03.12.2025
min czytania
Udostępnij
Dobrą opinię w audiofilskim świecie Vincent zawdzięcza przede wszystkim hybrydowym wzmacniaczom. Solidnie wykonane, oferują wysoką jakość dźwięku w niewygórowanej cenie. Poza nimi logo marki można znaleźć na innych rodzajach sprzętu, a aktualną ofertę podzielono na trzy serie: tubeLine, powerLine i cableLine.
Pierwsza zawiera tuzin konstrukcji lampowych i hybrydowych. Druga to urządzenia tranzystorowo-lampowe oraz listwa zasilająca, natomiast w cableLine znajdziemy przewody głośnikowe oraz łączówki XLR i RCA. Testowany odtwarzacz CD-S1.2 został zakwalifikowany do powerLine, jako jedyny odtwarzacz z dwiema lampami. Drugi – CD-S7 – lampy ma aż cztery i w firmowej hierarchii stoi wyżej, choć nie ma tylu funkcji co tańszy model.
Swój pierwszy odtwarzacz CD-S1 Vincent zaprezentował w 2000 roku. Po kilku latach jego DAC wymieniono na 24-bitowy i tak powstał CD-S1.1. Wreszcie, w 2013 roku, pojawił CD-S1.2, wyposażony w wejścia cyfrowe, nowy napęd Sanyo, sterowany układem Sanyo DA11, oraz dwie kości Burr-Brown PCM1796, obsługujące sygnał do 24 bitów/192 kHz. Ponadto urządzenie dekoduje HDCD. Co prawda format nie utrwalił swej pozycji na rynku płytowym, ale kolekcjonerzy z pewnością znajdą w swojej kolekcji tytuły, na których go zastosowano.
Przednia ścianka to płat aluminium o grubości 8 mm, z centralnie umieszczoną szufladą transportu i czytelnym wyświetlaczem, który można przyciemnić albo wyłączyć. Okalające oba elementy wycięcie wyfrezowano pod kątem, uzyskując wrażenie przemyślanego, eleganckiego akcentu wzorniczego. Po lewej stronie widać mechaniczny włącznik zasilania. Po wciśnięciu zapala się nad nim mała czerwona dioda, sygnalizująca rozgrzewanie lamp. Gaśnie po około 40 sekundach i wtedy urządzenie jest gotowe do pracy. Obok znalazło się wyjście słuchawkowe 6,35 mm, którego poziom można regulować potencjometrem. Z prawej strony rozmieszczono sześć okrągłych przycisków do sterowania napędem i wybierania wejść cyfrowych.
Zestaw złącz cyfrowych obejmuje wyjście koaksjalne oraz trzy wejścia: optyczne, koaksjalne i USB-B. Sygnał analogowy jest dostępny na wyjściu XLR oraz dwóch RCA. Poza tym przewidziano dwa gniazda wyzwalaczy, dzięki którym połączony system można aktywować i usypiać jednym przyciskiem. Przy trójbolcowym gnieździe zasilania umieszczono bezpiecznik.
Wnętrze podzielono na cztery sekcje. Lewą zasłonięto pokrywą ekranującą, jednak pomiędzy otworami wentylacyjnymi da się zauważyć transformator toroidalny o średnicy około 95 mm. Napęd i sterowanie pochodzą z firmy Sanyo. Tuż za transportem umieszczono obsługującą wejścia cyfrowe płytkę drukowaną z dwoma pokaźnymi tranzystorami chłodzonymi osobnymi radiatorami oraz czterema kondensatorami Nichicona. Trzecią część przestrzeni zajmuje płytka z przetwornikiem i torem analogowym, na której znalazły się wzmacniacze operacyjne i dwie wspomniane kości Burr-Brown PCM1796. W obwodach wyjściowych zastosowano dwie miniaturowe lampy 6N16. Ten rodzaj wykorzystywano w wojskowej awiacji i technice rakietowej, nie tylko radzieckiej. Podwójne triody ze względu na niewielkie rozmiary nie mają standardowych nóżek, które wciska się w gniazda, lecz wyprowadzone przewody, lutowane bezpośrednio do płytki drukowanej. Tych, którzy uznaliby to za niedogodność, powinna uspokoić informacja, że deklarowana żywotność maleńkich baniek wynosi około 15000 godzin.
Układ zbudowano z dobrej jakości komponentów, w tym kondensatorów Elna. Stalowe przegrody oddzielają napęd od zasilacza i płyty z sekcją DAC-a, dodatkowo usztywniając konstrukcję obudowy. Pokrywa opiera się na taśmach tłumiących drgania, a od wibracji podłoża izolują cztery solidne nóżki podklejone gumowymi pierścieniami.
W komplecie dołączono pilot, obsługujący wszystkie funkcje, w tym wysuwanie i zamykanie szuflady, przyciemnianie wyświetlacza oraz regulację poziomu wyjściowego. Dzięki tej ostatniej CD-S1.2 może sterować bezpośrednio końcówką mocy.
Vincent grał ze wzmacniaczem zintegrowanym Marantz PM-10 i monitorami Audio Note AN-E SPe HE. Elektronikę łączył XLR Ansuz Signalz P, na zmianę z RCA Monster Sigma Retro Gold. Przewody głośnikowe i zworki do podwójnych terminali w głośnikach to Monstery Sigma Retro Gold. Zasilanie przesyłał Ansuz Mainz X2.
Wobec brzmienia Vincenta nie miałem żadnych oczekiwań – nie słuchałem dotąd odtwarzaczy ani przetworników tej marki. Środkowa pozycja w katalogu i niezbyt wygórowana cena nie obiecywały ekstremalnych przeżyć. CD-S1.2 zdołał mnie jednak mile zaskoczyć atrakcyjną na swój sposób i zrównoważoną prezentacją.
Duże znaczenie dla efektu dźwiękowego miał przewód łączący odtwarzacz ze wzmacniaczem. W przypadku wyjść RCA nie miałem wątpliwości, że warto zastosować Monster Sigma Retro Gold. Natomiast w opcji XLR ze srebrnym Kimberem KCAG ekspozycja wysokich tonów okazała się przesadna. Podobny efekt wystąpił, gdy skorzystałem ze srebrnego AudioQuesta Diamond. Górę pasma uspokoiła posrebrzana miedź w duńskim przewodzie Ansuz Signalz P. Detali nadal było mnóstwo, ale nie tak wyostrzonych jak wcześniej. Przestrzeń nabrała powietrza i stała się uporządkowana. Brzmienie pozostało jednak lżejsze niż w przypadku Monstera, nie tak wyraźnie dociążone basem. Na tyle jednak zrelaksowane, że o tym wyimaginowanym niedostatku szybko zapomniałem.
Nie omieszkałem sprawdzić, jak Vincent odtworzy kontrabas Briana Bromberga z albumu „Wood II”. Wirtuozowska solówka zabrzmiała wyjątkowo klarownie. Owszem, brakowało mi nieco potęgi; tego najniższego basu wgniatającego w fotel, ale zyskałem coś w zamian. Mogłem się wsłuchiwać, jak Bromberg przebiera palcami po strunach, jak przesuwa po nich dłonie. Z miedzianą łączówką Monstera dźwięk się wypełnił i nabrał muzykalności. Przy okazji kolejnych nagrań przełączałem wyjścia Vincenta z RCA na XLR i z powrotem. Poczynione na początku obserwacje dotyczące zmian charakteru dźwięku zależnie od wyjścia potwierdzały się.
6 czerwca 2025 w Warszawie wystąpił śpiewak operowy Bruno De Sa. Fakt, że młody Brazylijczyk dysponuje rzadkim męskim sopranem, stanowił wystarczającą zachętę, by sięgnąć po album „Roma travestita” (Erato, 2022). Talent artysty i brawura wykonania repertuaru operowego z epoki baroku wprawiły mnie w zdumienie. Znakomita realizacja w Villi San Fermo w Lonigo została przepięknie uchwycona przez Vincenta. Równowaga pomiędzy instrumentalistami zespołu Il Pomo D’Oro a partiami wokalnymi czyniła odsłuch niesamowicie przyjemnym. Łagodność i słodycz głosu, przewyższająca atrakcyjnością najlepszych współczesnych kontratenorów, a także dynamika interpretacji sprawiły, że poczułem się jak na koncercie. Po wysłuchaniu albumu stwierdziłem, że Vincent wyjątkowo pasuje do muzyki klasycznej i wokalnej. Instrumenty z epoki, na których gra Il Pomo D’Oro zabrzmiały subtelnie, wręcz przymilnie. Wypełniły przestrzeń sali koncertowej Villi San Fermo i dopingowały śpiewaka do ekstremalnych popisów.
Świetnie zrealizowany album „New Favorite” (2002) Alison Krauss i Union Station ukazał realizm atrakcyjnej muzyki czołowego amerykańskiego zespołu country z uroczą wokalistką. Brzmiało to tak, jakby koncert odbywał się w studiu, do którego zostałem zaproszony. Rozśpiewali się i rozegrali, aż się serce radowało. Nie próbuję się nawet zastanawiać, dlaczego akurat w tej muzyce banjo odsłoniło brzmienia, o jakich wcześniej nie miałem pojęcia. Przyjąłem, że to zasługa Vincenta, który zagrał tę muzykę naturalnie i dokładnie zarazem. Instrumenty i wokale wybrzmiewały tak blisko, jakby artyści stali na wyciągnięcie ręki.
Dziewczęcy śpiew Reginy Spektor ze zremasterowanej płyty „Songs” rozczulił mnie atmosferą kameralnego koncertu przy barowym pianinie. Przez przypadek trafiłem na wokalne trio Luah i ich starannie zrealizowany album „Equilibrio”. Trzy głosy o różnym temperamencie i barwie stworzyły niezapomniany spektakl.
Dzięki rzetelności Vincenta dawne nagranie Audrey Hepburn, śpiewającej „Moon River” w filmie „Śniadanie u Tiffany’ego”, zabrzmiało, jakbym je odnalazł w antykwariacie na Brooklynie – z nutką nostalgii i lekkim przydymieniem. Odtwarzacz niczego nie dodał ani nie ujął głosowi pięknej Audrey. Taką ją pamiętam z sal kinowych, choć tym razem zdawała się nawet bardziej, holograficznie realna. Czy nie o to chodzi w muzyce, by zaskakiwała nas wrażeniami, których nie znamy, a natychmiast polubimy? Kiedy trafi się na sprzęt, który w tym pomaga, nie można obok niego przejść obojętnie.
Potwierdzeniem pozytywnych wrażeń były albumy moich ulubionych wokalistek, których słuchałem zarówno z płyt CD, jak i plików Hi-Res. Diana Krall śpiewała jakby bliżej mnie. Melody Gardot była bardziej rozmarzona niż zwykle, a słodycz głosu Stacey Kent przywodziła na myśl dojrzałe morele. Towarzyszące wokalistkom kameralne zespoły jazzowe, a gdzieniegdzie orkiestra smyczkowa, rozpływały się w romantycznej atmosferze. Warto podkreślić, że wyrazisty bas pojawiał się tylko tam, gdzie realizator uznał za stosowne i nie wtopił go w tło. Natomiast czynele perkusji wybrzmiewały łagodnie, nie kłując w uszy i zapraszając do wsłuchiwania się w melodię, a mniej w rytmikę utworów. Nie zmienia to faktu, że były dźwięczne, gdy perkusista mocniej uderzył w blaszane talerze czy dzwoneczki. Nikt więc nie powinien narzekać na stłumione wysokie tony. Nawet powietrze z klap saksofonu tenorowego Jima Tomlinsona, męża Stacey Kent, wydobywało się ze stosownymi turbulencjami, które było słychać tak wyraźnie, jakbym stał obok niego.
Wszystkie te pozytywne wrażenia dotyczą zarówno odtwarzacza CD, jak i wejścia USB-B, co czyni Vincenta uniwersalnym źródłem wysokiej jakości.
Vincent CD-S1.2 jest wart więcej niż cena widniejąca na metce. Zaskoczyła mnie jego muzykalność i prezentacja szerokiego spektrum emocji: od agresji w piosenkach Lady Gagi do błogostanu, w jaki wprawiały mnie balladzistki. Odtwarzaczem powinni się zainteresować melomani, którzy w słuchaniu muzyki poszukują przyjemności.
Janusz Michalski
Hi-Fi i Muzyka 10/2025
Vincent CD-S1.2
Cena
8320 zł
Dane techniczne
Pasmo przenoszenia
20 Hz - 20 kHz +/- 0,5 dB
Zniekształcenia
T.H.D.: < 0.005%
Sygnał/szum
> 94 dB
Wyjścia analogowe
XLR, 2 x RCA
Wyjścia cyfrowe
koaks.
Wyjście słuchawkowe
6,35 mm (reg.)
Wymiary (w/s/g)
10,6/43 34,2 cm
Masa
8,5 kg
Przeczytaj także