Nowości i zaszłości, jesień 2025, cz. 1

11.11.2025

min czytania

Udostępnij

Powracamy z kolejną częścią cyklu o nowościach i zaszłościach. Niektóre z prezentowanych płyt zaliczają się do pierwszej kategorii, innym przyszło zaczekać nieco dłużej. Tym razem proponujemy albumy z rejonów muzyki ilustracyjnej, mocniejszej oraz bluesa.

Muzyka filmowa, ilustracyjna i elektroniczna

Harry Gregson-Williams
Gladiator II (2024)

Zarówno idea drugiej części tak popularnego filmu, jak i ścieżki dźwiękowej do niego wydała mi się początkowo absurdalna. I rzecz nawet nie w tym, czy warto eksploatować uznane marki, ani w tym, że byłem jakimś wielkim fanem „Gladiatora” z roku 2000. Widziałem go raz i wydał mi się wówczas przyzwoity. Był jednak zamkniętą historią, która nie wymagała kontynuacji; to nie „Powrót do przyszłości”. Nie zmienia to faktu, że ćwierć wieku temu twórcy wyznaczyli wyśrubowane standardy i zostało to wówczas docenione. Film zdobył pięć Oscarów i wiele innych nagród, nie mówiąc o uznaniu publiczności. Drugiej części nadal nie widziałem, ale muzyka przyszła do mnie sama.
Poprzednio głównym kompozytorem był Hans Zimmer. Tym razem za warstwę muzyczną odpowiada Harry Gregson-Williams, który nawiązuje do motywów z pierwszej części. Nie jest więc tak, że Hansa Zimmera czy Lisy Gerrard całkowicie tutaj brakuje; wokalistka Dead Can Dance pojawia się w ścieżce jako jeden z głównych głosów.
Dlaczego jednak Niemiec nie zdecydował się zilustrować „Gladiatora II” w całości? Powiedział, że nie byłby w stanie zrobić nic lepszego. Nie chciał się też narażać na zarzuty o wtórność. Świadome, dojrzałe i w pełni zrozumiałe podejście. Bo nawet kiedy kompozytorem muzyki do drugiej części jest ktoś inny, to trudno uniknąć porównań do oryginału.
Otrzymujemy zwyczajnie porządny poziom profesjonalnej ścieżki dźwiękowej do epickiego filmu quasi-historycznego. Czy warto poświęcać jej uwagę? Kiedy obejrzycie „Gladiatora II” i Wam się spodoba, zapewne docenicie również muzykę. Zresztą, bez obrazu również jest dobra. Tyle że jeśli nie znacie oryginału, to polecam zacząć od niego. Choćby z tego względu, że soundtrack sprzed lat poradzi sobie spokojnie bez filmowego kontekstu. Ścieżka do drugiej części potrzebuje obrazu jako narzędzia wzmacniającego, a przede wszystkim uzasadniającego jej istnienie.

Janusz Majcherek
1913. Historia miłosna emigrantki (2025)

Rodzinne historie stają się ostatnio podstawą wielu dzieł kultury. To dobry kierunek i każdą mniej znaną, a interesującą opowieść sprzed lat przyjmuję z zaciekawieniem.
Majcherek naświetla historię swojej prababki Eleonory, która w początkach XX wieku wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych. Powodem przeprowadzki była miłość, co można uznać za osobliwość, bo większość ludzi z okolic Eleonory (Babice, Oświęcim i szeroko pojęta Galicja) wyjeżdżała najczęściej za chlebem. Muzycznie jest lepiej, niż początkowo mogłoby się wydawać. Nie otrzymujemy pretensjonalnego materiału z oczywistymi tekstami. Janusz Majcherek proponuje utwory instrumentalne, których bazę stanowią brzmienie fortepianu oraz… przestrzenne barwy nawiązujące m.in. do legendarnej i przepotężnej Yamahy CS-80. Całość została poprowadzona świadomie, a skąpane w pogłosach plany rozpisano naturalnie i bezpretensjonalnie. Są ludzie, którzy twierdzą, że kiedy w muzyce brak tekstu i wokalu, to równocześnie brak przekazu. W przypadku omawianego albumu emocje zawarte w utworach stają się bardziej czytelne niż w wielu kompozycjach wzmocnionych warstwą liryczną.
Polecam tę płytę każdemu, kto tęskni za elektroniką nawiązującą do starych, dobrych płyt Vangelisa, Jean-Michela Jarre’a, Mike’a Oldfielda, ale również do pianinowych ambientów. Majcherkowi daleko do tamtego rozmachu i wirtuozerii, ale daje radę.

Robert Glasper
Let Go (2025)

„Let Go” ukazało się późną wiosną 2025. Umieszczanie najnowszej produkcji Glaspera w kategorii płyt „filmowych, ilustracyjnych i elektronicznych” to oczywiście skrót myślowy, ale chciałem w ten sposób zasygnalizować pierwsze skojarzenia.
Dzieło funkcjonuje w pełni autonomicznie, bez filmu czy dodatkowych historii. Mimo to generuje sporo klimatów i pobudza wyobraźnię. Glasper zalicza się do grona prawdziwych geniuszy młodszego pokolenia. Jego muzyka nie zna stylistycznych granic, mimo że twórca wywodzi się ze środowiska hip-hopowego. Jawi się jako niezwykła mieszanina dobrego progresywnego jazzu w różnych odsłonach; z szacunkiem do przeszłości, ale również ogromną otwartością na to, co się stanie.
Brzmieniowo i harmonicznie „Let Go” blisko do dokonań nieodżałowanego Lyle’a Maysa, klawiszowca i pianisty, znanego ze stałej współpracy z Patem Methenym. W żadnym razie nie stanowi jednak kopii. To raczej współczesne spojrzenie na określoną wrażliwość. Słyszymy delikatnie, ale świadomie prowadzony fortepian, skąpany w ambientowych przestrzeniach, efektach i głosowych samplach oraz symbolicznych wokalach, które wydają się bardziej dopowiedzeniem niż podstawą dzieła. Całość uzupełnia sekcja jazzowa, z charakterystycznym dla Glaspera elektronicznym nerwem. Wszystko subtelnie i z klasą.
„Let Go” to album „jak dawniej”, a więc taki, który okazał się przygodą i został ze mną na dłużej. Towarzyszył mi najczęściej minionego lata i odtąd będzie mi się z kojarzył z tą najcieplejszą porą roku 2025. Początkowo zmienną, nawet nieobliczalną, później stabilną, słoneczną i ciepłą. Dokładnie taką, jak ta płyta. Jak dla mnie – jeden z najmocniejszych kandydatów do nagrody roku.

Etnobotanika
Kosmobotanika (2025)

Obok „Let Go” Roberta Glaspera pozycją najchętniej przeze mnie słuchaną latem 2025 był najnowszy, trzeci już album Etnobotaniki. Poznawałem go, gdy Sławosz Uznański-Wiśniewski czekał na start swojej rakiety. Niezły przypadek. Panowie stojący za tajemniczą nazwą proponują luźną, transującą formułę, skupioną wokół lekkiej elektroniki, wędrującej gdzieś pomiędzy IDM, deep house’em, muzyką samplowaną a teatrem kontrolowanego absurdu.
Tym razem treść koncentruje się na lotach w kosmos, ale ujęto ją w przeuroczej retro-futurystycznej optyce. Nie chodzi jedynie o brzmienia nawiązujące do przeszłości, ale również o sample głosowe, najczęściej pochodzące z filmów i audycji o tematyce związanej z lotami na Księżyc, eksperymentami z grawitacją i botaniką. Czasem wyrwane z kontekstu kolaże dźwiękowe tworzą zupełnie odrębną fabułę, zawierającą potężną dawkę humoru, przepuszczonego przez filtr postmodernistycznej ironii. Nie powiem, że godnej Monty Pythona, bo oni byli świetni w swoich czasach, ale chodzi o podobny rodzaj absurdu.
W wydaniu Etnobotaniki wszystko jest jednak bardziej zwarte i nowoczesne. Na przykład cytaty z bardzo poważnego filmu Piotra Szulkina „Wojna światów. Następne stulecie” (1981) mieszają się z piosenką „Najpiękniejsza w klasie” Majki Jeżowskiej. Gdzie indziej pojawiają się głosy z „Pana Kleksa w kosmosie” (1988) Krzysztofa Gradowskiego, urywki programów ze starej telewizji polskiej itp. Teoretycznie wszystko już było, ale formuła Etnobotaniki okazuje się niezwykle świeża, a przy tym pasuje do naszych czasów.
Warstwa muzyczna płynie z wdziękiem. Pasma są kontrolowane, a melodie ciekawe. Zresztą, nie chodzi tu tylko o humor, bo do materiału można też podejść na serio. Wczuć się w niego i odlecieć w kontrolowany sposób. Bardzo się cieszę, że płyta trafiła w moje ręce. Przyniosła sporo uśmiechu i pozwoliła odetchnąć.
Mocny kandydat na album roku.

Brzmienia mocniejsze

Lan/cet
Psilocybe semilanceata (2024)

Zaszłość z września 2024, która dotarła do mnie niedawno. Na pierwszy rzut oka i ucha wydaje się typowym produktem stworzonym dla koneserów substancji zawierających psylocybinę. Na szczęście nie tylko, co potwierdzam z perspektywy zwykłego słuchacza.
Tej muzyki można słuchać tak po prostu, choć nie będzie to najłatwiejsze. Skupiając się jednak na pozytywach, warto zwrócić uwagę na niesamowitą świadomość soniczną wykonawców. Panowie doskonale wiedzą, jak spektrum dźwięków powinno brzmieć, a jak nie powinno. Zdarza się, że w pozornie nieplanowany sposób ich suma wymyka się spod kontroli i na serio wychodzi z głośników. Większość materiału mieści się jednak w przepisowych ramach. O ile, rzecz jasna, lubicie brzmienie brutalnie naturalne i pozbawione cyzelowania.
Zespół proponuje coś pomiędzy rozmiękczonym psychodelią postrockiem i ciężkim graniem, przełamanym brzmieniami z okolic Ozric Tentacles, testem ucha z pogranicza Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia oraz… czymś jeszcze, mniej dla mnie uchwytnym. Należy więc docenić tę muzykę, otwartą niemal na wszystko, co pasuje do tematu i klimatu.
W podstawowym instrumentarium dominuje klasyczny skład, okraszony samplami z różnych źródeł, syntezatorami, efektami modulacyjnymi, pogłosami, delayami, a jak trzeba, to i vocoderem – szkoda, że cyfrowym. Na „Psilocybe semilanceata” erudycja miesza się z otwartością, utrzymując ową miksturę w naturalnych ramach. A przecież to muzyka bez ram.
Gdy mniej więcej w połowie zawartości pojawia się wokal, robi się na chwilę całkiem „normalnie”, chociaż nie jestem pewien tego określenia.
Mimo że płyta nie jest dla wszystkich, to pod względem artystycznym okazuje się jedną z najciekawszych, jakie w tym roku trafiły w moje ręce. Materiał ukazał się na CD, ale jest również dostępny w sieci. Można więc go sprawdzić przed zakupem wersji fizycznej.

Mantra
Dezinformacja (2024)

Zaszłość z roku 2024, ale zasługująca na uwagę. Mantra proponuje mocne i szybkie granie, oparte na punk rocku i trash metalu, ale z „normalnym” wokalem, który tylko czasem i symbolicznie próbuje znaczyć teren mocniejszym akcentem.
Zespół dysponuje sprawnym warsztatem, a kompozycje wykorzystują konkretne pomysły i struktury. Nie na zasadzie „tu się da solo, żeby było dłużej, a tu jeszcze jeden refren”. Mantra gra tyle, ile trzeba. Teksty zapewne podobałyby mi się bardziej, gdybym był młodszy o ćwierć wieku. Z obecnej perspektywy uznaję, że pasują do muzyki.
Na uwagę zasługuje oprawa graficzna – Mantra wiedziała, czym się wyróżnić. Album został wydany w prostym jewel casie, ale opakowano go dodatkowo w gazetę z fikcyjnymi informacjami. Dołączona książeczka jest gruba i bogata. Muzycy podpisali się na centralnym zdjęciu zespołu, a do pakietu dołączono plektron, czyli kostkę do gry na gitarze, z logiem kapeli, oraz dwie naklejki. Niby drobiazgi, ale robią robotę. To szczególnie istotne w czasach, w których słuchacze nie muszą kupować fizycznych nośników.
Jeżeli chodzi o wady „Dezinformacji”, to – po pierwsze – nie jestem pewien, czy ma szansę się spodobać każdemu z naszych czytelników. Lepiej to sprawdzić przed zakupem. No i materiał mógłby być o 20% krótszy. Wówczas zyskałby zwartą i jeszcze bardziej bojową energię.

 

Michał Dziadosz
Hi-Fi i Muzyka 09/2025

Przeczytaj także

10.12.2025

Muzyka

Pop-rock

Little Feat – Strike Up the Band

02.12.2025

Muzyka

Fonografia

Nowości i zaszłości, jesień 2025, cz. 2

30.11.2025

Muzyka

Pop-rock

The Flower Kings – Love

03.11.2025

Muzyka

Sylwetki / monografie

Mark Knopfler – zakochany w gitarach

03.11.2025

Muzyka

Pop-rock

Counting Crows – Butter Miracle, The Complete Sweets!

Legendarne sprzęty: gitary Gibsona, cz. 5

28.10.2025

Muzyka

Historie

Legendarne sprzęty: gitary Gibsona, cz. 5

Jadwiga Rappé – frapująca, rapująca

01.10.2025

Muzyka

Sylwetki / monografie

Jadwiga Rappé – frapująca, rapująca

16.09.2025

Muzyka

Fonografia

Nowości i zaszłości, wiosna 2025