bool(false)

JBL Tour One M3

23.11.2025

min czytania

Udostępnij

JBL Tour One M3

A gdyby tak wszystko rzucić, wsiąść na rower, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet… Zabrać ze sobą tylko ulubioną muzykę i jechać, gdzie oczy poniosą?

Nie, nie przechodzę kryzysu wieku średniego wyrażanego buntem przeciw codziennej rutynie. Myśli te naszły mnie, gdy otrzymałem do testu najnowsze flagowe słuchawki JBL-a – Tour One M3. Jeśli bezprzewodowe nauszniki mają w nazwie podróż, to można to odczytać albo jako zawoalowaną prowokację, albo jako lakoniczny opis ich własności użytkowych.
Pierwsza wersja Tour One pojawiła się ponad cztery lata temu. Stylowe i bardzo dobrze brzmiące słuchawki zawiesiły poprzeczkę na tyle wysoko, że w firmowej ofercie pokonał ją dopiero ulepszony model Tour One M2, zaprezentowany pod koniec 2022 roku. Na kolejną modernizację JBL kazał czekać ponad dwa lata, ale cierpliwość fanów nie została wystawiona na próbę bez uzasadnienia. Trzecia wersja – Tour One M3 – okazuje się bowiem pod każdym względem lepsza od poprzedniczek, co wcale nie jest tak powszechne, jakby się wydawało.

Budowa

Nowy flagowiec JBL-a został prawie w całości wykonany z ABS-u, a jedynym metalowym elementem jest sprężyna wewnątrz pałąka. Użycie wytrzymałych tworzyw sztucznych zamiast metalu nie powinno negatywnie wpłynąć na trwałość słuchawek, natomiast pozwoliło utrzymać ich masę na dotychczasowym poziomie. Tour One M3 ważą niespełna 28 deko – tyle, ile wcześniejsze wersje. Docenia się to w podroży, kiedy każdy nadmiarowy gram bagażu dosłownie ciąży ołowiem.
Tour One M3 są dostępne w trzech wersjach: czarnej, szampańskiej, przez producenta określanej „mocha”, i ciemnogranatowej. Do testów dostarczono tę ostatnią. W połączeniu z dyskretnymi wstawkami w kolorze starego złota wygląda zachwycająco. Rzeczone wstawki to małe obejmy wokół sprężyny pałąka oraz wąskie siateczki zabezpieczające mikrofony przed wilgocią.

JBL Tour One M3

Połączenie granatu ze złotem podnosi wartość postrzeganą.

Flagowe JBL-e należą do konstrukcji wokółusznych, ale dzięki zaokrąglonym obudowom nie kojarzą się ze sprzętem militarnym. Od strony głowy wymoszczono je miękkimi poduszkami, obszytymi sztuczną skórą. Podobnie wykończono pałąk. Ekoskóra okazuje się delikatna, bardzo przyjemna w dotyku i – póki nowa – prezentuje się elegancko. Trudno jednak przewidzieć, jak zniesie trudy licznych podróży.
W obudowach zamontowano przetworniki o średnicy 40 mm, nazwane przez producenta Mica Dome. Ich membrany pokryto cienkimi płatkami krzemianu, dzięki czemu uzyskano wysoką sztywność przy zachowaniu niewielkiej masy. Głośniczki maksymalnie przesunięto do przodu i skręcono do wewnątrz. Zabieg ten ma na celu przybliżenie odbioru muzyki do efektu słuchania przez kolumny i, uprzedzając fakty, w wydaniu JBL-a nie jest jedynie nawiązaniem do modnych tendencji w budowaniu słuchawek.
Obok przetworników zmieściły się układy Bluetooth 5.3, obsługujące kodeki LDAC i LC3, moduły systemu ANC, konwertery cyfrowo-analogowe oraz wydajne akumulatory, wystarczające na 40 godzin pracy z włączoną redukcją hałasów.
Miękkie poduszki mają 2 cm grubości i na tyle skutecznie izolują od otoczenia, że włączenie ANC będzie konieczne tylko w wyjątkowych sytuacjach. Przebywając w otoczeniu o średnim natężeniu szumu, można się bez niego obyć, dzięki czemu czas pracy słuchawek wydłuży się aż do 70 godzin. Ma to swoje złe strony, ponieważ jeśli przyzwyczaimy się do długiego działania, możemy zapomnieć o naładowaniu akumulatorów. Na szczęście, podpięcie słuchawek do prądu z doskoku na pięć minut przedłuża ich pracę o kolejnych pięć godzin.
Pracą Tour One M3 można sterować fizycznymi przyciskami na lewej muszli oraz panelem dotykowym na prawej. Przyciski pozwalają regulować głośność, natomiast panel obsługuje odtwarzacz muzyki. To wygodne i praktyczne, zdecydowanie lepsze od sterowania wyłącznie dotykowego. Oczywiście flagowe słuchawki amerykańskiego koncernu nie mogą się obejść bez aplikacji na smartfony, o czym za chwilę.

JBL Tour One M3

 

Podróżne JBL-e można zwinąć w kłębek.

Wyposażenie i obsługa

W wyposażeniu otrzymujemy sztywny wodoszczelny pokrowiec oraz komplet akcesoriów przydatnych w podróży dookoła świata. Są to dwa przewody cyfrowe: USB-C/USB-C i USB-C/minijack 3,5 mm, adapter USB-C do A oraz dwubolcowa przejściówka samolotowa. Do pełni szczęścia brakuje przejściówki z 3,5 na 6,3 mm, ale bez przesady. W końcu Tour One M3 to słuchawki bezprzewodowe. Wspominane utensylia można spakować do kieszonki w pokrowcu i zabrać ze sobą, a gdybyśmy wybierali się z plecakiem, etui można do niego przypiąć za pomocą sprytnego karabińczyka. Amerykanie przewidzieli każdą ewentualność.
Z topowych JBL-i można korzystać na trzy sposoby. Po pierwsze: klasycznie, czyli bezprzewodowo. Po drugie: podłączywszy je przewodem cyfrowym do komputera (wykorzystujemy wtedy wbudowany w nie DAC). Po trzecie: przewodowo ze źródłem analogowym. W drugim przypadku Tour One M3 rozpoznają sygnał PCM do 24 bitów/96 kHz (wyższe wartości są konwertowane w dół). Słuchanie w tym trybie łączy przyjemne z pożytecznym, ponieważ przy okazji ładują się akumulatory. Jeśli natomiast za pomocą kabla USB-C/3,5 mm podłączycie słuchawki do źródła analogowego, to i tak trzeba będzie włączyć zasilanie. Ale bez obaw – deklarowany przez producenta czas pracy jest grubo niedoszacowany. Po tygodniu intensywnego użytkowania JBL-i aplikacja pokazywała jeszcze 30% naładowania akumulatorów.
Możliwości wspomnianej aplikacji wspięły się na poziom nieosiągalny dla większości konkurentów. Nie mam zamiaru zanudzać Was opisem wszystkich funkcji. Wspomnę jedynie o najciekawszych:
– Personi-Fi 3.0 dopasowuje profil brzmieniowy do indywidualnych cech anatomicznych użytkownika;
– Spatial Sound, czyli funkcja dźwięku przestrzennego, imituje słuchanie w dużych pomieszczeniach, także z opcją śledzenia ruchów głowy;
– dwa tryby aktywnej redukcji hałasów;
– 10-punktowy korektor z precyzyjnym balansem kanałów, firmowymi presetami oraz możliwością zapisania własnych ustawień;
– budzik, szczególnie przydatny w czasie długich podróży pociągiem, gdy po zapadnięciu w drzemkę łatwo przespać stację docelową.
Do tego dochodzą jeszcze: automatyczna pauza pod zdjęciu słuchawek z głowy, wyłączanie zasilania po kilkudziesięciu minutach bezczynności i wiele, wiele innych. Nie twierdzę, że wszystkie funkcje okażą się przydatne na co dzień, ale od przybytku ponoć głowa nie boli.
Zanim przejdę do opisu wrażeń odsłuchowych, warto poruszyć jedną kwestię eksploatacyjną. Otóż po każdym uruchomieniu słuchawki startują z aktywnym systemem ANC, nawet jeśli uprzednio go wyłączyliście. Niby żaden problem, ale włączanie i wyłączanie aktywnej redukcji hałasów przekłada się na zauważalną różnicę w brzmieniu. Na marginesie dodam, że skuteczność redukcji szumów w JBL-ach jest fenomenalna i po włączeniu jej otaczała mnie nieprzenikniona cisza. W takich okolicznościach przyrody analizowanie brzmienia było już czystą przyjemnością.

JBL Tour One M3

Budowa wewnętrzna prawej muszli.

 

Wrażenia odsłuchowe

Dostarczony do testu egzemplarz był fabrycznie nowy, a wygrzewanie przyniosło pozytywne efekty. Po wyjęciu z pudełka słuchawki brzmiały beznamiętnie, jakby chciały zniechęcić do siebie użytkownika. Dwie doby ze specjalnym sygnałem, przeplatanym piosenkami, postawiły Tour One M3 na nogi. Całkowite otwarcie nastąpiło jednak dopiero po kolejnych czterdziestu godzinach grania. Mało tego, w ciągu bitych trzech tygodni intensywnej pracy słuchawek dźwięk stale zyskiwał na jakości.

Z ANC

Wspomniałem o różnicy brzmienia między włączonym a wyłączonym ANC. Rzeczywiście to tak, jakbyśmy mieli do czynienia z różnymi słuchawkami. Po założeniu i włączeniu zasilania Tour One M3 demonstrują równy, mocny dźwięk z gęstą, ale nie nadmiernie wyeksponowaną podstawą basową i lekko ocieplonymi wyższymi zakresami. Granie takie idealnie nadaje się do muzyki rozrywkowej, ale brzdąkanie na gitarach akustycznych i piłowanie skrzypków także było akceptowalne. W każdym razie, w takim towarzystwie żadna podróż nie będzie się dłużyć, a słuchanie nawet mniej znanych wykonawców dostarcza sporo nieoczekiwanej przyjemności.
Gdy już się przyzwyczaimy do powyższego charakteru, dostrzeżemy bardzo dobrą stereofonię, bijącą na głowę większość bezprzewodowej konkurencji w podobnej cenie. Szeroka, lekko uniesiona scena swobodnie wykracza poza obudowy, a sporo odgłosów dochodzi także z przodu. Najwyraźniej skręcenie przetworników w przypadku JBL-a zdaje egzamin. Wszystkie instrumenty pozostają stabilnie osadzone na scenie, z wyraźnie zaznaczonymi konturami, a gdy włączyłem utwory zrealizowane w technice binauralnej, doszła do tego wyraźnie wyczuwalna przestrzeń studiów nagraniowych. Powyższy charakter Tour One M3 idealnie pasuje do ich podróżnego zastosowania, ale prawdziwe skarby zostały ukryte głębiej.

Bez ANC

Jeżeli po kilkudziesięciu godzinach używania ktoś polubił dźwięk słuchawek JBL-a, to po wyłączeniu aktywnej redukcji hałasów jego dotychczasowe doświadczenia fikną potężnego kozła. Dezaktywacja ANC wynosi bowiem brzmienie Tour One M3 na zupełnie nieoczekiwany poziom.
Staje się ono zauważalnie lżejsze. Między dźwięki wpada sporo świeżego powietrza. Scena jeszcze bardziej rozsuwa się na boki, a źródła pozorne, które do tej pory mościły się wewnątrz głowy, wychodzą przed nią. Stereofonię w kontekście ceny i konstrukcji śmiało można nazwać fenomenalną. Nie jest to jeszcze poziom kilkukrotnie droższych planarów, ale znam tylko jedne słuchawki bezprzewodowe, do których Tour One M3 w tym aspekcie można porównywać. To Levinsony No. 5909, więc JBL ustawił poprzeczkę naprawdę wysoko.

JBL Tour One M3

JBL Tour One M3

Melodyjne i detaliczne wysokie tony zerwały delikatną muślinową zasłonę i rozbłysły blaskiem godnym sporo droższych nauszników. Bas, do tej pory gęsty i dynamiczny, zyskał na szybkości i zwinności. Brzmienie jako całość stało się zdecydowanie bardziej neutralne, żeby nie powiedzieć: audiofilskie. Przypominało bardzo dobre słuchawki otwarte, tyle że bez przenikania odgłosów otoczenia.
Gdy po kilkudziesięciu minutach z wyłączonym ANC aktywowałem go z powrotem, zmiana brzmienia była wręcz uderzająca. Sporo lewitujących do tej pory odgłosów pośpiesznie wróciło do wnętrza głowy, a scena się zwęziła. Niskie i średnie tony stały się cięższe, bardziej namacalne, zaś góra pasma narzuciła szyfonową woalkę. Czy przez to brzmienie zauważalnie się pogorszyło? Nie, po prostu stało się trochę inne, pasujące bardziej do muzyki rozrywkowej niż do kontemplowania każdego wybrzmienia. Choć jedno nie wyklucza drugiego.

Konkluzja

Najnowsze wokółuszne słuchawki JBL-a w pełni zasługują na miano flagowca. Pod względem możliwości i wyposażenia wyprzedzają konkurencję o kilka długości, a dojrzałe, by nie powiedzieć: szlachetne brzmienie potwierdza ich klasę.

 

Mariusz Zwoliński
Hi-Fi i Muzyka 10/2025

 

JBL Tour One M3

Cena

1449 zł

Dane techniczne

Konstrukcja

wokółuszna, zamknięta

Skuteczność

122 dB (1 kHz/1 mW)

Impedancja

8 omów

Pasmo przenoszenia

10 Hz – 40 kHz

Zniekształcenia

b.d.

Masa

270 g

Przeczytaj także

09.12.2025

Testy

Słuchawki

Meze Audio Liric 2

Cambridge Audio EXN100

06.12.2025

Testy

Źródła cyfrowe

Cambridge Audio EXN100

Vincent CD-S1.2

03.12.2025

Testy

Odtwarzacze CD

Vincent CD-S1.2

Struss S-200

30.11.2025

Testy

Wzmacniacze

Struss S-200

NAD C 700 V2

28.11.2025

Testy

Wzmacniacze

NAD C 700 V2

Quad 3

26.11.2025

Testy

Wzmacniacze

Quad 3

JBL Studio 690

20.11.2025

Testy

Kolumny

JBL Studio 690

Aurender AP20

17.11.2025

Testy

Wzmacniacze

Aurender AP20