22.01.2026
min czytania
Udostępnij
Otwarty charakter Sense Pro nie polega na braku zewnętrznych dekielków zamykających komory z przetwornikami, lecz na konstrukcji dousznej OpenSound. Producent nazywa ją „przewodzeniem powietrznym” i w tych dwóch słowach zawiera się cała zasada przenoszenia dźwięku. Brak uszczelnienia kanałów słuchowych niesie jednak pewne implikacje natury użytkowej i brzmieniowej, zarówno pozytywne, jak i negatywne.
Słuchawki dostajemy w dużym płaskim etui, które przypomina puderniczkę. Jego gabaryty są związane z nietypową budową i sposobem ładowania, które widać po uchyleniu wieczka.
Sense Pro można wziąć za dizajnerski aparat słuchowy i nie uznawałbym tego za wadę. Ergonomia i wygoda zasługują na miano wzorcowych, co przekłada się na możliwość używania przez cały dzień. Sprzyjają temu również wydajne baterie, zapewniające osiem godzin ciągłej pracy. Doładowanie przez 10 minut wydłuża ten czas o kolejne cztery. Maksymalnie energia w słuchawkach i etui wystarcza na 38 godzin, co jest bardzo dobrym wynikiem.
Za skojarzenia z aparatem słuchowym odpowiada sposób noszenia Sense Pro. Wiesza się je na małżowinach, a owalne części z akumulatorami zakłada za ucho. Przewężenie pomiędzy przednią a tylną częścią wykonano z miękkiego silikonu z elastycznym metalowym rdzeniem ze stopu tytanu. Po lekkim nagrzaniu od uszu słuchawki odpowiednio się na nich układają i zachowują optymalny kształt. Połączenie z przednią częścią jest ruchome, co pozwala na idealne ułożenie w małżowinach.
W każdej obudowie zamontowano dynamiczny przetwornik o średnicy aż 16,2 mm. Gdyby pracował w konstrukcji dokanałowej, natężenie basu niechybnie zrobiłoby z mózgu galaretę. Jako że w tym przypadku kanały słuchowe nie zostają uszczelnione, podobne atrakcje nikomu, na szczęście, nie grożą. Od strony uszu głośniczki są chronione stalowymi siateczkami z naniesionymi oznaczeniami kanałów. Zresztą, odwrotnie i tak nie można ich założyć. W sąsiedztwie przetworników ulokowano dwa mikrofony do prowadzenia rozmów telefonicznych. Wspomagają je czujniki wykorzystujące przewodzenie kostne.
Zewnętrzne dekielki z wypukłymi metalizowanymi wstawkami to panele dotykowe. Prawy służy fabrycznie do obsługi odtwarzacza muzyki, lewy do regulacji głośności, ale w firmowej aplikacji można je ustawić zgodnie z własnymi przyzwyczajeniami.
Pod względem formy Sense Pro prezentują się imponująco. Widać, że w JBL-u dokładnie przemyślano każdy aspekt użytkowy i wzorniczy. A jakie treści kryją się za tą nietuzinkową aparycją? Pod tym względem słuchawki JBL deklasują wiele obcmokanych TWS-ów renomowanych firm.
Do transmisji sygnału wykorzystano najnowsze moduły Bluetooth 6.0 z kodekami LDAC oraz LE Audio. Z tym ostatnim wiąże się Auracast, pozwalający na przesyłanie dźwięku z jednego źródła do wielu odbiorników jednocześnie. Umożliwia to na przykład słuchanie wykładów, tłumaczenia symultanicznego na konferencjach czy opisów eksponatów w muzeach. Usługi Auracast są na razie w powijakach, ale jakby co, to JBL jest już na nie gotowy.
Kolejnym elementem wyróżniającym Sense Pro jest wykorzystanie sztucznej inteligencji do redukcji odgłosów otoczenia i podmuchów wiatru w trakcie rozmów telefonicznych. Służą do tego dwa mikrofony umieszczone na zewnętrznej powierzchni każdej ze słuchawek. Nie mówimy tu o ANC, ponieważ w przypadku Sense Pro i tak na niewiele by się zdało. Przypomnę, że ideą przyświecającą konstrukcji OpenSound jest stały kontakt z otoczeniem.
Druga funkcja wykorzystująca AI to dopasowanie zawartości niskich tonów do poziomu głośności. Muszę przyznać, że choć najnowsze JBL-e obfitują w nowinki techniczne, to pod tym względem zaskoczyły mnie najbardziej. Zanim jednak przejdziemy do opisu brzmienia, dwa słowa na temat aplikacji.
Na wyróżnienie zasługują dwie funkcje: Spatial Sound oraz Personi-Fi. Pierwsza symuluje efekt surround, a jej działanie najlepiej sprawdza się w trakcie oglądania filmów. W apce można bowiem wybrać profil brzmieniowy odpowiedni do muzyki albo treści wideo. W tym drugim większy nacisk położono na niskie tony. Personi-Fi natomiast, obecnie w wersji 3.0, polega na dopasowaniu charakteru brzmienia do kształtu małżowin i możliwości słuchowych użytkownika. Nie jest to pełne badanie audiometryczne, ale po aktywacji tej funkcji to, co słyszymy, staje się barwniejsze, soczystsze i bardziej wypełnione. Oczywiście rezultat będzie sprawą indywidualną, ale w czasie testów wolałem dźwięk z aktywnym Personi-Fi niż sauté. Aha, włączenie kodeka LDAC wprowadza słuchawki w tryb „audiofilski”, w którym obie powyższe funkcje są niedostępne.
Skoro sztuczna inteligencja postanowiła się pobawić wirtualnym pokrętłem niskich tonów, to już na wstępie powiedziałem: „sprawdzam”. Darowałem sobie przegląd dyżurnych utworów nasyconych niskim basem, bo zgodnie z przewidywaniami, uciekał przez nieszczelne połączenie słuchawek z uszami. Sytuację nieco poprawiło włożenie na próbę wełnianej czapki ze ściągaczem, lekko dociskającym obudowy przetworników do uszu. Ale jako że nie należę do osobników podkreślających swój indywidualizm poprzez noszenie nakryć głowy w pomieszczeniach, dałem sobie z tym spokój. Pomysł będzie można jednak wykorzystać w warunkach terenowych, o czym warto pamiętać zimą.
Skoro niski bas mamy z głowy, to co ze średnim i wyższym? Pod tym względem Sense Pro zwaliły mnie z nóg. Było go tak dużo i takiej jakości, że wszelkie uprzedzenia dotyczące techniki OpenSound stały się nieuzasadnione. Niskie tony miały taki drajw i były tak zróżnicowane, że słuchanie dostarczało niekłamanej frajdy. O ile w rocku, ambitnym popie i muzyce elektronicznej JBL-e po prostu grały z wykopem, o tyle w nagraniach akustycznych pokazały zupełnie nieoczekiwaną klasę. Plastyczne niskie tony cechowało zróżnicowanie barw. Kontrabasy zachowały rzeczywiste kontury, a w brzmieniu łatwo było dostrzec szarpnięcia strun i uderzanie ich o podstrunnicę. Szybkości i detaliczności niskich tonów nie mogłem niczego zarzucić, a to one teoretycznie powinny być piętą achillesową JBL-i. Gwoździem do trumny mojego sceptycyzmu okazała się dynamika. Sense Pro potrafią grać tak głośno, że chwilami zapominałem o ich otwartej konstrukcji, niesprzyjającej podobnym wyczynom.
Lekkie oddalenie przetworników od kanałów słuchowych zaowocowało szeroką sceną stereo. Panorama dźwiękowa zyskała elipsoidalny kształt i wypełniła się odgłosami lokowanymi w różnych odległościach od głowy. Szczególnej przyjemności dostarczyły mi akustyczne nagrania na żywo. Fenomenalnie zabrzmiał np. koncert z 2005 roku, uwieczniony na płycie „The Django Reinhardt Festival – Gipsy Swing!”, w czasie którego energia dosłownie rozsadzała scenę.
Brzmienie dopełniały bardzo dobre wysokie tony. Energiczne, czyste i doświetlone, stanowiły prawdziwą ozdobę prezentacji. Poza wspomnianymi nagraniami akustycznymi pokazały klasę w soulu i R’n’B oraz… muzyce poważnej. Tak, to nie pomyłka. Awangardowy styl Sense Pro nie wyklucza słuchania klasyki, ponieważ w ich przypadku niebanalna forma jest tylko punktem wyjścia do poszukiwania nieoczywistych muzycznych treści.
Świat hi-fi lubi się karmić stereotypami, a JBL-e Sense Pro rozprawiają się z nimi ze skutecznością amerykańskiego snajpera Chrisa Kyle’a. Z początku podchodziłem do nich jak pies do jeża, ale przekonały mnie do siebie nie tylko wygodą noszenia.
Mariusz Zwoliński
Hi-Fi i Muzyka 12/2025
JBL Sense Pro
Cena
739 zł
Dane techniczne
Konstrukcja
douszna, otwarta
Pasmo przenoszenia
20 Hz – 40 kHz
Zniekształcenia
b.d.
Masa
11,6 g (słuchawki), 72 g (etui)
Przeczytaj także