02.12.2025
min czytania
Udostępnij
Muzyka radiowa
Patrycja Kosiarkiewicz
Wyjaśni się (2025)
„Wyjaśni się” to zaszłość z wiosny 2025, więc jeszcze nie przeleżana. A czy wartościowa?
Patrycja zupełnie mi się nie podobała jako młoda wokalistka. Ale to było prawie trzydzieści lat temu. Po drodze zaliczyła kilka powrotów, jednak nie zaprzątałem sobie nimi głowy. Zetknięcie ze współczesną twórczością zielonogórskiej piosenkarki potraktowałem jak zawodowe wyzwanie. Uznałem, że przez niemal trzy dekady coś musiało się zmienić.
I rzeczywiście – wokalistce udało się częściowo przełamać dawne przyzwyczajenia. Postawiła na rockowy przekaz i prostotę, bez zbędnego kombinowania. Album wystylizowano brzmieniowo na „modern classic rock”. Muzycy grają przyzwoicie, a miks brzmi naturalnie, na co składają się roomowe brzmienia bębnów, proste gitarowe przestery, zbalansowany bas i mało przetworzone wokale. Kompozycje wpadają w ucho, a teksty nie rażą, nawet gdy Kosiarkiewicz śpiewa, że kocha – i to wprost. Wokalu nadal nie dodam do ulubionych, ale z pewnością znajdzie sympatyków.
Oprawa płyty CD jest bardzo staranna i pomysłowo zrealizowana. Jedynie dołączony do okładki plik „pocztówek” z wizerunkiem artystki w różnych wcieleniach byłby bardziej przekonujący, gdyby przedstawiał realne fotografie, a nie komputerowe rendery. Mówiąc wprost: trochę to dziwne.
A muzycznie? Moim zdaniem jest przyzwoicie. Sprawdźcie, czy przypadnie Wam do gustu.
Magdalena Zamoroka
Poszukiwania (2025)
Jestem przeczulony nie tylko na punkcie wykonania płyt, ale również ich produkcji. Gołym uchem słyszę strojenie, de-essery, natarczywy comping i… nie spodziewam się cudów w czasach, w których wokale są bardziej robione niż śpiewane, a muzyka ma grać przez głośniczek Bluetooth albo soundbar. Przecież większość ludzi słucha w ten sposób, a duża zawartość łatwo rozpoznawalnych efektów działa na plus. Trochę jak z poprawianiem urody w programach graficznych. Wszyscy już tak się przyzwyczaili do nierealnych standardów, że naturalne piękno często uznają za pełne skaz.
Magdalena Zamoroka zwróciła moją uwagę jako wokalistka gotowa do poprawnego śpiewania bez specjalnych kombinacji. Zaznaczam: bez specjalnych. Przyzwoicie ustawiony głos słychać od razu. Od razu też rodzi się myśl, że pasowałby do np. do produkcji Disneya. Sprawdziłem wykonania koncertowe i okazuje się, że wokalistka potrafi również zaśpiewać z ciekawą chrypką, choć nie bez boków. Jedyne, co w realizacji przeszkadza, to saturacja. Po co aż tyle? Za dziesięć lat będziemy się śmiać ze współczesnych wokali, które brzmią prawie jak przez megafon.
Artystka proponuje zgrabny pop-rock z wycieczkami w różne strony, osadzony w latach 1995-2005; coś pomiędzy Varius Manx a piosenkami z bajek. Czyli nic odkrywczego, ale dla osób, które nie lubią eksperymentów, jak najbardziej do posłuchania. Gdybym się miał czepiać, skróciłbym materiał o 40% i odsączył nadmiar słodyczy; przydałaby się czasem odrobina światłocienia. Muzycy sesyjni grają dobrze i nie ma co tu drążyć.
Na uznanie zasługuje ładna edycja CD. Skład graficzny, zdjęcia i czcionki są co prawda trochę w stylu: „Dzwonił 2011 i kazał zaktualizować oprogramowanie”, ale na tle wielu współczesnych wydawnictw całość robi dobre wrażenie.
Krzysztof „Krisu” Bańka
Zatrzymane (2025)
(chmura)
W wieku dziesięciu lat przeprowadziłem się do Warszawy z o wiele mniejszego miasta. Chciałem się czymś zająć, więc dużo słuchałem radia. Był 1990 rok i nie bardzo wiedziałem, jakiej stacji szukać. Podpytałem znajomych z klasy i okazało się, że jedna z rozgłośni nadaje listę przebojów z samymi polskimi piosenkami. Poznałem wtedy ogrom wykonawców. Jakieś 20% z nich przebiło się do powszechnej świadomości i zostało z nami na dłużej. Reszta przepadła. Zapamiętałem jednak wiele smaczków. I chyba tylko ja, bo nigdzie nie mogę znaleźć informacji o tamtych zespołach.
Wspominam o tym, ponieważ słuchając „Zatrzymanych”, odniosłem wrażenie, że cofnąłem się w czasie. Siedzę oto w swoim dziecięcym pokoju i poznaję kolejnego mało znanego, ale z pewnością wrażliwego i chcącego o tym opowiadać muzyka. Tego właśnie możecie się spodziewać po tej płycie.
To materiał zdecydowanie niszowy; kiedyś sprawdziłby się świetnie, a może nawet zdobył popularność. Krzysztof Bańka snuje kameralne opowieści o różnych aspektach życia, ubrane w profesjonalne pop-rockowe aranżacje, przyjazne antenom radiowym i słuchaczowi. Czy jednak jest to płyta, do której będę wracał? Kompozycje są dobre, ale mało odkrywcze. Teksty nie drażnią, ale nie wnoszą też nic nowego.
Jeżeli nie lubicie nadmiernych eksperymentów, ten album Wam się spodoba. Do mnie przemawia raczej coś innego, choć gdyby było tu więcej utworów takich jak „Napisz do mnie”, zapewne zmieniłbym zdanie.
Blues i okolice
Droga do Nieba
Płyta rocku… i bluesu (2025)
Z tego, co zespół deklaruje we wkładce, materiał został zarejestrowany w dwa dni – pomiędzy 4 a 5 stycznia 2025 roku. O ile muzykom nie można zarzucić braku umiejętności oraz radości z grania, o tyle poziom realizacji okazuje się niepublikowalny jako materiał studyjny.
Po pierwsze: brakuje wyraźnego dołu. Po drugie: na perkusji słychać czasem dziwne fazy. Może to celowy zabieg, ale jeśli tak, to bez sensu; w tego typu graniu ważne jest naturalne, a nie udziwnione brzmienie. Po trzecie: całość brzmi płasko, mimo że instrumenty zmiksowano słyszalnie. Niektóre słowa we frazach giną i nie jest to kwestia wyłącznie dykcji. Domyślam się, o jaki efekt chodziło, ale – na przyszłość – warto zarezerwować studio na dwa tygodnie, a nie na dwa dni, poświęcić 80% tego czasu na ustawienie brzmień, a na koniec wejść i… dać ognia. Każdy lubi spontan, a kręcenie gałkami i pięćset powtórek tego samego motywu to nuda. Najlepsze rzeczy dzieją się przy okazji, ale trzeba się do nich przygotować.
Szczerze mówiąc, nie chciałem pisać o tej płycie, ale pomyślałem, że przecież to nie wina zespołu. Muzycy, nawet tak doświadczeni, skupiają się głównie na graniu (tak powinno być) i często nie myślą o produkcji. Być może nie jest to nawet wina realizatora. Różnie w życiu bywa. Czasem nie ma kasy, czasem nie ma czasu, a kiedy indziej – jednego i drugiego. Nie wiem, jak było tym razem, ale skoro ukazuje się oficjalna płyta studyjna, to powinna prezentować dobry poziom.
Oczywiście to nie tak, że materiał brzmi absolutnie fatalnie i nie da się go słuchać. Po prostu uważam, że tak sprawni muzycy zasługują na zawodowy sound. Tymczasem „Płyta rocku… i bluesu” brzmi jak profesjonalnie nagrana próba generalna przed ważnym koncertem albo jak dobre demo przed zasadniczym nagraniem albumu. Ale nie jak płyta studyjna!
Lepiej to powiedzieć teraz, żeby w przyszłości wyszło lepiej. Wszak mimo doświadczenia muzyków album formacji jest debiutem.
ProjectA & Sławek Wierzcholski
Life Is Good! Radio Poznań (2025)
„Life Is Good! Radio Poznań” to zapis koncertu z 24 kwietnia 2024 roku. Jest więc zaszłością, ale wartą odnotowania.
Tym razem na scenie ProjectA spotkał się z jednym z najważniejszych polskich bluesmanów. Od zawsze uśmiechałem się na widok Sławka Wierzcholskiego – kojarzył mi się z luzem, humorem i dobrą muzyką. Nigdy nie siedziałem w jego gatunku, ale akurat zarówno jego macierzysty band Nocna Zmiana Bluesa, jak i sam Wierzcholski tworzyli formułę możliwą do zrozumienia nawet przez ludzi spoza tej stylistyki. Pamiętam, jak w gazecie „Ultra Szmata” (serio, było coś takiego pod koniec lat 90. XX wieku, wydawał to Zbigniew Hołdys) Wierzcholski prowadził kurs gry na harmonijce ustnej pod tytułem „Nocny kurs dmuchania”. Byłem więc przekonany, że do omawianego wydawnictwa artysta dołoży nie tylko znaną twarz, ale też sporo luzu i dobrej energii. Co prawda nie występuje we wszystkich utworach, a zespół bez niego też daje radę, ale pomysł na tę współpracę uważam za świetny.
Album jest ciekawostką dla fanów krajowego bluesa oraz wykonawców, którzy zagrali w czasie wydarzenia. W tym wcieleniu ProjectA tworzą: Agnieszka Senk (harmonijka), Zuzanna Babiak (śpiew), Wojciech Pruszyński (hammond), Piotr Stepek (kontrabas), Paweł Nowak (perkusja), Robert Zaleśny (gitara), Krzysztof Stepek (saksofon) i Józef Zatwarnicki (puzon). Skład gra na bardzo przyzwoitym poziomie. Na materiale raczej nie słychać postprodukcyjnego cyzelowania. Czasem wokal wędruje na boki (to normalne w środowisku live!), ale wszystko zostało profesjonalnie spięte.
Nie jest to jednak propozycja dla wszystkich. Bardziej pamiątka z występu i gratka dla miłośników gatunku.
Bluesferajna
Na żywca (2025)
We wrześniu 2023 roku w Obornikach Śląskich obył się występ z okazji jubileuszu zespołu Blues Menu. Ekipa obchodziła 25-lecie działalności, a Bluesferajna została zaproszona do wspólnego świętowania. Zagrała dobry koncert i postanowiła zrobić z niego album live. Jako że ukazał się w tym roku, trudno o nim mówić jak o zaszłości.
Bluesferajna to dwóch muzyków: Tomek „Stary” Herman (gitara akustyczna, śpiew) i Grzegorz „Olek Blues” Olejnik (gitara akustyczna, harmonijka ustna, śpiew). Pomimo kameralnego składu świetnie sobie radzi na scenie. Muzyczne opowieści są naturalne, szczere i przekonujące, a poziom wykonania – w pełni zawodowy.
Nikt się tutaj nie spina. Nikomu nie zależy, by każda nuta została odegrana w punkt, ale profesjonalny sznyt został zachowany, a wokale brzmią czyściej niż u wielu współczesnych wykonawców ze szczytów list przebojów. Słychać radość z muzyki i obycie ze sceną, a wrogiego spontaniczności automatyzmu brak.
Materiał ma szansę trafić do odbiorców spoza kręgów bluesa, choćby dzięki temu, że teksty są po polsku i mają uniwersalny charakter. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to do niezbyt zachęcającej okładki oraz braw, które czasem brzmią jak wmontowane. Kino Astra, w którym rejestrowano wydarzenie, to dość dobrze wytłumiona przestrzeń, a reakcje publiczności słychać niekiedy jak z wielkiego amfiteatru; jeżeli tak nie było, to z góry przepraszam.
To są jednak drobiazgi. Całość robi dobre wrażenie i tego się trzymajmy.
Michał Dziadosz
Hi-Fi i Muzyka 10/2025
Przeczytaj także