Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

ModWright Instruments KWA 150

68-73 01 2011 01ModWright Instruments powstał w roku 2000 z inicjatywy Dana Wrighta, znanego na amerykańskiej scenie hi-fi z zamiłowania do techniki lampowej. Początkowo maleńki warsztat koncentrował się na tuningu sprzętu, szczególnie odtwarzaczy CD.

Wright współpracował z konstruktorem Alanem Kimmelem, z którym wspólnie opracowywali przeróbki stopni analogowych i zasilaczy. Wykorzystywali w nich lampy, najwyższej klasy kondensatory polipropylenowe oraz inne komponenty, które miały pomóc w uzyskaniu jakości brzmienia nieporównywalnej z fabryczną konfiguracją. Jednocześnie ich ceny nie powinny przyprawiać o zawrót głowy, by nie zniechęcać do eksperymentów kolejnych odbiorców.


Założenia udało się zrealizować i uznanie dla poczynań ModWrighta zaczęło się przekładać na coraz większą rozpoznawalność marki oraz wzrost przychodów firmy. Dobre opinie rozchodziły się pocztą pantoflową i po kilku latach działalności Dan mógł pomyśleć o rozszerzeniu działalności. Naturalną konsekwencją rozwoju wydawało się opracowanie własnych urządzeń, w których uda się wykorzystać doświadczenia zdobyte w trakcie poprawiania cudzych dokonań.
W 2003 roku logo ModWright Instruments pojawiło się na autorskiej elektronice serii 9.0. Pierwszym produktem był przedwzmacniacz liniowy SWL 9.0SE, do którego wkrótce opracowano ulepszony moduł zasilający z lampą prostowniczą 5AR4, dostępny w wersji Signature. Następnie pojawił się osobny stopień korekcyjny do gramofonu (SWP 9.0), a w końcu preamp SWLP 9.0SE z sekcją phono na pokładzie. SWL 9.0 spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem amerykańskiego rynku i wkrótce doczekał się wielu entuzjastycznych recenzji. Debiutująca firma otrzymała kredyt zaufania, dzięki czemu mogła odważniej spojrzeć w przyszłość.
Rok 2007 przyniósł kolejny przedwzmacniacz, tym razem zwiastujący pojawienie się serii referencyjnej. LS 36.5 był początkowo dostępny jako zamknięte urządzenie, ale z czasem powstał do niego zewnętrzny moduł zasilający PS 36.5. Opisywana dzisiaj końcówka mocy KWA 150 to już współczesność MWI. Pojawiła się w 2009 roku, ale podobnie jak wcześniejsze modele szybko zaskarbiła sobie sympatię melomanów i opiniotwórczych mediów. Coś rzeczywiście musiało w niej być, skoro rok później ModWright wprowadził bliźniaczą konstrukcję KWA 100 – skromniejszą, jeżeli chodzi o moc, ale bazującą na rozwiązaniach i filozofii projektowania przeniesionych z wyższego modelu.
Poza wymienionymi urządzeniami aktualny katalog amerykańskiej wytwórni zawiera tańszy preamp LS 100 oraz specjalną wersję końcówki mocy KWA 100SE, z 20 tranzystorami wyjściowymi, powiększonym filtrem zasilania oraz lepszymi kondensatorami i węglowymi opornikami. Nie jest to może oferta oszałamiająca, ale też nie o to specjalistycznym manufakturom chodzi. Tutaj bardziej od ilości urządzeń liczy się ich jakość, a z tego, co jest i tak można wybrać amplifikację dopasowaną do potrzeb systemu i możliwości finansowych nabywcy.

68-73 01 2011 02     68-73 01 2011 04

Budowa
Stereofoniczna końcówka mocy KWA 150 dysponuje mocą 150 W/8 Ω i 250 W/ /4 Ω. Wygląda prosto, ale konstrukcja mechaniczna nie budzi zastrzeżeń. Obudowa jest sztywna. Elementy dobrze do siebie przylegają, a całość wspiera się na trzech metalowych, ostro zakończonych nóżkach. Drgania podłoża ani zewnętrzne wibracje nie powinny zakłócać pracy obwodów elektronicznych.
Całość skręcono z aluminium, włączając w to płytę dolną i tylną ściankę. Ozdobny panel frontowy to płat precyzyjnie wyszczotkowanego metalu, który szczególnie korzystnie prezentuje się w świetle dziennym i halogenowym. Można wtedy docenić delikatnie chropowatą fakturę i naturalny kolor. Napisy wycięto tak precyzyjnie, że nawet z bliska nie dostrzeżemy poszarpanych krawędzi.
Górną płytę ponacinano siecią podłużnych otworów, które umożliwiają odprowadzanie ciepła z radiatorów, a równocześnie pełnią funkcję ozdobną. W środkowej części wyłania się duże logo, najlepiej widoczne pod kątem. Projekt plastyczny został gruntownie przemyślany. ModWrighta rysował ktoś z wyobraźnią i dużą wrażliwością na szczegóły. Z poddanego starannej obróbce aluminium emanuje dyskretny wdzięk. Światło załamuje się na szczotkowanej powierzchni, a logo, choć wyraźne, gustownie komponuje się z rzędami krótszych i dłuższych nacięć. Szkoda jedynie, że zdecydowano się na intensywne niebieskie podświetlenie. Ten detal można by dopracować, umożliwiając przyciemnienie lub wyłączenie iluminacji. Pomijając nawet względy estetyczne, daje się ona we znaki w czasie wieczornych odsłuchów. Kiedy w pomieszczeniu robi się ciemno, front wzmacniacza pozostaje wyraźnie widoczny. Gdyby pozostawiono tylko słabe podświetlenie górnej płyty, życie z ModWrightem układałoby się wzorcowo. Oczywiście, można poprosić serwisanta o ingerencję w urządzenie (dostęp do diod jest bardzo łatwy), ale lepiej byłoby, gdyby producent wyposażył wzmacniacz w jeszcze jeden przełącznik. Chcemy zrobić wrażenie na gościach – podświetlamy. Chcemy posłuchać przed zaśnięciem – gasimy. Jedno „pstryk” i problem z głowy.
Drugie zastrzeżenie dotyczy pracy włącznika sieciowego. Pomysł dużego przycisku, zdobionego stylizowanymi literami „MWI” jest dobry, ale wykonanie wymaga poprawy. Przycisk nie działa płynnie i często zatrzymuje się w połowie drogi. Trzeba go później mocno przydusić, by uzyskać oczekiwaną reakcję. Nie jest to przypadłość, która znacznie utrudnia użytkowanie, ale też na pewno go nie uprzyjemnia.
Poza tymi dwoma niedociągnięciami KWA 150 dobrze wygląda, jest precyzyjnie zmontowany, a jego instalacja w systemie nie nastręcza trudności. Na tylnej ściance znalazły się zarówno wejścia XLR, jak i RCA. Oba zrealizowano na gniazdach wysokiej jakości (Neutrik i rodowany Cardas), a ich szeroki rozstaw umożliwia bezkolizyjne podłączenie nawet grubych kabli. Wyjścia głośnikowe to solidne terminale Cardas CCRR S. Rdzeń wykonuje się z miedzi, a następnie srebrzyi pokrywa warstwą rodu. Izolacja to nylon z dodatkiem włókna węglowego. Chropowate nakrętki pozwalają na dociśnięcie widełek, ale należy zachować ostrożność, ponieważ trzpienie „plusa” i „minusa” znajdują się dość blisko siebie, przez co nietrudno o zwarcie. Zainstalujemy także wtyczki bananowe, ale gołe kable nie są akceptowane.
KWA 150 można przełączyć w tryb monobloku, uzyskując w ten sposób aż 450 W/8 Ω i 650 W/4 Ω. W takim przypadku jedną gałąź interkonektu podłączamy do lewego wejścia, a sygnał do kolumn odbieramy z umieszczonego centralnie wyjścia kolumnowego.
Gniazdo zasilania to standardowy wtyk IEC 16 A. Nie będzie kłopotu z wymianą fabrycznej sieciówki na coś bardziej wyrafinowanego. Przewidziano także odcięcie uziemienia, co może się okazać nieocenione, gdy w systemie pojawi się pętla masy. Opcja wydaje się zaskakująca w kontekście widocznego obok certyfikatu „CE”, który wymaga, by uziemienie było podłączone na stałe. Skoro jednak ją zamontowano, to należy się tylko cieszyć.
Ostatni przełącznik służy do zmiany biasu, czyli prądu spoczynkowego, z jakim pracują tranzystory mocy. Pozycje opisano jako „low” i „high”. W drugiej wzmacniacz bardzo mocno się nagrzewa, a kilka pierwszych watów oddaje w klasie A. W związku z tym nie można nic na nim stawiać. Gra także inaczej, ale o tym we wrażeniach odsłuchowych.

68-73 01 2011 03     68-73 01 2011 05

Wnętrze
Po zdjęciu pokrywy wyjaśnia się tajemnica spowijającej wzmacniacz iluminacji. Odpowiada za nią sześć niebieskich diod, umieszczonych tuż za panelem frontowym. Cztery podświetlają logo; dwie skierowano w przeciwną stronę, żeby ich blask przebijał przez otwory w górnej pokrywie. To jednak tylko kosmetyka. Ciekawsze rozwiązania znajdziemy, przyglądając się topologii układu.
Patrząc na zasilacz, nabieramy pewności, że czego jak czego, ale pary ModWrightowi nie zabraknie. Dwa trafa wielkości kuchennych rondelków przymocowano do sztywnych jak diabli aluminiowych kątowników. Ich lokalizacja względem siebie miała zapewne zmniejszyć wzajemny wpływ pól elektromagnetycznych generowanych przez pracujące toroidy. Trafa muszą być przy tym wysokiej klasy, bo pracują niemal bezgłośnie. Włączonego ModWrighta nie słychać, nawet gdy stoi ze zdjętą obudową, a my przykładamy ucho do zasilacza.
Każdy z toroidów zasila oddzielnie jeden kanał, przy czym do sekcji wejścia poprowadzono osobne odczepy. Każda końcówka korzysta z dwóch mostków prostowniczych – dla napięcia dodatniego i ujemnego – oraz czterech dużych kondensatorów elektrolitycznych Panasonica (63 V/22000 μF). Kondensatory są na 80 stopni, a w wysokim biasie końcówka mocno się nagrzewa. Dla świętego spokoju można było zastosować wersję na 105 stopni i wydłużyć ich żywotność, choć to zapewne podniosłoby koszty. Dla płytek ze stopniem wejściowym przewidziano odrębny zasilacz, wykonany w oparciu o diody prostownicze – znów osobno dla napięć dodatnich i ujemnych – oraz dodatkowe kondensatory – elektrolityczne i polipropylenowe, dla lepszego wytłumienia tętnień zasilania. Resztę układów filtrujących i regulujących napięcia porozmieszczano lokalnie, w bezpośrednim sąsiedztwie zasilanych elementów. Warto podkreślić, że zarówno na płytce wejściowej, jak i w końcówkach zastosowano najwyższej klasy kondensatory foliowe, sygnowane logiem MWI. Tak dobre komponenty można by spokojnie umieścić w ścieżce sygnałowej, ale producent zaznacza, że za wyjątkiem sprzęgającego transformatora na wejściu resztę elementów łączono już bezpośrednio, a więc bez użycia kondensatorów (direct coupled). Użycie tak dobrych kondensatorów jako blokujących wygląda na marnotrawstwo, ale w rzeczywistości to celowy zabieg, który pomógł uzyskać żądaną charakterystykę dźwięku. Komponenty w zasilaczu wpływają na brzmienie, więc jeżeli Wright i Kimmel zdecydowali się na tak niecodzienne rozwiązanie, to z pewnością nie było to ani dziełem przypadku, ani rozrzutności.
Teorię, że konstruując KWA 150 panowie dążyli do realizacji wcześniej zdefiniowanego modelu brzmienia, potwierdzałoby także odsunięcie bloku filtrującego od tranzystorów stopnia końcowego. Książkowo powinien się znaleźć jak najbliżej nich, by zapewnić błyskawiczną realizację dostaw energii w impulsie. Tutaj postanowiono nieco odejść od zaleceń, mimo że duża obudowa zmieściłaby zapewne układ o innej architekturze.
Ostatnim, ale chyba kluczowym elementem potwierdzającym to przypuszczenie, jest zastosowanie transformatora sprzęgającego na wejściu. Zamknięty w metalowej obudowie komponent produkuje znana w branży firma Lundahl. Dopiero po przejściu przez niego następuje właściwe wzmocnienie sygnału. Przypuszczalnie jest to element krytyczny w całym torze sygnałowym i został wykorzystany do określonego kształtowania brzmienia. Trafo dokonuje desymetryzacji sygnałów wejściowych oraz izoluje wzmacniacz od napięcia stałego, które mogłoby się pojawić na wejściu np. w wyniku usterki odtwarzacza CD lub przedwzmacniacza. Alternatywą byłoby użycie układu desymetryzującego i dobrej jakości kondensatora, ale mimo że MWI sam te drugie produkuje, zdecydowano się na transformator. O przypadku raczej nie może być mowy. Trzecią korzyścią płynącą ze stosowania transformatora wejściowego jest oddzielenie masy preampu lub źródła od masy wzmacniacza.
Specyfika konstrukcji wymaga, by unikać równoczesnego podłączania kabli RCA i XLR. Pin nr 1 w gnieździe XLR, który normalnie jest masą, w tym przypadku pozostał nieobsadzony. Podobnie obudowa RCA nie została podpięta do masy, chociaż zwykle tak się robi. Zamiast tego oba wejścia podłączono do tego samego uzwojenia pierwotnego transformatora i nie powinny być używane razem, żeby nie powodować nieprzewidzianych interferencji.
Z płytki stopnia wejściowego sygnał trafia do końcówki mocy. Zbudowano ją w oparciu o sześć par bipolarnych, wysokoprądowych tranzystorów Sankena, przypuszczalnie SAP15. Łącznie w całym wzmacniaczu pracują 24 takie elementy. Na tym polega podstawowa różnica pomiędzy KWA 150 a KWA 100/KWA 100SE. Tam stosuje się, odpowiednio, 12 albo 20 tranzystorów MOS-FET.
Sankeny połączono równolegle – jedna gałąź sześciu tranzystorów zajmuje się wzmocnieniem dodatniej, a druga – ujemnej połówki sygnału. Połączenie równoległe pozwala uzyskać wysoką moc i obniżyć impedancję wyjściową (zwiększyć współczynnik tłumienia).
Tranzystory przymocowano bezpośrednio do niebieskich radiatorów. To firmowy kolor ModWright Instruments, ale dla efektywnego odprowadzania ciepła istotny jest tylko jego ciemny odcień. Radiatory połączono z trzech elementów. Prawdopodobnie chodziło o utrzymanie kosztów na racjonalnym poziomie. Duże, jednolite odlewy kosztują krocie ze względu na niestandardowe wymiary, więc znakomita większość producentów buduje radiatory z mniejszych części. Nie jest to rozwiązanie najlepsze, ale na pewno korzystne w relacji jakości do ceny.
Wzmacniacz wyposażono w zabezpieczenie termiczne. Jeżeli temperatura radiatora przekroczy punkt krytyczny, zasilanie zostanie odcięte i nie będzie go można przywrócić, dopóki urządzenie nie ostygnie. To sposób prosty, a jednocześnie audiofilski, ponieważ znajduje się poza ścieżką sygnałową. Ponadto uwzględniono układ miękkiego startu (widać go na płytce zasilacza dla układów wejściowych), zabezpieczenie przed zwarciem i napięciem stałym na wyjściu. One również mają działać bez wpływu na jakość przesyłanego sygnału.
KWA 150 jest purystyczną konstrukcją pracującą bez globalnej pętli sprzężenia zwrotnego. Oczywiście stosuje się sprzężenia lokalne. Producent podkreśla, że układ zmontowano na płytkach ze ścieżkami z czystej miedzi dla uzyskania jak najniższej impedancji, a ścieżkę sygnałową zmontowano z podzespołów przeznaczonych do zastosowań audio. Dan Wright twierdzi, że projektując tę końcówkę, chciał połączyć lampowy czar i muzykalność z wydajnością i komfortem użytkowania wzmacniacza solid-state. Trzeba powiedzieć, że układ nie oszałamia puryzmem rozlokowania elementów i z dokonaniami Dartzeela raczej trudno byłoby go pomylić. Duża ilość połączeń kablowych przywodzi na myśl montaż przestrzenny ze świata lamp, a poza wyróżniającymi się kondensatorami MWI oraz kilkoma Wimami nie znajdziemy tutaj butikowych komponentów. Bałaganjest jednak tak samo pozorny, jak oszczędności. Całość jest bowiem przemyślana w każdym szczególe i konsekwentna, dzięki czemu może mile zaskoczyć w odsłuchu.

Reklama

Konfiguracja
Trzeba się dobrze postarać, żeby na bazie ModWrighta zbudować nieudany system. Przygotowanie testu zajęło blisko pół roku. Przez ten czas KWA 150 grał z trzema przedwzmacniaczami i źródłami i kilkoma kompletami kabli i zawsze oferował rasowy, muzykalny dźwięk. Zmieniała się charakterystyka, zmieniała klasa i poziom szczegółowości, ale nawet przez ułamek sekundy brzmienie nie sprawiło zawodu. Więcej – wciągało, potrafiło zrobić wrażenie, ale przede wszystkim ujmowało bezpretensjonalną muzykalnością i dawało radość ze słuchania. Dopiero sterowana bezpośrednio z odtwarzacza CD końcówka straciła werwę i blask. To połączenie sugeruję wykluczyć na wstępie – nie będziecie zadowoleni. Poza tym zawsze grało co najmniej bardzo dobrze.
Naturalnym towarzystwem KWA 150 będzie firmowy przedwzmacniacz LS 36.5. Osoby lubiące sprawdzać różne zestawienia mogą się także pokusić o eksperymenty z innymi urządzeniami. BAT VK-3iX pasował jak ulał. W porównaniu z firmowym zestawieniem grał „wynioślej”, bardziej eterycznie, lepiej doświetlając górę, ale za to LS 36.5 oferował więcej cielesności w średnicy. Audio Research Ref 5 sprawił, że system osiągnął poziom wybitny. Jego jedyną wadą jest wysoka cena, ale można próbować z poprzednikiem – Ref 3. Będzie trochę gorzej, za to znacznie taniej, bo pojawia się czasami na rynku wtórnym.
Wydaje się, że ModWright zagra z każdym preampem wysokiej klasy. Najlepiej lampowym, bo tranzystorowe czy, co gorsza, pasywne to już nie to. W kwestii źródła i kabli – również duża dowolność. Wystarczy nie zaniżać poziomu. Górnego ograniczenia nie ma. Z Accuphasem DP-500 ModWright grał już bardzo dobrze, z DP-600 – lepiej, a z dCS-em Puccini – fantastycznie i z nim słuchałem go przez lwią część testu. Przejrzystość i gładkość brytyjskiego źródła pasowały tu po prostu idealnie. Z takim dźwiękiem chciałoby się zostać i jeżeli coś zmieniać, to tylko akcesoria. W każdej konfiguracji elektronikę spinały łączówki Tara Labs The Zero Edge oraz głośnikowy Fadel Coherence.
Warto pamiętać, że niezależnie od tego, czy sygnał trafi na wejście RCA czy XLR, zostanie na chwilę zdesymetryzowany na wejściowym transformatorze. Nie znaczy to bynajmniej, że nie ma sensu używać XLR-ów. Zbalansowane kable pozwalają obniżyć poziom szumu, co może się przełożyć na lepsze odwzorowanie detali. Z drugiej strony nie ma potrzeby obstawać przy twierdzeniu, że jeśli podłączać ModWrighta, to tylko XLR-ami. Można, ale nie jest to konieczne. Jeżeli chcemy korzystać z w pełni zbalansowanej konfiguracji, dokupujemy drugi KWA 150 i przełączamy oba w tryb monobloku. W takim przypadku używanie RCA rzeczywiście nie będzie wskazane.
ModWright grał z monitorami Harbeth Super HL-5, ustawionymi na dedykowanych stendach StandArt SHL5. Prąd filtrował kondycjoner Gigawatt PC-4, podłączony do gniazdka sieciówką LS-1, wyposażoną w 32-amperowy wtyk PowerCon. Pozostałe kable zasilające to również Gigawatt LS-1 oraz Harminix Studio Master II. Końcówka i odtwarzacz stały na stoliku Sroka, a przedwzmacniacz i kondycjoner – na StandArcie STO MkII. System pracował w 16,5-metrowym pokoju, delikatnie zaadaptowanym akustycznie.

Wrażenia odsłuchowe
Zmiana prądu spoczynkowego tranzystorów mocy zauważalnie wpływa na brzmienie. Co ciekawe, przełączenie biasu na wysoki wcale nie przynosi jednoznacznej poprawy. Dźwięk robi się bardziej kremowy i gęstnieje, ale zaokrągla się przy tym, ociepla i zaczyna rozmywać kontury. Staje się mniej przejrzysty, jakby niedookreślony. Zaczyna brakować otwartości i po kilkunastu minutach zaczynamy odczuwać przesłodzenie. Ingerencja w wysokie tony jest stanowcza i w neutralnym systemie zaczyna ich brakować. Dopiero z ostrymi kolumnami, które wymagają utemperowania, taka korekta może przywrócić równowagę.
Przełączenie na niski bias sprawia, że bolączki mijają jak ręką odjął. Dźwięk się otwiera, nie tracąc namacalności. Wzmacniacz zużywa przy tym znacznie mniej prądu. Same plusy.
Słuchanie KWA 150 to nieustająca przyjemność. Niezmącona ukrytą skazą barwy czy doskwierającym na dłuższą metę manieryzmem. Niezmącona nawet obawą przed wysokim rachunkiem za prąd, bo przecież niski bias gra neutralniej. I wreszcie wzmocniona świadomością, że oto dokonaliśmy wyjątkowo korzystnego zakupu. Bo taki dźwięk za niecałe 20 kzł to nawet nie atrakcyjna oferta. To prawdziwa okazja. Kiedy z kolumn płynęły „Wariacje Goldbergowskie” w wykonaniu Goulda, przeszło mi nawet przez głowę, że gdyby na ściance przedniej ModWrighta pojawiło się logo Mark Levinsona czy Krella, fani tych marek byliby zachwyceni. Wzmacniacz kosztowałby wtedy dwa, trzy razy więcej, ale i tak zostałby uznany za produkt przełomowy i milowy kamień w rozwoju wytwórni. Tymczasem ModWright to wytwórca niszowy, popularny tak samo jak serbski Karan albo jeszcze mniej, więc nie może sobie pozwolić na ekstrawagancje cenowe. To wymarzona sytuacja dla odbiorców, którzy nie mają ochoty płacić premii za znaną markę. Trzeba się jedynie pogodzić z faktem, że nie zrobimy wrażenia na znajomych ani nie zafundujemy sobie świadomości posiadania luksusowego produktu opatrzonego „brandem” z górnej półki. Ale jeżeli zależy nam tylkona dźwięku – trudno trafić lepiej. ModWright to kwintesencja muzykalnego i szczegółowego grania w niezwykle atrakcyjnej cenie. Pewnego dnia ludzie się zorientują i firma zyska należną popularność. W konsekwencji podniesie ceny i będzie już to robić z każdą nową serią. Dopóki się to nie stało, warto się nią zainteresować. Na bazie końcówki mocy za 20 tysięcy można bowiem zbudować high-endowy system, który jak równy z równym stanie w szranki z audiofilskimi gwiazdami.
KWA 150 prezentuje barwę naturalnie ciepłą, a przestrzeń obszerną, z rozmachem, ale bez pompowania. Fortepianu z „Summer” Winstona chyba nie zapomnę. Z Audio Researchem Ref 5 scena stała się holograficzna i bardzo, bardzo prawdziwa. Podobną wierność odwzorowania szczegółów, trwanie wybrzmień, wykończenie każdego szmeru czy odwzorowanie pogłosów nie zawsze spotykamy w konstrukcjach z cenowej stratosfery. A tu końcówka tańsza od każdej hi-endowej integry wyczynia prawdziwe cuda. Fakt, że w zacnym towarzystwie, ale nawet biorąc poprawkę na Ref 5, klasa tej prezentacji zdecydowanie przekraczała oczekiwania. ModWright współtworzył dźwięk wybitny, a kosztował mniej niż jeden interkonekt Tary. Szaleństwo!
Kolejne albumy ujawniały ten sam naturalnie ciepły charakter, który jednak nigdy nie przechodził w utratę detali. Czy był to mocny Rammstein, przejmująco melancholijna Billie Holiday czy podkręcony Chris Jones ze Stockfischa, dźwięk pozostawał bez kokieterii atrakcyjny i zrównoważony – wsparty na mocnym basie, doświetlony otwartą górą i nasycony w średnicy pasma. Wzmacniacz błyskawicznie wyłapywał specyfikę każdego repertuaru i odtwarzał go tak, że nie chciało się przestać słuchać. Delikatny wzrost temperatury barw służył jedynie podkreśleniu przyjemności odkrywania muzyki i pozwalał czerpać radość także ze słabszych realizacji. KWA 150 potrafi być skrupulatny, kiedy przychodzi do odwzorowania niuansów z audiofilskich perełek, ale też wyrozumiały, gdy muzyka jest piękna, ale realizacja już niekoniecznie. Trudno przecenić tę zdolność. Sztuką jest bowiem skonstruować sprzęt, dzięki któremu docenimy perfekcyjne nagranie. Ale jeszcze większą sztuką – przekazać mu umiejętność znalezienia się w każdej sytuacji. Wrightowi i Kimmelowi się to udało. Ich wzmacniacz potrafi być księgowym i luzakiem, a najlepsze, że w obu rolach wypada oskarowo. Nie wdzięczy się przy tym, nie koloryzuje, tylko skupia na prezentacji muzyki. A że niektóre albumy wyciąga za uszy? Tym lepiej dla melomanów.
Duże wrażenie robi swoboda, z jaką przestrzeń wypełnia pokój. Granice wyznaczone fizyczną obecnością głośników nie mają znaczenia. Scena z łatwością wykracza poza ich boczne ścianki i sięga mocno w głąb, nawet na dalekich planach zachowując szerokość z pierwszego planu. Ten rozmach potrafi zaskoczyć; KWA 150 gra jak pierwszoligowy piec zza oceanu. Dźwiękiem dużym, równomiernie rozlokowanym w przestrzeni i co nie mniej istotne – precyzyjnie zdefiniowanym. Lokalizacja źródeł pozornych nie budzi wątpliwości. ModWright bez trudu panuje nawet nad złożonymi pasażami i nie pozwala sobie, by instrumenty zostały zastąpione dryfującymi w powietrzu plamami. Dźwięk żyje, tętni i pulsuje, ale nie wymyka się spod kontroli. Przedstawieniu towarzyszy atmosfera relaksu, ale nie oznacza to poluzowania dyscypliny.
Do podobnych wniosków prowadzi obserwacja basu. Jest obfity, raczej miękki i schodzi tak nisko, jak potrzeba. Nie ma znaczenia, czy pochodzi z instrumentów akustycznych, czy został wygenerowany elektronicznie i zapuszcza się na dno Rowu Mariańskiego. Pozostaje stabilny i zawsze ma trochę zapasu na kulminacyjne uderzenie. Udałoby się pewnie wskazać urządzenia trzymające bas żelazną ręką i odmierzające go z precyzją światowej sławy chirurga. Ale czy to coś zmienia? ModWright nie startuje w zawodach, a bas nie stanowi odrębnej dyscypliny. Bardziej od bicia rekordów liczy się zespolenie z resztą pasma. W czasie słuchania KWA 150 nawet przez myśl Wam nie przejdzie, że basu brakuje. Nie zgłosicie też raczej zastrzeżeń do tempa, chociaż są szybsze wzmacniacze. KWA 150 panuje nad rytmem, gra równo i z nikim nie musi się ścigać. Wystarczy posłuchać go przez kilka godzin, by zrozumieć, że wszystko jest dobrze tak jak jest.
To tak, jak porównywać podróż „wystarczająco mocną” limuzyną z autem typowo sportowym. To drugie reaguje ostrzej, jest sztywne i pewniej wchodzi w zakręty. Ale po kilkuset kilometrach tak Was wytrzęsie i ogłuszy, że zamarzycie o powrocie do limuzyny. Nawet jeśli pod względem osiągów wypada gorzej, zapewnia nieporównywalny komfort i przyjemność z jazdy.

Konkluzja
Taką właśnie limuzyną, z benzynową V8 pod maską, jest ModWright. Nie nudzi się – po pół roku słuchania wiem to na pewno. Zachęca do poznawania nowych tras, to znaczy płyt i zdobywa wysokie noty w kategoriach audiofilskich. Łączy precyzję z muzykalnością, rozmach z powściągliwością; słodycz i przejrzystość. Pewnie można to zrobić jeszcze lepiej, ale nie słyszałem dotąd równie dobrego wzmacniacza za 20 tysięcy. KWA 150 wprawia mnie w dobry nastrój i wcale nie chcę się z nim rozstawać. To prawdziwa okazja i podstawa udanego systemu klasy hi-end.
Mocna rekomendacja.

68-73 01 2011 T

Autor: Jacek Kłos
Konsultacja techniczna: Piotr Górzyński
Źródło: HFiM 01/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF