12.04.2025
min czytania
Udostępnij
Choć Leema nie jest nad Wisłą zbytnio popularna, nie zalicza się do nowicjuszy. Powstała w 1998 roku z inicjatywy dwóch byłych inżynierów dźwięku BBC, co już na dzień dobry określiło „firmowe brzmienie” urządzeń.
Pierwszą konstrukcją były profesjonalne monitory Xen, utrzymane w duchu BBC. Otworzyły one przed Leemą drzwi wielu studiów nagraniowych. Natomiast pierwsze urządzenie elektroniczne, wzmacniacz Tucana, zaprezentowała w 2006 roku. Wraz z odtwarzaczem CD Antila, stanowiły dla walijskiej manufaktury przepustkę pod audiofilskie strzechy. Co ciekawe, zmodernizowane Tucana i Antila pozostają w ofercie do dziś. W kolejnych latach dołączyło do nich ponad dwadzieścia innych modeli.
Aktualny katalog Leemy podzielono na cztery serie. Na samym szczycie stoi Constellation. Pod nią plasuje się Stellar, a na samym dole Elements. Zaraz, zaraz, do czterech nawet ja potrafię zliczyć. Gdzie się zatem podziała brakująca linia?
Testowany dzielony wzmacniacz Neutron/Graviton wraz z odtwarzaczem CD Electron oraz streamerem Positron wchodzą w skład najnowszej Quantum. W cenniku zajmuje ona trzecią pozycję od góry, tuż pod serią Stellar.
Quantum pojawiła się pod koniec 2023 roku z okazji 25-lecia powstania firmy i w momencie wysyłki magazynu do druku nadal nie było o niej wzmianki na stronie internetowej Leemy. Hm, od debiutu upłynęły trzy kwartały, więc może warto zadzwonić do admina?
Według oficjalnych informacji wszystkie urządzenia, łącznie z płytkami PCB, zostały zaprojektowane i zbudowane od podstaw we własnej fabryce Leemy w walijskim miasteczku Welshpool w hrabstwie Powys. Quantum nie stanowi pod tym względem wyjątku.
Neutron jest reprezentantem zyskującego popularność segmentu przedwzmacniaczy z wbudowanym przetwornikiem c/a. Na tle licznych konkurentów w zbliżonej cenie propozycja Leemy wyróżnia się funkcjonalnością. Można do niej podłączyć aż 13 analogowych i cyfrowych źródeł dźwięku. A mówimy o skromnym preampie, kosztującym 8500 złotych. No dobrze, z tą skromnością trochę przesadziłem. Neutron prezentuje się bowiem całkiem okazale.
Przednią ściankę wyrżnięto z grubego plastra aluminium, a pozostałe to grube stalowe blachy. Urządzenie jest dostępne w wykończeniu czarnym albo srebrnym i w obu prezentuje się bez zarzutu. Front zdobią podłużny wyświetlacz i dwa spore pokrętła, będące w istocie enkoderami. Służą do ustawiania parametrów pracy, takich jak wybór typu wkładki gramofonowej czy zmiana nazw wejść. Matrycowy display przekazuje tylko podstawowe informacje na temat głośności i aktywnego wejścia, a ich ewentualne niedobory rekompensuje doskonałą czytelnością, nawet pod ostrym kątem i z większej odległości. Ostatnie dwa elementy to włącznik zasilania oraz gniazdo słuchawkowe 6,35 mm (na duży jack), współpracujące z porządnym modułem wzmacniającym.
Po pierwszym zachwycie nad możliwością podłączenia licznych źródeł tylna ścianka Neutrona budzi raczej mieszane uczucia. Z jednej strony należy pochwalić duży wybór wejść cyfrowych i analogowych; z drugiej – rażą liche gniazda RCA. Na szczęście XLR-y Neutrika są porządne – Szwajcarzy nie zwykli odwalać chałtury.
Wejścia analogowe to pięć liniowych (jedno XLR i cztery RCA) oraz phono MM/MC. Leema przy każdej okazji podkreśla wysoką jakość modułu korekcyjnego, którego projekt został przeniesiony z flagowej serii Constellation. Nieco go tylko uproszczono oraz zastosowano tańsze komponenty, tak aby nie przesadzić z ceną. Główne założenia pozostały jednak bez zmian.
Wejścia cyfrowe to trzy optyczne, trzy koaksjalne i jedno asynchroniczne USB-B do podłączenia komputera i grania z plików.
Sygnał do końcówki mocy wyprowadzają XLR oraz dwa RCA. Do tego przewidziano wyjście z pętli magnetofonowej (tape out) i stereofoniczne sub out do aktywnego subwoofera.
Na koniec tej części pozostawiłem gniazdo zasilania IEC. Zamontowanie go pośrodku tylnej ścianki ułatwia podłączanie i zapobiega krzyżowaniu się przewodów sygnałowych z zasilającym. Niby banalna rzecz, ale świadczy o tym, że projektanci Neutrona zwracają uwagę na pozornie mało istotne szczegóły.
Użytkownicy nie rozkręcają zwykle posiadanego sprzętu dla rozrywki, a i serwisanci niechętnie dzielą się informacjami na temat jego zawartości. Dlatego w wielu, wcale nie najtańszych urządzeniach można się niekiedy natknąć na pomysły jeżące włos na głowie, a wynikające z księgowej walki o każdego juana, jena albo centa. W Leemie potrafią się oprzeć podobnym pokusom, co potwierdzają nawet pobieżne oględziny wnętrza Neutrona. Jak twierdzi producent, nie obyło się bez niezbędnych oszczędności względem droższych serii, ale przełożyły się one jedynie na użycie mniej skomplikowanej obudowy, gorszych gniazd (a jednak!) i uproszczoną topologię układów. Pozostałych komponentów użyto w dużej mierze tych samych co w droższych urządzeniach.
Podstawę zasilania tworzy toroidalny transformator Noratela, osadzony na dodatkowej podstawce antywibracyjnej. Do każdej sekcji poprowadzono osobne odczepy oraz układy filtracji i stabilizacji napięć.
Kluczową elektronikę zrealizowano na kilku płytkach drukowanych, mocowanych bezpośrednio do tylnej ścianki. Największa należy do przedwzmacniacza analogowego. Oprócz układów wejściowych zmieścił się na niej wspomniany wzmacniacz słuchawkowy oraz duma i chluba Neutrona – moduł phono. Selektor wejść zrealizowano na przekaźnikach, a siłę głosu reguluje scalony Burr Brown PGA2310, czyli sterowana cyfrowo analogowa drabinka rezystorowa.
W sekcji cyfrowej pewien niedosyt pozostawiają techniczne parametry wejść. DAC zbudowano co prawda w oparciu o ESS Sabre ES9018K2M, przystosowany do pracy z sygnałami PCM do 32 bitów/384 kHz oraz DSD256, ale układ wejściowy Wolfson WM8805 ogranicza te parametry do 24 bitów/192 kHz i DSD128. Na szczęście rozdzielczość 24/192 dotyczy także wejść optycznych, które zazwyczaj są traktowane po macoszemu. DSD będzie dostępne na USB-B i na tym koniec atrakcji.
W wyposażeniu Neutrona znajduje się niewielki plastikowy pilot, obsługujący wszystkie jego funkcje. Może i nie zwala z nóg nieziemską urodą, ale ze swej roli wywiązuje się bez zrzutu.
Na temat aparycji Gravitona wiele powiedzieć się nie da. Jedynym elementem zaburzającym nieskazitelną powierzchnię aluminiowego frontu jest włącznik zasilania. Za to tył prezentuje się już całkiem smakowicie.
W oko wpadają od razu wyśmienite, choć trochę wąsko rozstawione podwójne terminale głośnikowe. Producenci wzmacniaczy mocy nieczęsto decydują się na dublowanie zacisków, a tutaj w dodatku są złocone.
Po bokach zamontowano wejście w standardach RCA i XLR oraz wyjście RCA w roli przelotki. Obecność wejścia symetrycznego we wzmacniaczu może po części usprawiedliwić kiepską jakość RCA w preampie. Niewykluczone, że producent faworyzuje połączenie zbalansowane co, jak podejrzewam, nie miało jedynie na celu naciągnięcia użytkowników na droższe kable.
Gniazdo zasilania, podobnie jak w Neutronie, zamontowano pośrodku tylnej ścianki.
W trakcie zdejmowania stalowej pokrywy dostrzegłem wycięte w niej cztery podłużne otwory. Poprawiają one odprowadzanie ciepła z wystających na zewnątrz radiatorów.
Wnętrze końcówki mocy wygląda więcej niż przyzwoicie. W centrum zalazł się ogromny transformator toroidalny Noratela, o którym Leema pisze, że to jedno z największych traf, jakie kiedykolwiek widziano w tej cenie. Przy jego 16-cm średnicy może to być deklaracja bardzo bliska prawdy. Uzupełnia go 12 elektrolitów o łącznej pojemności 81600 µF, po sześć na kanał.
Graviton ma budowę quasi dual mono. Wspólny jest tylko monstrualny toroid, a dalej kanały się rozdzielają na dwie osobne końcówki mocy. W każdej pracują trzy pary bipolarnych tranzystorów Toshiby, z których uzyskano 150 W/8 ? w klasie AB i niemal dwa razy tyle przy impedancji niższej o połowę. Ze względu na konieczność zapewnienia cyrkulacji powietrza radzę stawiać Gravitona na przedwzmacniaczu, a nie odwrotnie. Ideałem byłoby umieszczenie każdego komponentu na osobnej półce, ale sami wiecie, że w codziennych realiach to nie takie proste.
150 watów przy ośmiu omach to nie przelewki. Po wzmacniaczu o takiej mocy można się spodziewać żywiołowości, a nawet czegoś na kształt nieokiełznania. Jednak walijskiemu duetowi kolejny raz udało się mnie zaskoczyć.
Brzmienie zestawu Neutron/Graviton okazuje się gładkie i aksamitne. Nie należy go jednak mylić z ciemnym budyniem, ponieważ ani trochę nie brakuje mu detaliczności. Dźwięk jest spójny i poukładany, a równocześnie szczegółowy, co czyni odbiór muzyki i przyjemnym, kiedy nie mamy ochoty dzielić włosa na czworo, i satysfakcjonującym, gdy załączymy w głowie tryb analityczny.
Jeżeli miałbym z czymś na szybko porównać brzmienie dzielonej Leemy, to na myśl przychodzą mi klasyczne wzmacniacze vintage. Takie, w których postawiono na melodyjność i płynność dźwięku, zaś atomowa dynamika świadczyłaby co najwyżej o kiepskim guście projektanta. Właśnie taki, „staroczesny” jest walijski piecyk. Na pierwszym planie eksponuje muzykalność, dostarczanie niemal fizycznej przyjemności ze słuchania mniej i bardziej znanych utworów, bez względu na ich gatunek, jakość techniczną i sposób realizacji. Nawet w nieudanych nagraniach potrafi wskazać pozytywy, przechodząc do porządku nad potknięciami. Natomiast w przypadku audiofilskich cymeliów roztacza przed słuchaczem kobierzec utkany z pięknych dźwięków. A tak konkretnie to jakich? Zacznijmy od podstawy.
Niskie tony lubią zejść nisko, a nawet zachęcają do odtwarzania utworów obfitujących w basowe pomruki. Ich żywiołem są nagrania muzyki filmowej, elektronicznej oraz organowej. W akustycznym jazzie i rocku bas cechuje szybkość i zwinność, jakby generowana jeszcze przed chwilą monumentalna ściana dźwięku pochodziła z zupełnie innego wzmacniacza.
Unikalną muzykalność w dużej mierze zawdzięczamy delikatnie ocieplonej, plastycznej średnicy. Leema bez ociągania buduje kameralną atmosferę, dzięki czemu nawet tradycyjnie zdystansowana Cassandra Wilson porzuca swą wyniosłą pozę. Siada swobodna, zrelaksowana i śpiewa dla nas tak, jak tylko ona potrafi. Żywsze bicie serca i ciarki na grzbiecie po takim występie macie gwarantowane.
W śpiewie amerykańskiej diwy dało się usłyszeć sporo odgłosów towarzyszących artykulacji, jak mlaśnięcia i oddechy. Nie zdominowały one jednak przekazu, a jedynie zwiększyły akustyczny realizm prezentacji. Zresztą, każda muzyka bez prądu brzmi tutaj wybornie. Czysto, żywo, energetyzująco, zachowując analogową miękkość. Nawet kiedy przeszedłem z płyt CD na pliki, nie zauważyłem wyraźnego cyfrowego nalotu. Po prostu miód!
W świetle powyższego dywagacje na temat rozdzielczości przetwornika c/a w Neutronie wydają się bezcelowe. Wnioski na temat sensowności śrubowania parametrów przez producentów DAC-ów niech każdy wyciągnie sam.
Brzmienie walijskiego duetu zdobią wysokie tony. Choć nie brakuje im detali, to znów ani myślą się popisywać podkreślonymi transjentami i alikwotami. Wybornie brzmią gitary akustyczne i perkusjonalia. Każde uderzenie w strunę lub dzwoneczek pozostaje wyraźne do ostatniego drgnienia powietrza, roztaczając wokół delikatną aurę pogłosu.
Nie sposób także pominąć budowy panoramy stereofonicznej. Scena lokuje się na linii łączącej głośniki i zależnie od miejsca oraz sposobu rejestracji materiału robi dwa kroki za linię bazy albo wysuwa się do słuchacza. Również jej szerokość bardziej zależy od sposobu realizacji materiału niż od charakteru wzmacniacza, co można uznać za przejaw daleko posuniętej neutralności. W efektownych nagraniach, np. Andreasa Vollenweidera, przestrzeń zaczyna przybierać postać trójwymiarowego hologramu. Biorąc pod uwagę cenę zestawu, jego możliwości w tym zakresie zdecydowanie przekraczają oczekiwania.
Podróżując przez gatunki muzyczne, doszedłem do wniosku, że Leema oferuje wysoką uniwersalność repertuarową. Jako że praktycznie żaden z testowych utworów nie zabrzmiał źle, wypuściłem się na prawdziwe Dzikie Pola. Walijski zestaw bezproblemowo adaptował się do zmieniających się estetyk, nie zapominając przy tym o zgrabnym maskowaniu potknięć realizatorów i podkreślając co smakowitsze kąski. W rezultacie pomysły na jego zagięcie skończyły mi się szybciej, niż zdołałem obnażyć choćby jeden jego słaby punkt.
Dzielone systemy stereo oznaczają zazwyczaj wejście na wyższy poziom audiofilskiego wtajemniczenia. Leema przeskakuje od razu kilka szczebli i za przystępne pieniądze proponuje zestaw, który zapewni długie lata niezmąconej przyjemności ze słuchania. Dodatkowy atut stanowi wszechstronność preampu Neutron, który szeroko otwiera drzwi do dalszej rozbudowy systemu. Mocna rekomendacja!
Mariusz Zwoliński
Hi-Fi i Muzyka 02/2025
Leema Acoustics Neutron & Graviton
Dane techniczne:
Przedwzmacniacz Neutron
Pasmo przenoszenia:
20 Hz – 20 kHz
Sygnał/szum:
b.d.
Zniekształcenia:
b.d.
Przetwornik:
ESS Sabre 32/384
Wejścia analogowe:
XLR, 4 x RCA
Wejście phono:
MM/MC
Wejścia cyfrowe:
3 x koaks., 3 x opt., USB-B
Wyjścia:
pre out (XLR, 2 x RCA), tape out, sub out
Wyjście słuchawkowe:
6,3 mm
Regulacja barwy dźwięku:
brak
Zdalne sterowanie:
pilot
Maks. pobór mocy:
200 W
Wymiary (w/s/g): 11/43,7/34 cm
11/43,7/34 cm
Masa: 5,7 kg
5,7 kg
Dane techniczne:
Końcówka mocy Graviton
Moc:
2 x 150 W/8 Ω, 2 x 280 W/4 Ω
Pasmo przenoszenia
5 Hz – 100 kHz
Zniekształcenia:
0,006%
Sygnał/szum:
104 dB
Wejścia:
XLR, RCA
Wyjście:
line out
Maks. pobór mocy:
800 W
Wymiary (w/s/g):
11/43,7/34 cm
Masa:
16 kg
Przeczytaj także