Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

Yamaha R-S700

18-20 03 2011 01Od pewnego czasu wśród młodych ludzi zapanowała moda na gloryfikowanie Peerelu. Z łezką w oku wymieniane są tanie wczasy, darmowa służba zdrowia oraz powszechny dobrobyt w czasach, gdy Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatnio.

Czy aby na pewno? Żeby kupić kawałek podłej kiełbasiny, trzeba było stać w niekończących się kolejkach, a zapewnienie rytmicznych dostaw papieru toaletowego było dla socjalistycznej gospodarki największym wyzwaniem. W salonach RTV stały jakieś przykurzone radyjka, których poziom techniczny był „50 lat za Murzynami”, a tylko od wielkiego dzwonu można było trafić na nowoczesne urządzenia Diory, Unitry czy Radmora.

Sceny, jakie rozgrywały się pod sklepami w dniach dostawy, przypominały bitwę pod Termopilami. Jedynym oknem na świat były sklepy dewizowe, ale ze względu na ceny było to lizanie cukierka przez szybę.
Takie właśnie naszły mnie wspominki, gdy wyjąłem z pudła nowy amplituner Yamahy z serii S. Po spektakularnym sukcesie wzmacniacza A-S2000, utrzymanego w stylistyce lat 70. XX wieku, Japończycy poszli za ciosem i stworzyli całą linię oldskulowych urządzeń. W jej skład wchodzi kilka wzmacniaczy, odtwarzaczy CD i trzy amplitunery stereo. Do testów trafił najwyższy model – R-S700.

Budowa
Pod wzglądem wizualnym nowy amplituner Yamahy doskonale pasuje do wyobrażeń młodych melomanów na temat sprzętu sprzed czterech dekad. Pokaźny front z półcentymetrowego plastra aluminium ozdabia mnóstwo manipulatorów. Tym, co urządzeniu Yamahy nadaje niepowtarzalny urok, są prostokątne uchwyty regulatorów barwy dźwięku, balansu oraz pokrętła płynnego loudnessu. O audiofilskim charakterze świadczą natomiast dwa przyciski „pure direct”, jeden dla odtwarzacza CD, drugi dla pozostałych źródeł.
Jeśli przednia ścianka nieco trąci myszką, to na widok zaplecza 40 lat temu połowa nastolatków dostałaby zawału. Cztery wejścia liniowe (w tym gramofonowe) i dwie pętle magnetofonowe z powodzeniem zaspokoją potrzeby rozbudowanego zestawu stereo. Co prawda prostokątne wielopinowe gniazdo cyfrowe w epoce środkowego Gierka byłoby czystą abstrakcją, ale współcześni melomani mogą wpiąć w nie dedykowaną stację dokującą iPoda. Kompozytowe wyjście wideo umożliwia oglądanie na monitorze filmów odtwarzanych z urządzeń firmy Apple.
Listę gniazd uzupełnia spięty zworkami pre/power oraz wyjście do aktywnego subwoofera. Podwójne złocone terminale głośnikowe przyjmują gołe kable i banany. Na pochwałę zasługuje solidne złącze zasilające.
Wnętrze R-S700 jako żywo przypomina urządzenia z lat 70. Podstawę zasilania stanowi potężny transformator rdzeniowy, uzupełniony dwoma elektrolitami Yamahy po 12 tys. μF każdy. Na oddzielnej płytce znajduje się drugi zasilacz umożliwiający wybudzenie urządzenia z trybu czuwania. Poszczególne układy, np. regulację głośności i barwy dźwięku, umieszczono na osobnych modułach, przez co wnętrze obudowy przypomina małą hurtownię kabli. Na dużej płytce, odizolowanej od podłoża antywibracyjną kratownicą, zmontowano dwie końcówki mocy. Rozdzielono je pomiędzy dwa odlewane radiatory, dające złudzenie konstrukcji dual mono.
Dołączony pilot w czasach realnego socjalizmu z pewnością padłby ofiarą wnikliwych badań kontrwywiadu. Stopień jego skomplikowania sugeruje, że można nim obsługiwać urządzenia kilkuset firm z całego świata. Stosowne kody, wydrukowane w instrukcji obsługi, mogłyby zostać wzięte za jakiś tajemniczy szyfr, a ramocik Yamahy – za skomplikowane urządzenie szpiegowskie dostarczone przez rewizjonistów z Bonn.

18-20 03 2011 03     18-20 03 2011 05

Wrażenia odsłuchowe
Przystępując do testów, wzułem spraną koszulkę z podobizną Hendriksa, pamiętającą czasy, gdy byłem o jakieś 20 kilo młodszy, i odruchowo sięgnąłem w stronę płyt z klasyką. Natychmiast mnie przystopowało. Kto wtedy słuchał pitolenia na skrzypkach?! W grę wchodził tylko rock i to najlepiej z epoki.
Pierwsze takty „Breathe” z „Ciemnej strony Księżyca” Pink Floydów dokładnie odpowiadały wyobrażeniu oldskulowego brzmienia. Amplituner Yamahy zagrał miękko, analogowo, z niezbyt mocnym, ale nisko schodzącym basem. Scena dźwiękowa nie imponowała szerokością, za to pod względem głębokości i lokalizacji instrumentów stanowiła czołówkę w tym segmencie cenowym. Jedno mi się tylko nie zgadzało. Pamiętam wrażenie, jakie wywarła na mnie „Ciemna strona...” słuchana wieki temu na winylu. W brzmieniu Yamahy nie mogłem odnaleźć nawet odrobiny tamtego klimatu. Pomimo całej sympatii do „siedemsetki” saksofon Dicka Parry’ego w „Us and Them” wywołał zaledwie delikatne ciarki.
Jako druga na tackę odtwarzacza trafiła kolejna epokowa pozycja lat 70., czyli „Oxygene” Jeana Michela Jarre’a. I zgodnie z tytułem scena została dotleniona kaskadą elektronicznych bąbelków. Najbardziej znany kawałek – „Part IV” – zabrzmiał bardzo efektownie. Scena wyjechała przed linię kolumn i znacznie zyskała na szerokości, a gdyby nie kiczowate „pśśśśś” latające pomiędzy kanałami, przypadkowy słuchacz nie dałby nagraniu więcej niż kilka lat.
Z wahaniem sięgnąłem po następne dzieło z początków panowania tow. Gierka – „Thick as a Brick” Jethro Tull. Mając w pamięci koszmarną realizację większości płyt zespołu spodziewałem się masakry i... przeżyłem miłe zaskoczenie. Potężne masy świeżego powietrza, które wdarły się między kolumny przy odtwarzaniu „Oxygene”, pozostały na swoim miejscu. Wysokie tony były bez zarzutu; blachy brzmiały z metalowym połyskiem, zaś wokal Iana Andersona był odpowiednio czytelny.
Po kilku kolejnych pomnikowych dziełach złotej dekady rocka przyszła pora na wydawnictwo współczesne. Było nim „Guitar Heaven” Carlosa Santany. Znalazły się tam takie rockowe hiciory, jak „Whole Lotta Love”, „Smoke on the Water” czy „Little Wing”, zaaranżowane przez latynoskiego gitarzystę. Choć niektóre interpretacje mogą budzić mieszane uczucia, to klasyczne numery w nowych wersjach zabrzmiały wybornie.

Reklama

Konkluzja
Całe szczęście, że Yamaha dopiero teraz wypuściła amplituner R-S700. Gdybym trafił na niego w dewizowym sklepie w połowie lat 70., to pewnie następne 35 lat musiałbym przeżyć z jedną nerką.

18-20 03 2011 T

Autor: Mariusz Zwoliński
Źródło: HFiM 03/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF