Nowości i zaszłości – zima 2026

22.05.2026

min czytania

Udostępnij

Nowości i zaszłości – zima 2026

Dziś prezentujemy miks premier z roku 2025 – wydawnictwa bluesowe, popowe oraz mocniejsze brzmienia.

 

Blues i okolice
Crawford/Sobczak
Tumbleweed
Flower Records 2025

Nowości i zaszłości – zima 2026

Graham Crawford to śpiewający i grający na gitarze brytyjski autor podręczników i wykładowca akademicki, a Maciej Sobczak – lider bluesowej grupy Hot Water. Możemy więc liczyć nie tylko na naturalny angielski wokalisty, ale również na doświadczenie muzyków.
„Tumbleweed” to surowy, akustyczny minimalizm. Album tworzy dziesięć oszczędnych kompozycji, które lokują się gdzieś pomiędzy folkiem a bluesową balladą. Uczestnicy projektu unikają przy tym produkcyjnych fajerwerków i cyzelowania każdego szczegółu, co należy uznać za wielki plus.
Realizacja nagrań w poznańskim MM Studio Przemysława Ślużyńskiego pozwoliła zachować organiczność i przejrzystość brzmienia. W sesji wzięli udział także goście: wiolonczelistka Agnieszka „Kova” Kowalczyk i perkusista Maciej Muraszko. Ich partie stanowią miły dodatek do osi Crawford-Sobczak. „Tumbleweed” nie próbuje schlebiać masowym gustom ani redefiniować gatunku. To raczej zapis spotkania dwóch muzyków, którzy chcieli zarejestrować wspólny materiał, bez oglądania się na współczesne trendy rynkowe czy formaty radiowe. Dobry album na spokojne, wciąż jeszcze zimowe wieczory.
Na koniec uwaga: jeżeli ktoś wyśle do redakcji płytę w formie ecopacku, to nie przeczyta o niej słowa. Ostatni raz robię wyjątek.

 

Blues Fighters & Grzegorz Kupczyk
Firebird
Flower Records 2025

Płyta z czerwca 2025 roku. Formacja Blues Fighters, kojarzona dotąd z klasycznym poznańskim bluesem, połączyła siły z Grzegorzem Kupczykiem – wokalistą związanym z polską sceną hardrockową, czyli głównie grupami Turbo oraz Ceti. Słuchacz, który kojarzy go wyłącznie ze wspomnianymi zespołami, może się obawiać stylistycznego zgrzytu, jednak „Firebird” to solidne, oszczędne granie, w którym sznyt Kupczyka został sprawnie wpleciony w bluesowy fundament. Wokalista nie forsuje swoich słynnych wysokich rejestrów, stawiając raczej na charakterystyczną chrypę i osadzenie w nastroju. Tym samym udowadnia, że dysponuje uniwersalnym głosem.
„Firebird” to drapieżny, choć nadal bliski korzeniom rockowy minimalizm, który przypomina chwilami wspólny album Davida Coverdale’a i Jimmy’ego Page’a z 1993 roku. Składa się z dziesięciu kompozycji, lokujących się gdzieś pomiędzy bluesem a rasowym hard rockiem lat 70. Zespół unika przy tym nowoczesnych zabiegów, stawiając na naturalną surowość. Płyta nie próbuje redefiniować gatunku ani wywoływać rewolucji. To raczej zapis spotkania muzyków z teoretycznie różnych światów.
Album, podobnie jak opisany po sąsiedzku „Tumbleweed”, zrealizowano w poznańskim MM Studio Przemysława Ślużyńskiego. Nacisk położono przede wszystkim na zachowanie przejrzystości instrumentarium: od riffów Wojciecha Kubiaka, przez sekcję Nowickiego-Fraski, aż po analogowe brzmienie organów Hammonda Łukasza Jakubowicza. Zarejestrowany dla Flower Records materiał pozostaje wierny zasadzie, że czasem mniej znaczy więcej, a szczerość przekazu wygrywa z produkcyjnym przepychem.
Nie wiem, czy poleciłbym tę pozycję słuchaczom, którzy nie siedzą w gatunku. Ale tym, którzy siedzą – na pewno.

 

Blues Against The Machine
Flower Records 2025

Debiutancki album formacji Blues Against The Machine, wydany w czerwcu 2025 roku, wyróżnia się ciekawą międzynarodową obsadą jednoczącą się w bluesie. Polskę reprezentuje Bartek Szopiński, znany z Boogie Boys. Towarzyszą mu delegaci europejscy: od portugalskiego lidera i producenta Buddy Guedesa, przez norweskiego showmana Erica „Slim” Zahla, aż po sekcję z Włoch i Hiszpanii.
„Blues Against The Machine” nie jest grzecznym hołdem dla tradycji. To materiał buzujący energią, w którym tradycyjny brud miesza się z drapieżnością rock’n’rolla i pulsem boogie. Czuć tu radość z nieskrępowanego muzykowania artystów, którzy niczego nie muszą udowadniać.
Dziesięć autorskich kompozycji – od otwierającego „Hold On Stay Strong”, po finałowy „Europa Express” – tworzy całość spójną i wolną od sterylności nowoczesnych produkcji. Niewątpliwy atut stanowi brzmienie – surowe, „setkowe” i pełne analogowego ciepła, za które odpowiada Budda Guedes. Dominujące partie organów Hammonda Szopińskiego wchodzą w dynamiczny dialog z gitarowymi riffami, a całość spaja sekcja rytmiczna, która płynie z lekkością. To płyta dla tych, którzy w muzyce szukają prawdy, a nie studyjnych trików.
Współczesny blues wciąż potrafi kąsać i zarażać pierwotną energią. Może nie jest to propozycja dla melomanów, którzy nie słuchają tego gatunku na co dzień, ale gdybym chciał od czegoś zacząć, ten album z pewnością wziąłbym pod uwagę.

 

Brzmienia mocniejsze

Space Bats
Radjoterapia
Flower Records 2025

Nowość z października 2025. „Radjoterapia” to ukłon w stronę czasów, kiedy w zadymionych klubach królowały umiarkowana psychodelia i melodyjny alternatywny rock. Połączenie głosu Grahama Crawforda (tak, tego z płyty „Tumbleweed”) z przesterowanymi gitarami i dynamicznymi rytmami przywodzi na myśl dokonania kanadyjskiego zespołu Rush, szczególnie te sprzed albumu „2112”. Od razu jednak zaznaczam, że chodzi jedynie o klimat, nie o instrumentalne galopady i elektryzujące progresywne zwroty akcji.
Od strony produkcyjnej postawiono na surowe, naturalne barwy i wyeksponowaną sekcję rytmiczną, która stanowi kręgosłup wydawnictwa. Kompozycje są krótkie, ale – jak na trio – dość bogate. Wielka pochwała za autentyczny charakter, a mały minus za brak wyraźniejszych punktów zaczepienia dla mniej cierpliwego odbiorcy. Na „Space Bats” znajdziemy wiele nośnych melodii, ale nie ma tego jednego chwytliwego fragmentu, który od razu zdołałby nas uwieść. Czasem właśnie to przesądza o popularności całego przedsięwzięcia.
Zwolennicy międzyplanetarnych lotów i gęstego, psychodelicznego sosu w mimo wszystko przyswajalnej formie będą w siódmym niebie. Jeden z najbardziej charakternych albumów w tym zestawieniu.

 

Valdor
Emotions
Wydanie własne 2025

„Emotions” – piętnastominutowa EP-ka, wydana u schyłku 2025 roku – to sentymentalna podróż do ery, kiedy w mediach gościł emocjonalny space rock, wzbogacony postgrunge’ową melancholią, czyli pierwszej dekady XXI wieku. Wówczas to triumfy święciły takie zespoły, jak Muse, The Mars Volta czy, nieco później, Thirty Seconds To Mars, a autentyczność mierzono siłą gitarowego riffu, sprzężonego z klawiszowo-samplową ścianą dźwięku i ogromnymi pogłosami.
„Valdor” to pseudonim liderującego klawiszowca Waldemara Zadrożnego, ale tutaj służy także jako nazwa zespołu. Skład nie próbuje pisać historii muzyki na nowo. Zamiast się silić na awangardowe eksperymenty, stawia na szczery przekaz i solidny warsztat.
Minialbum to dźwiękowa sinusoida i aranżacyjna bezpośredniość. Obiektywny minus za zbyt mocno przetworzone wokale, które dla części słuchaczy mogą brzmieć mało muzycznie. Ale to moim zdaniem element konwencji, którą albo się bierze w całości, albo wcale.
Kompozycje są spójne i wysterowane tak, by uderzać prosto w serce. Dzięki temu materiał wydaje się niezwykle osobisty. Wprawdzie to ścieżka wydeptana przez wielu, ale czuje się zgodność i prawdę. Dodatkowy minus za całkowity czas materiału. Przy takiej produkcji chciałoby się więcej! Dlatego czekam na pełny album. Mam nadzieję, że utrzyma poziom.

 

Death By Løve
444
Distortion Productions 2025

„444” to debiutanckie wydawnictwo polsko-amerykańskiego duetu Death By Løve. Tworzą go postacie obyte na scenie alternatywnej: Inga Habiba (głos wielu, wielu projektów, w tym legendarnego Lorien) oraz Peter Guellard (niegdyś Blitzkrieg).
Wydany pod szyldem amerykańskiej wytwórni Distortion Productions materiał to gęsta, mroczna mikstura, którą sami twórcy określają jako industrialno-gotycką. Słychać też wyraźne wpływy Bliskiego Wschodu. „444” to podróż przez hipnotyczny puls, surową elektronikę i dark wave. Emocjonalna głębia głosu Ingi idealnie splata się z syntetycznymi strukturami generowanymi przez Guellarda. Nie brakuje momentów onirycznych, które po chwili ustępują miejsca transowym rytmom o niemal rytualnym charakterze.
Pozycja obowiązkowa dla fanów industrialno-etnicznej elektroniki, mroczniejszych dokonań The Mission, Nitzer Ebb czy starego Depeche Mode. „444” spodoba się również zwolennikom muzyki transowej.

 

Jazz i okolice

Zbigniew Levandek Lewandowski & Bartosz Pernal Orchestra
The Music Of My Life. Live in Wroclaw
PSJ Wrocław 2025

Opisany w 2024 roku album Zbigniewa Lewandowskiego „A New Opening” otrzymał od redakcji tytuł płyty roku. W recenzji wyraziłem nadzieję, że perkusista rozkręci się fonograficznie i… chyba właśnie tak się dzieje.
„The Music Of My Life. Live in Wroclaw” to hołd dla epoki swingu i energetycznych big-bandów, czyli złotej ery Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego. Nie brakuje także momentów nawiązujących do bardziej nowoczesnych koncepcji, choć – znów – nie bez echa potężnych sekcji dętych i dynamicznego drive’u, z którego słynie tzw. szkoła wrocławska. Przykładem doskonałe zgranie orkiestry z precyzyjną perkusją Zbigniewa Lewandowskiego. „Levandek”, wraz z orkiestrą Bartosza Pernala, trzyma się tradycji, ale czyni to z gracją i świeżością. Muzycy stawiają na bezbłędny warsztat, czujność i radość z improwizacji, co powinno stanowić podstawę każdego koncertowego wydawnictwa.

 

Klaudia Kaczyńska
Wracam do siebie
Music Corner Records 2025

Klaudia Kaczyńska do tej pory była kojarzona ze sceną jazzową. Na swojej debiutanckiej EP-ce „Wracam do siebie” proponuje materiał kameralny i wyciszony, choć oczywiście z jazzem za pan brat. Rezygnuje z wokalnej ekwilibrystyki na rzecz nastrojowej interpretacji tekstu. Nadal jednak można liczyć na jej świadome operowanie głosem oraz wizję artystyczną, która nie szuka poklasku.
„Wracam do siebie” to szlachetny popowo-jazzowy minimalizm z wpływami poezji śpiewanej. Wydawnictwo składa się z kompozycji, które unikają produkcyjnego przepychu, stawiając na naturalne brzmienia instrumentów i oddychającą przestrzeń. Nagrania sprawiają wrażenie żywych, niemal „setkowych”, co jest ogromnym plusem. Głos Kaczyńskiej to centralny, choć nie przytłaczający element aranżacji.
Wydawnictwo nie stara się redefiniować gatunku ani przypodobać się masowej publiczności. To raczej zapis procesu odnajdywania własnego języka przez artystkę, która świadomie rezygnuje z fajerwerków na rzecz szczerości przekazu. Album wydaje się materiałem zarejestrowanym tu i teraz, bez oglądania się na rynkowe formaty. To propozycja dla słuchacza poszukującego autentyczności.
Jeżeli tęsknicie za przyjemnym jazzowym popem z lat 1995-2005, to jest to mniej więcej ten klimat. Jedna z najlepszych płyt w zestawieniu.

 

Ciepłe Popołudnie
Zbiór opowiadań
Dalmafon 2025

„Zbiór opowiadań” Ciepłego Popołudnia jawi się jako enklawa spokoju i artystycznej rzetelności. Zespół, prowadzony przez charyzmatyczną wokalistkę i basistkę Aleksandrę Dzierżawską, odcina się od przeprodukowanego przepychu na rzecz akustycznego brzmienia. Choć fundamentem twórczości pozostaje piosenka autorska, to wyraźnie słychać, jak mocno formacja jest osadzona w tradycji swingowej elegancji i bluesowo-jazzowej swobody.
Materiału nie należy traktować jak zbioru przypadkowych piosenek, lecz jako spójny pomysł. Trio stawia na rozmowę instrumentów, w której żaden nie dominuje. Gitara akustyczna Pawła Kamińskiego nadaje kompozycjom lekko staroświecki sznyt, kojarzący się z najlepszymi tradycjami francuskiego jazzu, a partie fortepianu akustycznego i elektrycznego Stanisława Szczycińskiego wprowadzają do aranżacji głębię i ład. Całość spaja oszczędna gra Dzierżawskiej na basie, który wraz z jej oryginalnym głosem tworzy bezpieczną bazę dla poetyckich opowieści.
Wydawnictwo Dalmafonu to powrót do czasów, kiedy w studiu najważniejsza była interakcja między muzykami i prawda wykonania na żywo. Rezygnacja z elektroniki (choć w nagraniach pojawia się Moog) na rzecz żywego drewna gitary i strun fortepianu sprawia, że przekaz oddycha i zaprasza do bliskiego kontaktu. Ta muzyka nie krzyczy, żeby zwrócić na siebie uwagę. Operuje raczej szeptem, półtonem i subtelnym uśmiechem.
Dla osób ceniących dobre rzemiosło oraz piosenki z duszą – pozycja obowiązkowa.

 

Okolice popu

Paweł Lisek
Tu i teraz
Euphoria Entertainment 2025

„Tu i teraz” to ukłon w stronę czasów, kiedy w mediach królowali Piasek, Mafia, Robert Chojnacki i Bayer Full, czyli estetycznie strasznych i niebezpiecznych, ale pełnych nadziei i dla wielu ekscytujących lat 90. Niektóre momenty nawiązują też do współczesności, choć – znów – nie bez echa przestrzennych i tanecznych lat 80. Przykładem „Nic więcej”, czyli wyraźna inspiracja hitem Harry’ego Stylesa (miliard wyświetleń na YouTubie), a zarazem najbardziej udany utwór na płycie.
Lisek nie próbuje odkrywać Ameryki. Zamiast komplikować struktury stawia na czytelne kompozycje i osobisty przekaz, co w tej konwencji sprawdza się bez zarzutu. Album to w większości dźwiękowy spokój i aranżacyjna oszczędność.
Od strony produkcyjnej postawiono na brzmienia raczej bezpieczne i wyeksponowaną warstwę tekstową. Ta zaś jest prosta, osobista i dzięki temu prawdziwa. Nie zachwyci może czytelników klasycznej poezji, ale na pewno pozostajemy daleko od żenady. Wielka pochwała za melodie. Wprawdzie niezbyt oryginalne, ale nośne, co wcale nie jest regułą.
Za to poważny minus należy się za realizację wokalu. Dodano tak grube warstwy de-esseru, że Lisek brzmi, jakby miał wadę wymowy. Słychać to szczególnie w balladach, gdy wokal jest blisko. W bardziej dynamicznych utworach jest już nieco lepiej. Wiem, że to ostatni krzyk mody, ale nie przesadzajcie, koledzy realizatorzy.

 

Artur Gotz
W dzikie wino zaplątani
Luna Music 2025

Kolejny po „Litanii piwnic. 1944” album Artura Gotza zawiera piosenki Marka Grechuty.
„W dzikie wino zaplątani” to specyficzny ukłon w kierunku twórczości słynnego poety i kompozytora. Zamiast kreować oryginalną formułę Gotz stawia na dosłowność wyrazu. W czasach TikToka to się sprawdza, ale fani oryginałów mogą się poczuć zgorszeni. Postawiono tu na zredukowanie koronkowych detali i podbicie rytmicznych akcentów oraz swobodne podejście do aranży. Na tle tych zabiegów wokal Gotza brzmi mniej szlachetnie niż w przypadku przywołanej „Litanii piwnic. 1944”. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że to taki „Grechuta na dożynkach” i coś w tym jest. Pierwotna fraza w większości utworów została dosłownie zamordowana. W porównaniu do żywych, wysublimowanych, oryginałów wersje Gotza brzmią jak remiksy.
Nie będę pisać o tekstach, które wszyscy znają. Nie będę również specjalnie narzekać na tę płytę, jednak tylko pod warunkiem, że kolejna będzie niezależną, autorską próbą sił, z premierowymi piosenkami i własną koncepcją, już bez wygłupów.

 

Michał Dziadosz
Hi-Fi i Muzyka 02/2026

Przeczytaj także

11.06.2026

Muzyka

Pop-rock

Richard Marx – After Hours

06.06.2026

Muzyka

Historie

Legendarne sprzęty, cz. 8 Rozkwit ery cyfrowej i triumf Rolanda D-50

04.06.2026

Muzyka

Klasyka

Ignacy Zalewski – Bardo Thodol

Gniewomir Tomczyk Perpetus

23.05.2026

Muzyka

Recenzje

Gniewomir Tomczyk – Perpetus

15.05.2026

Muzyka

Historie

Legendarne sprzęty, cz. 7 Cyfrowe początki i triumf Yamahy DX7

07.05.2026

Muzyka

Recenzje

Janusz Majcherek – 1913. Historia miłosna emigrantki

27.04.2026

Muzyka

Klasyka

Schubert – Die Schöne Müllerin

Rush znów na scenie

22.04.2026

Muzyka

Sylwetki / monografie

Rush – znów na scenie