24.01.2026
min czytania
Udostępnij
Miasto Baia Mare z morzem wspólnego ma niewiele – leży nieopodal Siedmiogrodu. Wzmianki historyczne sięgają połowy XII wieku, a sama nazwa oznacza „wielką kopalnię”, w tym przypadku węgla.
Nowa część może nie wygląda intrygująco, za to znajduje się w niej obiekt interesujący z naszego punktu widzenia. To siedziba firmy, założonej w 2011 roku przez Antonia Meze. Właściciel najpierw ukończył liceum plastyczne, a następnie studiował wzornictwo przemysłowe w Akademii Sztuk Pięknych. Interesował się też muzyką i zapewne ona zainspirowała go do zajęcia się sprzętem do jej odtwarzania, konkretnie: słuchawkami.
Miały być wytwarzane przez niewielką manufakturę, która każdemu produktowi będzie w stanie poświęcić wystarczająco dużo czasu. Powinien bowiem być piękny, luksusowy i starannie wykonany. W uzyskaniu wysokiej jakości brzmienia miało pomóc zatrudnienie muzyków. W tej branży Antonio musi mieć spore znajomości, bo pokaźną część firmowej witryny internetowej stanowią rekomendacje licznych artystów. Każdy firmuje słuchawki swoją twarzą i dzieli się krótkimi wrażeniami z ich użytkowania.
Lista blisko 130 osób robi wrażenie. Ale same nauszniki – nie mniejsze. Nie dość, że cechują się nieprzeciętną urodą, to jeszcze emanują solidnością montażu i jakością użytych materiałów. O ile po kosztujących ponad 8000 zł Lyricach 2, testowanych w „HFiM” 10/2025, można się było tego spodziewać, o tyle 99 Classic sprawiają niespodziankę. Oba modele są konstrukcjami zamkniętymi, ale w katalogu Meze – poza jeszcze jedną wariacją na temat projektu 99 – pozostałe sześć to obudowy otwarte. Jeszcze piękniejsze, bardziej efektowne i większe.
Podejście do nabywcy zasługuje na pochwałę. 99 Classic docierają w solidnym tekturowym etui, wyściełanym gąbką i zamykanym na magnes. Pudełko nie należy do kategorii „otwórz i wyrzuć”. Jestem przekonany, że każdy je zatrzyma i będzie w nim przechowywać nauszniki.
Po uniesieniu pokrywy naszym oczom ukazuje się kolejny futerał. Tym razem to wytrzymała i sztywna wytłoczka z tworzywa, zamykana na suwak. Materiał imituje czarną matową skórę z drobnym ziarnem. Zdobi go logo firmy ze złoconą lirą otoczoną okręgiem, a sam kształt zaprojektowano tak, aby je nosić wygodnie bez rączki. Wnętrze wyłożono tkaniną, dzięki czemu słuchawki na pewno się nie porysują.
Zwykle w komplecie z nausznikami otrzymujemy luźno zwinięty przewód, czasem przejściówkę, schowane do ochronnej siatki. W Meze pomiędzy muszlami a pałąkiem umieszczono jeszcze niewielki, tym razem okrągły futerał. Jest dość sztywny, z gąbki wykończonej czymś w rodzaju weluru i zamykany na suwak. Do środka włożono dwa kable o długości 1,3 m i 3 m. Mają izolację z plecionki od miejsca połączenia kanałów oraz złocone wtyki typu mały jack z obu stron. Gniazda w obudowach są głębokie i pewnie trzymają końcówki przewodów.
Na słuchawkach brak oznaczenia kanałów. Są symetryczne, więc nie mają przodu ani tyłu; tak samo trzymają się na głowie i tak samo przylegają do uszu. Oznaczenia naniesiono za to na przewodach. Przyznam, że to wygodne. Na przewodach zamontowano też mikrofony. Same kabelki są cienkie, więc – z jednej – strony wygodne, ale – z drugiej – lubią się plątać. Oczywiście można użyć „poważniejszych”, które zresztą Meze oferuje.
W komplecie znajdziemy jeszcze adapter na duży jack oraz podwójny wtyk samolotowy.
Wśród akcesoriów sprzedawanych osobno firma oferuje stojak, walizeczkę oraz etui na przewody, takie samo jak w 99 Classic. Zwłaszcza to ostatnie warto kupić, nawet do innych słuchawek. Przyda się.
Producent przewidział niedrogą opcję wymiany poduszek. Kosztują około 100 zł. Ale to nie koniec. Można wymienić również opaskę nagłowną z poduszką, a tak naprawdę… wszystko, ponieważ 99 Classic da się samemu rozebrać i złożyć, choć wymagana jest precyzja. Każda część jest wymienna, choć drewnianych muszli i przetworników w sklepie nie ma. Podejrzewam jednak, że w razie nieszczęścia da się załatwić u importera przetworniki, pałąki i co komu potrzebne. Tak przynajmniej wynika z deklaracji Meze. Można też dołożyć zewnętrzny mikrofon na metalowym wysięgniku, montowany bajecznie prosto – przez wetknięcie w jedno z gniazd przy muszlach.
Główny składnik bogatego zestawu wcale nie wygląda klasycznie. Może i dostrzeżemy w nim nutkę retro, choć ja widzę raczej intrygujący projekt z artystycznymi pretensjami. Zwarta forma wyróżnia się na tle wszystkiego, co zobaczymy na głowach przechodniów.
Muszle wykonano z drewna orzecha włoskiego, które schnie na powietrzu. Sezonuje się je dotąd, aż stanie się niewrażliwe na zmiany temperatury i wilgotności. Producent chce mieć pewność, że po uformowaniu nie będzie pracowało. Jak długo trwa ten proces, nie precyzuje; stwierdza po prostu, że długo. W każdym razie nie dekady, jak w fabryce Steinwaya. Wysuszone drewno trafia na CNC, gdzie jest obrabiane przez osiem godzin. Gotowy półprodukt trzeba oszlifować, wypolerować, zabejcować i polakierować na elegancki półmat, przypominający olejowanie, a to zajmuje 45 dni. Na koniec jest oglądany przez lupę w poszukiwaniu ewentualnych niedokładności i jeśli zda egzamin, trafia do montażu.
Na tym etapie dokłada się gniazda, przetworniki i poduszki – wszystko na śrubki. Do szczytów stożkowatych muszli mocuje się okrągłe okucia ze stopu cynku, trzymające pałąk wykonany z dwóch stalowych listew. Jest elastyczny, sprężysty i mocny, mimo niewielkiej masy. Sztywno spina całość, a równocześnie nie naciska zbytnio na głowę. Ma jednak dość przykrą wadę – rezonuje i „mikrofonuje” przy byle puknięciu paznokciem lub otarciu o szorstki koc. W uszach pojawia się wtedy albo zgrzyt noża o stolnicę, albo odgłos, jakby nam ktoś uderzył w kask motocyklowy. Na szczęście, nie reaguje na muzykę w muszlach, więc można go traktować jako niezbyt wygodny, ale niegroźny dodatek. Po prostu trzeba słuchać, unikając dotykania stalowych szyn.
Za to izolacja od czynników zewnętrznych okazuje się niezła. Pady ze sztucznej skóry przylegają ciasno do obszaru wokół ucha i szczelnie je przykrywają. Są niewielkie, więc jeżeli ktoś ma słoniowe małżowiny, mogą się nie zmieścić. Warto to sprawdzić we własnym zakresie. Zaraz nad muszlami znalazły się czteroramienne kształtowniki z cynkowego stopu w złotym kolorze. A na nich –poduszka nagłowna, przesuwająca się na stalowej listwie. Ta delikatnie sprężynuje i automatycznie dostosowuje słuchawki do wielkości głowy. W zasadzie tylko je zakładamy, a reszta dzieje się sama.
Classiki są na tyle wygodne, na ile wygodne mogą być słuchawki zamknięte. Na pewno nie zapewnią takiego komfortu jak otwarte, ale też nie zauważyłem, aby specjalnie cisnęły, mimo że pewnie przylegają i nie fruwają na boki przy gwałtownych ruchach głową. Może dlatego, że całość waży tylko 260 g?
Przetworniki mają 40-mm membrany z mylaru i neodymowe magnesy. Parametry techniczne okazują się wyjątkowo przyjazne: skuteczność to 103 dB, zaś impedancja – 32 omy. Słuchawki da się wysterować dosłownie byle czym. Nawet jeżeli ktoś ma jeszcze smartfon z dziurką, nie widzę przeciwwskazań.
Wartość widziana, macana oraz dodana w akcesoriach, a do tego przyjemność trzymania w rękach lub na głowie pięknego przedmiotu, wykonanego ze starannością z jakościowych materiałów, składają się na wysoki poziom satysfakcji. Za Classiki spokojnie można by zapłacić tyle, co za szybką hulajnogę elektryczną z dwoma silnikami.
Na początek zaserwowałem symfonikę. Akustyczny materiał i duży skład stawiają sprzętowi najwyższe wymagania, a równocześnie potrafią najlepiej pokazać jego cechy. O słuchawkach Meze dowiadujemy się nawet więcej niż o większości innych.
Właśnie orkiestra powinna zrobić wrażenie na przyszłych użytkownikach. Po pierwsze: z uwagi na kaliber dźwięku. Rumuńska manufaktura stawia na mocne oparcie w dolnych rejestrach, przez co instrumenty wydają się większe. Brzmią poważnie, gęsto, mięsiście i głęboko. Taki charakter zwykle wiąże się z przyciemnieniem, a przynajmniej przesunięciem punktu ciężkości na niską średnicę. Tutaj jest inaczej, ponieważ konstruktor najwyraźniej postawił na wyrównanie proporcji poprzez silne zaakcentowanie góry i zdecydowaną projekcję szczegółów. Mimo że w zakresie wysokich tonów także zauważymy podparcie niskimi składowymi, dźwięk pozostaje wyraźny jak w jasnych modelach Sennheisera czy Audio-Techniki. Dostajemy coś w rodzaju estetyki dużej kopułki Chario, w której na przełomie średnicy i góry pasma zamiast pudełkowatej lekkości pojawia się barwne nasycenie. Meze przedstawiają podobną koncepcję, a instrumenty dęte drewniane, zwłaszcza te grające wysoko, nie popadają w piskliwość. Zyskują flety, oboje, klarnety, a w rozrywkowym repertuarze saksofon przyciąga uwagę głębią i gęstością barwy.
W orkiestrze smyczki nabierają masy. Skrzypce nigdy nie zabrzmią powierzchownie, natomiast altówki i wiolonczele rosną, grają głębiej i z charakterystyczną wibracją. Jednocześnie zdecydowana góra sprawia, że całość pozostaje wyraźna. To nawet nie równoważenie, tylko daleko posunięta dosłowność, bez wahania ani obawy, że coś zabrzmi ostro. Bo bez wątpienia może ukłuć szpilką, zwłaszcza w kulminacjach.
99 Classic grają efektownie, czysto i masywnie, ale niosą także pewien rys dojrzałości. Jestem przekonany, że większość osób wkładających je na głowę odbierze to jako intrygującą muzykalność i akustyczność. Coś w tym jest, ponieważ takie granie na dłuższą metę mogłoby się stać męczące, ale tak się nie dzieje. Co ani chybi oznacza, że strojenie nie odleciało zbyt daleko od oryginału z sali koncertowej.
Połączenie przejrzystości i czytelności z masą i gęstym sosem w średnicy daje świetny efekt w mocnym rocku. Muzyka brzmi poważnie, groźnie. Tworzy ścianę dźwięku podobną do tej na koncercie. Teoretycznie obserwujemy ekspozycję pierwszego planu, ale w odpowiednich momentach potrafi się zarysować zaskakująca głębia. Meze nie budują jej konsekwentnie, jako nieodłącznego elementu obrazu; serwują ją raczej jako dodatek. Za to bez przerwy obcujemy z potężnymi gitarami. Nawet solowa sprawia wrażenie, jakby miała sporo grubsze struny, a już basowa stawia kroki w ciężkich butach. Mimo to porusza się szybko i nie ma zwyczaju zamazywać rysunku linii melodycznych ani riffów. Dochodzi tu do głosu góra, podawana bez wahania, w natężeniu przekraczającym potrzebę zrównoważenia pasma. Brzmienie zyskuje ostrość i agresję typową dla męskiego grania. Bez suchego metalicznego zgrzytu, za to z energicznym, wyraźnym rysowaniem konturów. Rumuńskie słuchawki mają kawał basu – potężnego, gęstego, czasem nawet grubego. Nie przywołuje może na myśl głębi znanej z 50-mm przetworników, ale serwuje solidną pracę sekcji rytmicznej w duecie z gitarą basową – zbliżoną do tego, co słychać na koncercie.
Właśnie, w dźwięku 99 Classic jest coś koncertowego – uwolnienie emocji i podanie ich wprost, bez ogródek. Z drugiej strony trzeba przyznać, że słuchawki nie poluzowały całkiem kontroli i panują and przekazywanymi informacjami, nawet gdy jest ich dużo. Wtedy co prawda może się zrobić ostro i agresywnie, ale plany nadal na siebie nie zachodzą. Nie pojawia się bałagan ani kompresja. Na nią najwyraźniej Classiki są odporne, co łatwo docenić zwłaszcza w czasie głośnego słuchania. Tutaj daje o sobie znać makrodynamika – jedna z ich największych zalet.
Mimo efektownej prezentacji symfoniki i powiększenia fortepianu – na czym instrument zyskuje, mimo narzekań purystów – Meze mają rockową duszę. Można to poznać po tym, jak traktują rytm i wyprowadzają energiczne ciosy.
Wkrótce na rynek trafi druga generacja 99 Classic. Miałem zamiar na nią zaczekać, ale otrzymałem informację, że aktualna wersja będzie sprzedawana równolegle przez dosyć długi czas. W takich sytuacjach zdarzają się obniżki ceny. Kiedy na taką traficie, słuchawki mogą się stać prawdziwą okazją. Nawet jeżeli lubicie swobodę i rozdzielczość konstrukcji otwartych, to warto rozważyć drewniane Meze jako drugą parę. Choćby po to, żeby od czasu do czasu dać sobie czadu.
Maciej Stryjecki
Hi-Fi i Muzyka 12/2025
Meze Audio 99 Classics
Cena
1299 zł
Dane techniczne
Konstrukcja
wokółuszna, zamknięta
Skuteczność
103 dB
Impedancja
32 omy
Pasmo przenoszenia
15 Hz – 25 kHz
Zniekształcenia
0,1% (1 kHz)
Masa
260 g (bez kabla)
Przeczytaj także