta za ponad 200000 złotych. Od początku skali SP-T700, sterowane przedwzmacniaczem Notte, pokazały zdumiewającą przejrzystość, nasycenie szczegółami i znakomitą przestrzeń, zwłaszcza głębię. No i coś chyba najbardziej zaskakującego – prawie wyrównane pasmo, z wyraźnymi skrajami. Aż pojawia się obawa, że kiedy podkręcimy głośność, niskich tonów zrobi się za dużo i zrobi się loudness. Zaraz się przekonamy, ale teraz brzmienie pokazuje swobodę i rozmach, niespotykane w tej skali. To w symfonice, bo w rocku proporcje trochę się zwężają do średnicy, choć nieznacznie. Nadal to pianissimo w wydaniu luxtorpedy.
Wzmacniacze Vincenta kojarzą się z brzmieniem ciepłym, relaksującym, przywodzącym na myśl lampę. Na pewno nie uniwersalnym, głównie ze względu na mocno zaznaczony własny charakter, ale też kierowanym do sprecyzowanej grupy odbiorców. Nie dziwi więc, że fani są firmie wierni i pozostają w obrębie jej oferty, zmieniając z czasem elementy na droższe. Kiedy posłuchają monobloków, czeka ich nie lada niespodzianka.
Bez obaw, to wciąż Vincent. Gdzieś w tle słychać lampę, z tą różnicą, że leniwiec przemienia się w geparda. Muzyka dostaje zastrzyk z mieszanki energii, rytmu i entuzjazmu. Jedni nazwą to radością grania, inni gorącą krwią. Każdy własnymi słowami, a ja wiem tyle, że będą mocne i padną już po kilkunastu taktach.
Jeżeli brzmienie SP-T700 miałbym określić jednym słowem, wybrałbym: „bogate”. Złoto wręcz kapie i wszystkiego jest w bród. Wysokich tonów, basu, detali i przestrzeni. Obfitość nie prowadzi jednak do przejedzenia, ponieważ dźwięk pozostaje swobodny i pełen powietrza. Przestrzeń okazuje się wręcz uderzająca. W symfonice Vincent buduje nieprawdopodobną głębię. Horyzont ucieka w siną dal. Ściany się rozsuwają, a na scenie oczami wyobraźni widzimy instrumenty rozstawione bez ścisku, tak by zostało między nimi miejsce na ocean powietrza. Niezatartych wrażeń dostarczają nagrania z kościołów: chóry, muzyka oratoryjno-kantatowa i chorał gregoriański. Nie pamiętam, kiedy słyszałem coś podobnego w tej cenie.
Co ciekawe, perspektywa zmienia się w nagraniach studyjnych, gdzie siłą rzeczy pomieszczenie robi się mniejsze. Soliści mogą wtedy przesunąć się do przodu, wyjść przed kolumny, ale ich otoczenie pozostanie obszerne. Dźwięk otoczy głośniki i się od nich oderwie. Mniejszy skład pozwoli docenić stabilność i realizm lokalizacji. Wskazywanie źródeł pozornych stanie się łatwe i jeśli nadarzy się Wam okazja posłuchania SP-T700, zróbcie to z zamkniętymi oczami – iluzja będzie jeszcze pełniejsza.
Monobloki są rozdzielcze, przejrzyste i prezentują to bez wysiłku, choć również łopatologicznie. Nie pieszczą się ani nie owijają muślinowym woalem. Wykładają kawę na ławę, a nawet doświetlają obraz, żebyśmy dostrzegli jeszcze więcej. Może to rodzić obawy, że będzie ostro, krzykliwie, czasem zazgrzyta. I właśnie w tym momencie do głosu dochodzi lampa, która wprowadza nutkę miękkości i zaokrąglenia. Nie należy tego jednak mylić z kluchą, ponieważ czytelność pozostaje dźwięczna i jędrna.
Bas lekko dopalono. Jest mocny i głęboki. Ale też selektywny i nie barwi reszty. Cechuje go czystość linii, spowodowana skoncentrowanym, energicznym atakiem, a następnie miękkim, sprężystym wybrzmieniem. Nawet jeżeli jest ono odrobinę przedłużone, to nie zamazuje rysunku, bo precyzja pozostaje dobitna.
Średnica jest gęsta i treściwa, malowana intensywnymi barwami. Tu znów przemawia lampa, ale czytelna, w stylu Audio Note’a. Vincent może trochę powiększać instrumenty, dodawać im oparcia w niższych zakresach, ale na pewno ich nie odchudzi ani nie przesunie w kierunku krzykliwości. W dźwięku panuje porządek, a informacje zostają przekazane dokładnie i bez maskowania. Może jedynie w metalu przydałoby się trochę więcej agresji. W ogóle to ciężkie granie wypada na SP-T700 najsłabiej, co nie znaczy: źle. Po prostu, inne gatunki potrafią zabrzmieć spektakularnie, jak na ten segment cenowy.
Natomiast dźwięk w symfonice nie zabrzmi jak na koncercie, ale tak jak chcielibyśmy go słyszeć. Dzięki wspomnianym gęstości i barwności nie stwierdzimy odchudzenia smyczków, raczej podkreślenie głębi ich tonu.
Za najmocniejszy punkt uważam jednak górę. Jej najważniejsze cechy to dźwięczność, otwartość i rozświetlenie bez wyostrzenia. Dzwoneczki i perkusjonalia siłą rzeczy wyjdą na prowadzenie, ale też znajdą pewne osadzenie w niższym zakresie. Krytyczny przełom ze średnicą potraktowano poważnie, toteż nie pojawia się pudełkowate odchudzenie. Wyraźne skraje pasma dodają symfonice szerokości i soundtrackowego rozmachu. Może to nie do końca prawda, tylko „ulepszenie”, ale nie martwiłbym się tym – po prostu więcej słychać. Lekki loudness? Być może, ale gęstość i mięsistość środka pasma zgrabnie go maskują.
Można powiedzieć, że w brzmieniu przewija się nutka efekciarstwa, ale to ono unosi warstwę emocjonalną. Pozwala głębiej przeżywać muzykę. Monobloki Vincenta przesuwają charakter Audio Physików Tempo 6 w stronę Wilson Audio Sabriny. Kto ją zna, ten od razu zrozumie, o jaki efekt chodzi.
Co poza tym? Dźwięk jest duży, podobnie jak dynamika, choć akurat w tej dyscyplinie znajdą się wzmacniacze oferujące jeszcze więcej.
Do fanów Vincenta: ten chleb z pasztetową to, całkiem serio, polecam.
Maciej Stryjecki
Hi-Fi i Muzyka 12/2025
Vincent SP-T700
Cena
18680 zł/para
Dane techniczne
Pasmo przenoszenia
20 Hz – 20 kHz (+/-0,5 dB)
Sygnał/szum
90 dB
Pobór mocy
306 W (maks.)
Wymiary
26,5/21/40 cm
Masa
16 kg
Przeczytaj także