Strona główna Muzyka Sylwetki / monografie Jadwiga Rappé – frapująca, rapująca
Jadwiga Rappé, już jako sławna śpiewaczka i ceniony pedagog, zastanawiała się, jak rozdysponowałaby 40 milionów złotych, gdyby wygrała skumulowaną główną nagrodę Lotto. Oczywiście część (niewielką) podarowałaby dzieciom, a resztę przeznaczyłaby na fundusz polsko-łotewskiej współpracy kulturalnej. To właśnie na Łotwie, u progu XVIII wieku, zaczęła się muzyczna historia Jadwigi Rappé.
Przodek ze strony ojca, Niemiec Otto Ernst von Rappe, oficer w służbie króla polskiego, ufundował kościół w kurlandzkim miasteczku Vecpils (dawniej: Altenburg). Kiedy Jadwiga, najpierw sama, przy okazji koncertów na Łotwie, a potem już prywatnie, z rodziną, odwiedziła zaniedbaną świątynię, postanowiła na własny koszt wyremontować tamtejsze organy. Wkrótce odnowiony instrument rozbrzmiał muzyką Bacha w wykonaniu Rappé oraz organisty Jarosława Malanowicza i skrzypka Janusza Wawrowskiego.
Kilkuwiekowy symboliczny rodowód Jadwigi Rappé stanowi piękny kontrapunkt dla rzeczywistego środowiska, z którego pochodzi. Co prawda jeden z dziadków grał amatorsko na fortepianie i śpiewał, ale rodzice przyszłej śpiewaczki nie mieli nic wspólnego z muzyką. Oboje byli prawnikami, osobami praktycznymi, acz wspierającymi zainteresowania i uzdolnienia córki. Dla ojca w pewnym momencie stało się jasnym, że zawód muzyka może zapewnić systematyczny, solidny dochód. Matka miała wątpliwości, czy solowa kariera artystyczna jest odpowiednia dla wrażliwej dziewczynki; widziała ją raczej w roli nauczycielki lub badaczki muzyki.
Jadwiga urodziła się w 1952 roku w Toruniu; od trzeciego roku życia do matury mieszkała w Białymstoku. Edukację muzyczną rozpoczęła od… renomowanego białostockiego przedszkola muzycznego, prowadzonego przez trzy panny Frankiewiczówny. Później była podstawowa szkoła muzyczna w klasie fortepianu oraz liceum muzyczne – w klasie wychowania muzycznego. Na studia wyjechała do Warszawy i nie były to studia muzyczne, lecz rusycystyka. Starała się połączyć filologię z zamiłowaniem do muzyki, wybierając temat pracy magisterskiej – analizę porównawczą polskiego i cerkiewnosłowiańskiego umuzycznienia Psałterza Dawidowego: renesansowej kompozycji Mikołaja Gomółki do przekładu Jana Kochanowskiego oraz barokowej kompozycji Wasyla Titowa do przekładu Symeona Połockiego (który korzystał z parafrazy Kochanowskiego).
W czasie studiów śpiewała w Chórze Uniwersytetu Warszawskiego, w chórze kameralnym Ars Antiqua i Zespole Muzyki Cerkiewnej. W stołecznej Szkole Muzycznej II stopnia przy Bednarskiej ukończyła klasę śpiewu Zofii Brégy (przez rok udzielała ona prywatnych lekcji Jadwidze, która nie zdała egzaminu za pierwszym razem) i, wysoko oceniana przez profesorkę, podeszła do egzaminów na Wydział Wokalny Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej (dziś Uniwersytet Muzyczny) im. Chopina. Jakież było jej rozczarowanie, gdy usłyszała od komisji, że nie ma odpowiednich warunków głosowych.
Podjęła zatem pracę w Chórze Filharmonii Narodowej. Była tam wyróżniana partiami solowymi i zachęcana do dalszego kształcenia głosu. Mając już 27 lat i zaledwie dyplom szkoły muzycznej II stopnia, postawiła wszystko na jedną kartę i stanęła do przesłuchań młodych śpiewaków starających się o możliwość reprezentowania Polski na międzynarodowych konkursach wokalnych. I tu – ku jej wielkiej radości i zdumieniu komisji – została zakwalifikowana do udziału w jednej z najważniejszych imprez – Konkursie Bachowskim w Lipsku. Największą orędowniczką talentu Jadwigi była legendarna już śpiewaczka Stefania Woytowicz. I nie pomyliła się – Rappé wygrała konkurs w roku 1980 i otrzymała od razu mnóstwo zaproszeń na zagraniczne występy. Wobec takiego sukcesu warszawska uczelnia przyjęła ją na studia bez egzaminu. Niestety, na drugim roku skreślono ją z listy studentów z powodu licznych nieobecności. Można podejrzewać, że był to tylko pretekst, a przyczyną niechęci do utytułowanej studentki były zawiść i konflikty w gremium pedagogicznym. Cóż, zdarza się.
Finał edukacyjnej epopei Jadwigi Rappé nastąpił w roku 1984, kiedy to ukończyła eksternistyczne studia wokalne w Akademii Muzycznej we Wrocławiu, w klasie Jerzego Artysza. Po drodze był jeszcze kurs wokalny w Weimarze pod kierunkiem Żary Dołuchanowej i, za jej radą, własna ciężka i systematyczna praca – po trzy godziny ćwiczeń wokalnych dziennie. Było też nawiązanie długoletniego partnerstwa artystycznego ze znakomitą akompaniatorką Mają Nosowską i początek serii nagrań pieśniarskich dla Archiwum Polskiego Radia.
Stefania Woytowicz nieraz dyskretnie, jak Anioł Stróż, pomogła Jadwidze na starcie w świetlaną przyszłość. Rekomendowała ją m.in. do udziału w prawykonaniu „Te Deum” Pendereckiego, i choć wówczas angaż otrzymała inna solistka, nić współpracy kompozytora ze świetnie rokującą młodą śpiewaczką została nawiązana. Po latach Rappé pięknie kontynuowała tradycję „stróżowania”, obejmując swoich absolwentów „bezobjawową” pieczą. Własna historia nauczyła ją, że talent czasem bardzo potrzebuje dodatkowych działań dobrych ludzi. A nawet talizmanów. Zawsze nosiła ze sobą figurkę Świętego Antoniego, podarowaną przez Stefanię Woytowicz. Miała ulubione okładki do nut.
W radiowej Dwójce, w wywiadzie z roku 2016 wyznała, że dopiero w apogeum kariery poczuła radość ze śpiewania – z występu na żywo i kontaktu z publicznością. Swoisty moment obrachunku ze sobą jako artystką nastąpił po koncercie we Florencji, pod batutą Ozawy. Wykonanie II symfonii Mahlera okazało się sukcesem. Publiczność klaskała, a jednak Rappé, jak zawsze, w hotelu zaczęła analizować swój występ: wszystkie dźwięki, z których była niezadowolona, gdyż odbiegały od perfekcji. I nagle zrozumiała, że powinna porzucić ten proceder surowych autoocen albo zmienić zawód. Poczuła wielką ulgę. Wreszcie zaakceptowała fakt, że nikt nigdy nie osiąga wyimaginowanej doskonałości.
O obszarze muzycznym, po którym poruszała się swobodnie, mówiła tak: „Wydaje mi się, że naturalne brzmienie mojego głosu najlepiej pasuje do Wagnera, muzyki rosyjskiej, może również do Brahmsa. Są jednak niektóre pieśni Brahmsa o wysokiej tessiturze, pieśni Mahlera, utwory Bacha czy Lutosławskiego, w których potrzebuję pewnego rodzaju piana. Tego typu efekty wymagają specjalnych zabiegów, wykorzystania odpowiedniego rezonowania głowy. To jest dość skomplikowane, ale ogólnie problem sprowadza się do kontrolowania emocji. Ktoś mógłby zrobić mi zarzut, że wszystko dokładnie kontroluję, sprawdzam, eksperymentuję i w związku z tym moje śpiewanie jest chłodne. Być może, ale wolę śpiewanie kontrolowane aniżeli histeryczne emocje, które rujnują warsztat. Wielu śpiewaków operowych nie radzi sobie z pieśniami czy oratoriami. Właśnie przez brak takiej umiejętności. Nie można przenosić rozbuchanych, ogromnych emocji, strawnych w operze werystycznej, do wycyzelowanych arii Bacha, Mozarta i wielu pieśni wszystkich epok”.
Jakim głosem śpiewała? Przedstawiała się jako alt, ale krytycy pisali o niej nierzadko jako o kontralcie czy mezzosopranie. Skala, technika i świadomość wokalna pozwalały jej udowadniać, że granice między tzw. fachami, czyli specjalizacjami repertuarowymi, są czysto umowne.
Mistrzowsko wykonywała zarówno klasykę, jak i utwory XX i XXI wieku. Najbliższymi jej kompozytorami byli Bach, Haendel, Wagner, Mahler (opanowała wszystkie jego partie przeznaczone na alt), Dvořak, Szostakowicz, a z polskich – Moniuszko, Żeleński, Szymanowski, Penderecki, Lutosławski i Mykietyn. Preferowała muzykę oratoryjno-kantatową i lirykę wokalną, ale w operze też odniosła sukces. Co najmniej dwie jej kreacje zapisały się w historii – Erda w tetralogii Wagnera (triumfalny pochód przez najsłynniejsze sceny europejskie, a także nagranie pod batutą Bernarda Haitinka) i Pani Stöhr w „Czarodziejskiej górze” Pawła Mykietyna.
Śmiało sięgała po utwory współczesne, wykonywane w Polsce rzadko lub nigdy wcześniej – jak dzieła Hindemitha, Crumba, Ustwolskiej. Posiadając solidne wykształcenie filologiczne i dostęp do wielu źródeł (mąż, polonista i bibliotekarz, pomagał jej przeprowadzać kwerendy m.in. w zbiorach nutowych Biblioteki Narodowej), przywiązywała wielką wagę do analizy tekstów literackich opatrzonych muzyką. Wynikami swoich poszukiwań dzieliła się ze środowiskiem profesjonalistów i słuchaczy. I tak na przykład w roku 2021 na konferencji naukowej w Poznaniu wygłosiła referat „Władysław Żeleński – życie opowiadane pieśnią”, omawiając pokrótce tematykę i strukturę kilkunastu pieśni i ilustrując wykład nagraniami własnych interpretacji. Powołała się wtedy również na wnioski zawarte w pracy dyplomowej jej magistranta. Niosła w akademicki lud kaganek informacji o tym zbyt mało dziś znanym kompozytorze.
Ułożyła i wykonywała na koncertach kilkanaście autorskich programów pieśniarskich. Kierując się walorami brzmieniowymi języków, śmiało zestawiała np. pieśni do wierszy Garcii Lorki w oryginale hiszpańskim i w rosyjskich przekładach (na scenie towarzyszyli jej gitarzysta i tancerka flamenco). Mówiła z autoironią, że repertuar przeznaczony na jej głos jest poważny, „sophisticated”, z częstym wątkiem śmierci, więc trudno wybrać coś lżejszego.
Z zapałem szukała ciekawych, mało znanych pozycji repertuarowych dla swoich studentów. Zbudowała na przykład program koncertu polskich pieśni XIX wieku opisujących różne gatunki ptaków.

Była miłośniczką duetów wokalnych, Najczęściej występowała z Urszulą Kryger, prezentując m.in. zapomniane, zagubione arcydziełka rodzimej liryki wokalnej na dwa głosy. Skrzętnie zbierała znaleziska własne i cudze, a każdy przywrócony do muzycznego życia skarb miał swoją historię. Tenor Krzysztof Kur polecił śpiewaczkom odnalezione duety Jana i Mieczysława Karłowiczów. Bas-baryton Szymon Maliszewski przywiózł z archiwum ojca duet Mieczysława Karłowicza (określony przez niego jako kanon; być może jakieś zadanie z czasu studiów w Niemczech). Maja Nosowska znalazła w Tallinie dwa duety Henryka Wieniawskiego, pisane dla rosyjskiej publiczności, ale do wierszy Niemców – Johanna Wolfganga Goethego i Roberta Hamerlinga. Sama Rappé trafiła w Bibliotece Narodowej na urocze duety Władysława Żeleńskiego, których prawdopodobnie od bardzo dawna nikt nie wykonywał. Z takich odkryć i z repertuarowej klasyki składała się wielka biblioteka nutowa bohaterki tego eseju.
Mając na uwadze Rappé jako prawykonawczynię, pisali dla niej m.in. Juliusz Łuciuk, Piotr Moss, Krzysztof Baculewski, Paweł Szymański i wspomniany już Paweł Mykietyn.
Jadwiga wyznawała szczerze, że zazdrości wokalistom jazzowym daru improwizacji i umiejętności „poruszania się w klubowej atmosferze” – czyli po prostu pewnego luzu psychicznego. Nie dane jej było spróbować sił w jazzie, czego doświadczyli chociażby amerykańska śpiewaczka Renée Fleming czy Niemiec Thomas Quasthoff, ale przeżyła wielką przygodę z… rapem. Rappé rapowała u Mykietyna, w skomponowanej z myślą o niej III symfonii (2011) do słów Mateusza Kościukiewicza, opiewających pęd życia w wielkim mieście. Podkreślała, że dzięki treningowi w technice Sprechgesangu w dziełach Wagnera, Schoenberga i Bacewiczówny („Przygoda Króla Artura”) nietrudno jej było przyswoić istotę rapu, czyli – jak to ujęła – mówienie na różnych wysokościach i dyscyplinę agresywnych rytmów. Powoływała się przy tym na swoje obserwacje. Otóż niesamowite wrażenie zrobili na niej kibice Legii skandujący stadionowe przyśpiewki w wagonie metra.
Kontakt z publicznością motywował ją, dawał radość i satysfakcję, ale nagrania płytowe traktowała jako nie mniej ważną część aktywności artystycznej. Jej dyskografia to około 60 albumów dla takich oficyn, jak Decca, Philips, Orfeo, Teldec, Erato, Naxos czy DUX. Była siedmiokrotną laureatką Nagrody Fryderyka.
Do życiowego spełnienia nie wystarczały jej kreacje wokalne na scenie i w studiu nagraniowym. Chętnie dzieliła się wiedzą i doświadczeniem z najmłodszymi adeptami sztuki wokalnej. Uczyła śpiewu w Szkole Muzycznej II stopnia im. Chopina w Warszawie – tam, gdzie kiedyś przyjęła ją pod swoje skrzydła Zofia Brégy (1995-2010). Prowadziła klasę śpiewu solowego w Akademii Muzycznej w Warszawie (2000-2022), a jej studentami byli m.in. Artur Stefanowicz i Joanna Freszel. W gdańskiej AM wykładała lirykę wokalną i analizę form wokalnych, poszerzając horyzonty wiedzy przyszłych śpiewaków o tym, jak dobrać repertuar do głosu, co warto śpiewać, jak układać program recitali, jak opracowywać interpretacje pieśni i solowych partii śpiewanych.
Wobec studentów swojej klasy była wymagająca, surowa i konsekwentna. Na taryfę ulgową za nieprzygotowanie do zajęć nie mógł liczyć nawet ktoś, kto dzień wcześniej wrócił z nagrodą w prestiżowym konkursie. Podkreślała, że praca nad głosem trwa całe życie. Ucząc studentów, sama uczyła się nowych rzeczy, nie tylko o emisji głosu, ale i o współczesnym świecie. Zachęcała do rozwijania zainteresowań pozamuzycznych. Kibicowała dobrym zmianom w życiu osobistym swoich uczniów.
Sprawnie posługiwała się komputerem i internetem; orientowała się w programach służących do przekazu obrazu i dźwięku. W pandemii prowadziła zajęcia online.
Przemierzyła świat w podróżach artystycznych, ale najlepiej czuła się wśród rodziny i przyjaciół. Spotkania zawodowe często były zarazem towarzyskimi. Każdą domową próbę z Urszulą Kryger poprzedzało wspólne gotowanie, a następnie konsumpcja przygotowanych potraw.
Dzieci Jadwigi Rappé, podobnie jak ich ojciec, nie są zawodowo związane z muzyką. Córka ukończyła co prawda podstawową szkołę muzyczną, ale nie chciała kontynuować tej ścieżki edukacji. Studiowała psychologię, jej brat – prawo.
Przez kilkanaście lat czteroosobowa rodzina mieszkała w kawalerce (bez telefonu, bez fortepianu), potem – w trzypokojowym mieszkaniu. Konieczność zaopiekowania się ojcem sprawiła, że na początku tego stulecia Jadwiga wraz z mężem kupili dom w Podkowie Leśnej. To budynek z historią, należący wcześniej do Włodzimierza Ledóchowskiego – uczestnika kampanii wrześniowej i bitwy o Tobruk, kuriera tatrzańskiego. Podkowa Leśna to miasto-ogród, zamieszkałe przez wielu artystów i społeczników. Rappé doskonale się wśród nich czuła, z entuzjazmem organizując imprezy muzyczne, jak koncerty w Muzeum Iwaszkiewiczów na Stawisku czy w tzw. Kasynie.
Przez ostatnie lata zmagała się z ciężką chorobą. Sama sobie napisała epitafium: „Odeszłam od zgiełku tego świata, i cieszę się cichym zakątkiem, gdzie miłość, spokój i pieśń”.
Zmarła 16 maja 2025. Spoczęła na cmentarzu parafialnym w Podkowie Leśnej. Tamtejszy kościół św. Krzysztofa, w którym ją pożegnano, był pełen muzyki, wykonywanej przez przyjaciół i studentów. Na długo zostanie w pamięci chóralna pieśń „Już się zmierzcha” Wacława z Szamotuł, polskiego Palestriny.
Zgodnie z życzeniem rodziny, żałobnicy przekazali datki nad Dom Muzyka Seniora. W radzie prowadzącej go fundacji zasiadała Rappé. Działała także w Towarzystwie Lutosławskiego i w Radzie Muzeum Iwaszkiewiczów. Wspierała organizacje opieki nad zwierzętami.
W jednym z wywiadów powiedziała: „Śpiewak nie może być tylko głosem. Musi być świadkiem. Interpretatorem. Czułym instrumentem. Nie dla siebie. Dla ludzi”.
Hanna Milewska
Hi-Fi i Muzyka 07-08/2025
Przeczytaj także