
06.09.2020
min czytania
Udostępnij
Wielu użytkowników uważało je za przedsionek hi-endu w sensacyjnej cenie. To oczywiście przesada, ale przetwornik Josepha Grado faktycznie grał inaczej od wszystkich, a zarazem na tyle dobrze, aby skupić wokół amerykańskiego producenta grono wiernych fanów. Najnowsza wersja z literą „e” w symbolu jest dostępna od kilku lat. Zapewne też przez kilka kolejnych się nie zmieni, ponieważ firma niechętnie odświeża ofertę. Dla klienta może to i staromodne, ale wygodne, bo może się długo cieszyć aktualnym modelem.
Kwota 460 zł to już sporo. W tej cenie znajdziemy konkurencję wykonaną staranniej i wyglądającą lepiej, a już na pewno – nowocześniej.
Na pierwszy rzut oka Grado SR60e nie zachwycają; głównie ze względu na wszechobecny plastik. Nie jest to jednak tanie tworzywo – Amerykanie utrzymują, że zapewnia optymalne własności akustyczne. Na czym polegają, nie wiadomo, ale bliższy kontakt, a jeszcze lepiej – użytkowanie SR60e przez kilka lat prowadzi do wniosku, że konstrukcja rzeczywiście jest bardzo solidna, wytrzymała i odporna na upływ czasu. Żeby uszkodzić słuchawki, trzeba się postarać. Jedynie podkreślone srebrną farbą napisy na muszlach z czasem się wycierają. Mocowanie muszli na stalowym pręcie wydaje się delikatne, ale okazuje się jednym z najtrwalszych. Takie samo Grado stosuje zresztą w modelach ze szczytu cennika. Jest też praktyczne, ponieważ muszle obracają się lekko i od razu dopasowują się do głowy, a ich wysuwanie również nie sprawia kłopotu.
Elastyczny pałąk pokryto sztuczną skórą. Też trudno go uszkodzić, nie ma natomiast żadnego wypełnienia ani poduszki. Nie wygląda to najlepiej, ale też nie jest niezbędne, bo słuchawki są lekkie jak piórko. W tym kontekście trochę dziwi dość mocny nacisk na uszy. Wprawdzie poduszki osłaniające muszle są miękkie i go niwelują, ale po dwóch godzinach jednak odczuwa się dyskomfort. Gąbki są wymienne. Zapasowe kosztują 50 zł za parę. Przetwornik ma membranę z polimeru i mocny magnes neodymowy. Masa membrany, jej zawieszenie i kształt komór mają łączyć kilka cech, w tym przede wszystkim szerokie pasmo przenoszenia i obniżenie częstotliwości rezonansowej. Głośniczki paruje się z dokładnością do 0,1 dB, a ponadto producent zapewnia, że montaż słuchawek odbywa się ręcznie. Komory osłonięto od zewnątrz stalowymi siatkami, a od wewnątrz – dyfuzorem, zabezpieczonym dodatkowo warstwą gęstego materiału. Czterożyłowe przewody są typowe dla Grado – grube, ciężkie i mocowane na stałe. Firma przywiązuje dużą wagę do ich jakości. Uważa, że są równie ważne, co sam przetwornik. Ich długość to 2 m, co ma stanowić kompromis pomiędzy używaniem w domu i noszeniem na zewnątrz. Kabelek zakończono złoconym wtykiem typu mały jack. W komplecie dostajemy solidną, w pełni metalową i złoconą przejściówkę na duży. SR60e są pakowane w tekturowe pudełko.
Słuchawek za około 450 zł znajdziemy w sklepach setki, ale Grado rzeczywiście są inne. O ile na tle konkurencji mogą wyglądać wręcz archaicznie, to brzmieniem nadrabiają dyskusyjną urodę. Wytwórnia jest rozpoznawana jako audiofilska, niszowa, dla niektórych nawet dziwaczna, a zdjęcia SR60 mogą wywołać u młodzieży uśmiech politowania. Chętnie zobaczyłbym, jak mina rzednie, kiedy zagrają. Choć firma jest amerykańska, to brzmienie jednoznacznie się kojarzy z tzw. szkołą brytyjską. Głównie ze względu na ujęcie przestrzeni. W monitorach jest podana do przodu. Wysuwa się przed linię głośników, w stronę słuchacza. Tutaj też się do niego przybliża, może nawet jeszcze bardziej. Nie ląduje jednak przed nim, ale go otacza. Doskonale to słychać u Cata Stevensa, kiedy do głosu dochodzą chórki. Wyskakują jak filip z konopi i nagle się okazuje, że stoimy między śpiewakami, którzy są blisko uszu i serwują nam tekst wprost do nich. Jego czytelność to kolejne zaskoczenie, bo niewiele ustępuje legendarnym Sennheiserom HD 600. Przypomina to studyjny odsłuch bliskiego pola. Wrażenie powtarza się w każdym repertuarze, niezależnie od tego, czy to rock, symfonika, czy jazzowe trio. Zawsze jesteśmy w samym sercu akcji. Nie rejestrujemy może przez to rozbudowanej głębi, z pogłosem pokonującym dziesiątki metrów, za to czujemy bezpośredni kontakt z muzyką. Nie za to jednak fani kochają Grado. Głównym atutem słuchawek jest barwa. Chciałoby się powiedzieć: ciepła i lampowa, ale to nie do końca tak. Ocieplenie jest bowiem pozorne. Chodzi raczej o dodanie ciała i głębi, zwłaszcza w średnicy. Trudno powiedzieć, jak to osiągnięto, ale dźwięk jest masywny, „poważny” i gęsty. Sugeruje to przesunięcie punktu ciężkości w dół pasma, ale to znów nie tak, bo góry jest dużo. Nie zdradza przy tym tendencji do hałasowania. O ile tylko nagranie na to pozwala, pozostaje jędrna, barwna i czysta. Przypomina tę z drogich kopułek Dynaudio.
Bas okazuje się miękki i, jak na słuchawki, niezbyt szybki. Trudno się oprzeć wrażeniu, że jego charakter został idealnie dobrany do reszty pasma. Najważniejszy jest jednak realizm, który przejawia się w barwie instrumentów nie podłączonych do prądu.
Zakończeniu słuchania towarzyszy zawsze ta sama myśl: to była prawdziwa muzyka. Nawet elektroniczna ma pewien „akustyczny” posmak. Jeżeli jakieś tanie słuchawki mają duszę, to właśnie te.
Maciej Stryjecki
Hi-Fi i Muzyka 07-08/2020
Grado SR60e
Przeczytaj także