Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

Accuphase E-560

32-38 09 2011 01Mimo że najskromniejszy pod względem mocy, E-560 stoi na szczycie hierarchii zintegrowanych wzmacniaczy Accuphase’a. Wyższe poziomy katalogu zajmują preampy i końcówki mocy. Te ostatnie, podobnie jak integry, podzielono na pracujące w klasie A i AB.

W zależności od zapatrywań odbiorcy i zapotrzebowania na moc (jego lub jego kolumn), można wybrać piec mocny jak tur albo znacznie słabszy, ale – przynajmniej teoretycznie – najbardziej wyrafinowany. Podobne rozróżnienie japońska firma stosuje w segmencie konstrukcji zintegrowanych, na piedestale stawiając model o mocy zaledwie 30 W.
E-560 pojawił się w katalogu w ubiegłym roku i zastąpił dostępny wcześniej E-550. Obie konstrukcje różnią się detalami, ale ogólna koncepcja pozostała nie zmieniona. E-560 to nadal 30-watowy piecyk, pracujący w klasie A. Tak z zewnątrz, jak i pod względem wyposażenia i budowy oba wzmacniacze więcej łączy niż dzieli.


Wyglądają tak samo. Przynajmniej na pierwszy rzut oka, bo po chwili dostrzegamy, że pod świecącym na zielono znakiem Accuphase’a umieszczono dodatkowy element. To niewielki wyświetlacz, komunikujący czerwonymi cyferkami, jak głośno słuchamy. Zero odpowiada pełnemu wysterowaniu; 95 to minimum. Wzmocnienie regulujemy z krokiem co 0,5 dB. Daje to płynność większą niż potrzebna w praktyce. Ludzkie ucho nie jest w stanie rozróżnić tak minimalnych różnic. Dopiero przeskoczenie kilku pozycji powoduje, że zauważamy przyrost bądź zmniejszenie natężenia dźwięku. Ważne, że proces nie przebiega zbyt szybko i można dokładnie ustawić odpowiadającą nam wartość także na samym początku skali. Dzięki temu wzmacniacz świetnie się nadaje do wieczornych odsłuchów, kiedy potrzebujemy dokładnej regulacji bardzo cichych sygnałów.
Poza wskaźnikiem E-560 jest bliźniaczo podobny do poprzednika. Dwie duże gałki to wybierak źródeł i regulacja siły głosu. Gniazdo słuchawkowe współpracuje z przeznaczonym tylko dla niego przedwzmacniaczem. Accuphase podaje, że działa on poprawnie ze słuchawkami o impedancji nominalnej 8-100 omów.
Znak rozpoznawczy Accuphase’a stanowią podświetlone żarówkami wychyłowe wskaźniki. Pokazują moc chwilowo oddawaną przez wzmacniacz – w decybelach w odniesieniu do poziomu maksymalnego oraz w procentach. Przewidziano możliwość ich wyłączenia. Gaśnie wtedy podświetlenie, a wskazówki kładą się w pozycji minimalnej i nieruchomieją.
Na froncie widać jeszcze przycisk szybkiego wyciszenia o 20 dB oraz mały guzik otwierający klapkę. Ukryto pod nią rzadziej używane funkcje, jak regulacja barwy tonu i balansu, mono, wspomniany wyłącznik wskaźników, odcięcie sygnału od głośników (na czas, kiedy korzystamy ze słuchawek), odwracacz fazy, a nawet loudness, zwany tutaj „Comp” (może się przydać, gdy słuchamy bardzo cicho, ale to już kwestia indywidualnych upodobań). Wyposażenie można by uznać za kompletne, gdyby E-560 miał wbudowany przedwzmacniacz gramofonowy. Wersja podstawowa tym dodatkiem nas nie rozpieszcza, można go jednak dokupić jako osobną kartę i samemu zainstalować. Montaż jest dziecinnie prosty. Wystarczy odkręcić dwie śruby mocujące zaślepkę, a w jej miejsce wstawić rozszerzenie. Nie trzeba nawet zdejmować górnej pokrywy wzmacniacza. Cała operacja zajmuje kilka minut i nie wymaga technicznego przygotowania. Moduł AD-20 przystosowano do współpracy z wkładkami MM i MC. Wyboru dokonujemy przyciskiem MM/MC schowanym, a jakże, pod klapką. Phono stage umożliwia dopasowanie impedancji do posiadanego przetwornika, a także włączenie filtra subsonicznego, odcinającego częstotliwości poniżej 25 Hz ze spadkiem 12 dB/okt. Oprócz niego E-560 można wyposażyć w kartę konwertera c/a DAC-20 albo dodać jeszcze jedno wejście liniowe za pomocą karty Line 10.
Ta ostatnia znajdzie chyba najmniej nabywców. Wzmacniacz jest wyposażony w pięć wejść RCA, dwa XLR-y oraz pętlę magnetofonową. Razem można podłączyć aż osiem źródeł liniowych. Trudno sobie wyobrazić, żeby ktoś korzystał z dziewięciu, chociaż audiofile miewają ciekawe pomysły.

32-38 09 2011 02     32-38 09 2011 07

Oprócz wymienionych E-560 oferuje bezpośrednie wejście do końcówki mocy/ wyjście z przedwzmacniacza (main in/pre out) oraz dwa komplety terminali głośnikowych. Te stanowią autorski projekt Accuphase’a. Są wygodne w użyciu i można do nich podłączyć każdy typ końcówek, jak również gołe kable. Szkoda jedynie, że w bezpośrednim sąsiedztwie znalazło się gniazdo zasilające. Trzeba się gimnastykować, żeby odsunąć kable głośnikowe na bezpieczną odległość.
Sieciówka to standardowe gniazdo IEC. Prawidłową polaryzację zasilania uzyskamy, podłączając żyłę gorącą do jej prawego styku (patrząc od frontu). Klasa wykonania to tradycyjny atut Accuphase’a. E-560 jako topowa integra nie mogła stanowić wyjątku. Widać dbałość o każdy szczegół, dopasowanie elementów, ostateczny szlif. Obsługa to czysta przyjemność. Gałka głośności działa płynnie i z przyjemnym oporem, a wybierak pewnie zatrzymuje się na pozycjach odpowiadających kolejnym źródłom.
Obudowę skręcono ze stalowych blach i wykończono panelem z aluminium barwionego na charakterystyczny dla japońskiej marki odcień złota. Sztywną konstrukcję spina górna pokrywa, pokryta substancją tłumiącą, a zdobią dwa lakierowane aluminiowe boczki. Miejsca, w których stykają się z chassis, wyłożono krążkami z ubitego filcu. Nawet tam, gdzie prawie nikt nie zagląda, firma dba o detale.
Konstrukcja wspiera się na podklejanych filcem nóżkach ze stali o dużej zawartości węgla. Izolują od drgań, zapewniając przy okazji właściwy dystans od podłoża. Płyty dolna i górna są ażurowe, żeby umożliwić swobodny przepływ powietrza. Stopień końcowy pracuje w klasie A, więc dość mocno się nagrzewa. Należy mu zapewnić chłodzenie i nie zatykać otworów wentylacyjnych. Wykluczone jest stawianie na E-560 innych elementów systemu. Wzmacniacz nie powinien też wylądować na miękkim dywanie. Zamknięta szafka również nie będzie dobrym pomysłem. Najlepiej zarezerwować osobną półkę na stoliku. Urządzenie będzie pracowało w komfortowych warunkach, a przy okazji cieszyło oko.

32-38 09 2011 03     32-38 09 2011 05

W porównaniu z E-550 zaszły zmiany w architekturze wnętrza. Transformator i blok zasilania widać teraz od razu po zdjęciu górnej pokrywy; nie trzeba przewracać wzmacniacza na plecy. Pryncypia się jednak nie zmieniły. Trafo dostarczyła firma Bando. Jak na znikomą moc wzmacniacza jest ono bardzo duże (około 450 VA), ale należy pamiętać, że sprawność energetyczna klasy A sięga w porywach 25 %; większość pobieranej energii jest tu zamieniana w ciepło. Prąd filtrują dwa potężne elektrolity o pojemności 40000 μF, sygnowane logiem Accuphase’a. Nic się nie zmieniło w stopniu prądowym. Identycznie jak poprzednio powstał w oparciu o MOSFET-y Toshiby. Trzy komplementarne pary tranzystorów J618/K3497 równolegle wzmacniają sygnał w kanale i są sumowane na wyjściu. Celem rozwiązania jest zwiększenie odstępu sygnału od szumu. W firmowej terminologii nosi ono nazwę MCS+ (Multiple Circuit Summing) i chętnie się je stosuje.
Tranzystory przykręcono do aluminiowych radiatorów w formie jednolitych odlewów. Kontakt jest lepszy dzięki cienkiej warstwie taśmy termoprzewodzącej. Sygnał do terminali przesyłają odcinki kabli z miedzi beztlenowej. Wyjście dociążają cewki, poprawiające stabilność układu w zakresie wysokich częstotliwości i w przypadku pracy z obciążeniem o charakterze silnie pojemnościowym.
Nowością w E-550 był autorski układ regulacji głośności AAVA (Accuphase Analog Vari-gain Amplifier). Wcześniej zarezerwowany dla przedwzmacniaczy, po raz pierwszy trafił do wzmacniacza zintegrowanego. Następnie poddano go miniaturyzacji i obecnie – zamiast trzech – zajmuje jedną płytkę drukowaną. Pokrętło na froncie jest połączone z napędzanym silniczkiem potencjometrem Alpsa. Ten nie znajduje się w ścieżce sygnałowej, a tylko porusza gałką i przekazuje informację o jej położeniu do procesora. Z kolei ten ją odczytuje i dobiera odpowiedni poziom wzmocnienia. Właściwa regulacja odbywa się w układzie AAVA. Sygnał napięciowy z wejścia jest zamieniany na prądowy i trafia do układu 16 przełączników. Każdy może wyznaczyć dwie pozycje, w związku z czym liczba możliwych do uzyskania kombinacji wynosi 65536. To aż nadto, by stworzyć ludzkiemu uchu złudzenie płynnego działania. Gdybyśmy nie wiedzieli, że zastosowano niekonwencjonalne rozwiązanie, nie domyślilibyśmy się, że coś działa inaczej niż zwykle.
Na końcu sygnał prądowy jest ponownie zamieniany na napięciowy. Cały proces odbywa się w dziedzinie analogowej. Jedyny cyfrowy element to wspomniany wcześniej wyświetlacz na przedniej ściance.
Wyższość AAVA nad konwencjonalnym tłumikiem jest dla Accuphase’a bezdyskusyjna. Układ nie zmienia parametrów wraz z upływem czasu ani nie jest obarczony problemem niezrównoważenia kanałów, dokuczliwym zwłaszcza na początku skali. Nie moduluje też charakterystyki sygnału w zależności od poziomu głośności. AAVA realizuje dodatkowo funkcję balansu i szybkiego wyciszenia. Pierwotnie rozdzielenie kanałów na dwie płytki miało służyć zmniejszeniu przesłuchów, ale najwidoczniej w zintegrowanej wersji udało się wyeliminować to zagrożenie.
W standardowym wyposażeniu otrzymujemy pilot RC-200. Taki sam dołączano do E-550.
E-560 wydaje się mniej upakowany od poprzednika, a jednak waży od niego minimalnie więcej. Wiele elementów wygląda znajomo, ale nierzadko nawet drobne modyfikacje wpływają na brzmienie.

32-38 09 2011 06     32-38 09 2011 08

Konfiguracja
W danych technicznych znajdziemy informację, że wzmacniacz dysponuje mocą zaledwie 30 W na kanał. Praktyka pokazuje, że albo Accuphase jest zbyt skromny, albo stosuje wyjątkowo restrykcyjne procedury pomiarowe. E-550 bez problemu osiągał 2 x 60 W/8 Ω, którą to moc podwajał przy 4 Ω. Swobodnie sterował też kolumnami, z którymi nie powinien działać. Dość powiedzieć, że śpiewająco radził sobie z Magnepanami MG 1.6, ustawionymi w... 50-metrowym salonie. Grał z nimi lepiej i od 50-watowych monobloków Cairna i od 100-watowego Electrocompanieta ECI-5. Ten eksperyment przemawia do wyobraźni lepiej niż dane techniczne z tabeli. Daje realny pogląd na możliwości japońskiego piecyka i pozwala puścić wodze fantazji w czasie wymyślania konfiguracji naszych marzeń.
Accuphase podaje, że wzmacniacz podwaja moc wraz z każdym spadkiem impedancji o połowę i pozostaje stabilny do 1 oma (spadek chwilowy). Trudno sobie wyobrazić aż tak ekstremalne obciążenie, ale dublowanie mocy przy czterech omach może się przydać. Wyciśniemy ze wzmacniacza więcej, nie robiąc mu przy tym krzywdy. Przy okazji skorzystamy z wyższej skuteczności głośników, ponieważ często się zdarza, że konstruktorzy kolumn „rekompensują” ich niższą oporność wyższą efektywnością. W takich sytuacjach Accuphase będzie jak znalazł. E-550 zaskakiwał zdolnością sterowania trudnych obciążeń. Nie należy się więc zrażać tabelką danych technicznych, ale wybierać głośniki, które po prostu nam się podobają. E-560 niemal na pewno sobie z nimi poradzi.
Szczytowy Accuphase nie wymaga dobierania głośników ani kabli o określonym charakterze dźwięku. Nic tu nie trzeba specjalnie schładzać ani ocieplać; eksponować ani odejmować. Obowiązuje zasada, że im bardziej neutralny system, tym więcej usłyszymy tego, co zapisane na płytach.
W teście E-560 pracował z firmowym odtwarzaczem DP-500. Źródło z półki jakościowej DP-700, dCS-a Puccini czy Soulution 540 także nie będzie przesadą. Japoński piecyk potrafi bardzo dużo i jeśli dobrze go zestroimy z kolumnami, cena odtwarzacza CD może dążyć do plus nieskończoności. O to, czy usłyszymy różnicę, nie trzeba się obawiać.
Accuphase zasilał monitory Harbeth Super HL5 ustawione na podstawkach Stand Artu. Sprawdziłem go też z Dynaudio Special 25 i obie konfiguracje polecam bez zastrzeżeń. Warto też spróbować z Audio Physicami Tempo VI albo Vandersteenami. Czy czegoś unikać? Tak – wszystkiego, co nieudane. Szkoda tak dobrego wzmacniacza dla przypadkowych głośników.
Sygnał przesyłała zbalansowana łączówka Tara Labs ISM Onboard The 0,8 oraz głośnikowy Fadel Coherence. Prąd oczyszczał Gigawatt PC-3 SE, podłączony do gniazdka Harminiksem X-DC 350 Studio Master. Komponenty zasilał Acrolink PC6100 i Gigawatt LS-1. Stabilne oparcie zapewnił elektronice stolik Sroka. System grał w 16,5-m pokoju delikatnie zaadaptowanym akustycznie.

Reklama

Wrażenia odsłuchowe
Wzmacniacz był wcześniej używany jako egzemplarz demonstracyjny, więc nie potrzebował dłuższego wygrzewania. Warto jednak pamiętać, że egzemplarze fabrycznie nowe wymagają cierpliwości. Dopiero po tygodniu, dwóch zaczynają grać, jak należy. Niezależnie od tego, każdy poważny odsłuch wymaga dobrych 15-20 minut rozgrzewki. Przedtem nie ma grania. Accuphase pracuje w klasie A i trzeba mu dać czas na ustabilizowanie optymalnej temperatury. Zanim to nastąpi, może brzmieć trochę płasko i szorstkawo. Wystarczy jednak poczekać, by sytuacja uległa zmianie. Po kwadransie barwa się wypełnia, średnica pasma zyskuje namacalność, a góra zaczyna dźwięczeć. Wzmacniacz robi się znacznie bardziej transparentny, a szczegóły układają się w spójną, jednorodną całość. Wcześniej było ich mniej i nie przylegały do siebie tak dobrze.
Rozgrzany Accuphase gra żywiołowo i wciągająco. Z głośnikami o dokładnym i angażującym brzmieniu, takimi jak wspomniane Harbethy czy Dynaudio, tworzy duety, od których trudno się oderwać. Zupełnie nie odczuwa się niedostatku mocy. Nie cierpimy ani z powodu zmniejszonej skali dynamiki, ani subiektywnie odczuwanej głośności. Dość powiedzieć, że z Super HL5, których skuteczność wynosi 86 dB, do osiągnięcia relatywnie wysokiego ciśnienia akustycznego wystarczyło przekręcić gałkę potencjometru na pozycję 2. Wynika to z wysokiej czułości wejściowej, podwyższonego napięcia wyjściowego DP-500, ale również z faktu, że dźwięk szybko się nasyca i w sumie nie bardzo jest sens robić jeszcze głośniej. Oczywiście można, ale nie jest to konieczne. Wzmacniacza nie trzeba kręcić wysoko, żeby uzyskać dobry efekt. Ładnie się zbiera z dołu, co sprawia, że nadaje się do cichego wieczornego słuchania. Potwierdza się zasada, że ważna jest nie tyle sama moc, co niski poziom zniekształceń. Jeżeli elementy systemu nie zaszumiają sygnału, to do uzyskania dużej dynamiki wystarczy niewiele mocy. Mikrodynamiczne bogactwo i wyraziste kontrasty pomiędzy dźwiękami z pogranicza ciszy i głośnymi impulsami to klucz do sukcesu. Wcale nie trzeba się ogłuszać. Trzeba natomiast odsunąć próg szumu tak nisko, jak to tylko możliwe.
Accuphase radzi sobie z przekazywaniem kontrastów bardzo dobrze. Różnica pomiędzy cichym a głośnym jest duża, a co ważniejsze, żeby to stwierdzić, wystarczy lekko przekręcić gałkę w prawo. Przez większość testu poruszałem się pomiędzy jedynką a dwójką na skali i zupełnie sobie nie wyobrażam sytuacji wymagającej rozkręcenia E-560 na piątkę (odpowiednik godziny 12). Nie należy z tego wnioskować, że mały Accu nagłośni lokalną dyskotekę. Chodzi raczej o to, że do normalnego słuchania w domu moc E-560 okazuje się zupełnie wystarczająca. Mocno przewymiarowany zasilacz nie znalazł się w nim bez przyczyny. Gdybyście nie wiedzieli, że wzmacniacz ma zaledwie 30 W, obstawialibyście coś około setki.
Miałem okazję porównać E-560 z jego poprzednikiem E-550. Różnice są podobne, jak w przypadku ModWrighta KWA-150 w wersji zwykłej i Signature, choć w mniejszej skali. E-560 jest bardziej zebrany. E-550 grał obfitym, chociaż trochę misiowatym basem. Zupełnie mi to nie przeszkadzało, ale obiektywnie można było marudzić. Teraz bas jest sprężysty, bardziej punktowy i kontrolowany. Szybciej narasta i szybciej wygasa, dzięki czemu dokładniej odzwierciedla złożone struktury rytmiczne. Na szczęście nie stracił masywności, dzięki czemu możemy się nie obawiać, że muzyka zostanie pozbawiona fundamentu. Masa została; przybyło tylko pracujących przez cały czas muskułów.
Zwarty i szybszy bas przełożył się na ogólny charakter dźwięku, który wydaje się teraz szybszy, dokładniejszy, chciałoby się powiedzieć: nowocześniejszy. Na szczęście coś z tej nowoczesności wynika i nie jest ona zmianą pozbawioną głębszej treści. Muzyki słucha się jeszcze przyjemniej. Zawiera więcej informacji, a dzięki temu zyskuje wyrazistość i zostaje ozdobiona wierniej przekazaną akustyką. Obserwacja ta odnosi się w równym stopniu do gęstej od efektów muzyki elektronicznej, jak i kameralistyki. Dostajemy więcej składowych w spektrum harmonicznym, więcej informacji o akustyce i dokładniejsze wybrzmienia. Wszystko oparte na twardawym, ale wystarczająco masywnym basie. Bez przerysowań ani eksponowania wybranych cech. Dźwięk może nie jest za duży, ale zróżnicowany i pod każdym względem prawidłowy.
Z ocieplenia E-550 pozostało niewiele. Accuphase zmierza w kierunku całkowitej neutralności. Niewykluczone, że osiągnie ją w modelu E-600, o ile do tego czasu międzynarodówka ekologiczna nie zmusi producentów wzmacniaczy do rezygnacji z klasy A. Zanim do tego dojdzie, możemy się cieszyć bardzo dobrym dźwiękiem i zużyciem prądu niższym niż w przypadku 42-calowego telewizora. Wiadomości w TVN-ie czy „Muzyka na wodzie”? Dla melomanów wybór jest prosty.
Accuphase nie buduje spektakularnej przestrzeni, ale nie odczuwamy zubożenia sceny ani ścisku w rozbudowanych składach. Dzielone wzmacniacze z wysokiej półki potrafią grać z większym rozmachem i swobodniej budować plany wszerz i w głąb. E-560 spisuje się jednak bardzo dobrze jak na integrę i obok McIntosha MA7000 należy go uznać za najciekawsze urządzenie w tej klasie i cenie 30000 zł. Nawet w kulminacjach nie dzieje się nic niepokojącego, a układ sceny pozostaje czytelny. Mimo że niewielki, Accuphase sprawdza się w składach symfonicznych. Oczywiście, można chcieć więcej powietrza wokół instrumentów, podobnie jak sugestywniej oddanej skali orkiestry, ale nie przesadzajmy. Japońska wytwórnia oferuje jeszcze wzmacniacze dzielone, również w klasie A. E-560 nie może grać lepiej od nich za pół ceny.
Najwyższa integra brzmi rasowo i jest zrównoważona tonalnie. Nasycona i czysta barwa niesie nutkę ocieplenia, a wyraźny bas mile zaskakuje sprężystością i kontrolą. Dźwięk jest klarowny, naturalny i bez przerysowań. Szczególne uznanie należy się mikrodynamice, dzięki której muzyka żyje i pulsuje energią.
Podobał mi się E-550, a E-560 jest od niego lepszy. Nie dzieli ich przepaść, bo trudno się oddalić o lata świetlne od czegoś, co od początku było dobre; zwłaszcza gdy się bazuje na podobnych rozwiązaniach. E-560 to kolejny etap ewolucji w rozwoju klasy A à la Accuphase. W każdym aspekcie słychać postęp. Łączny przyrost jakości można określić na umowne 15-20 %. Z jednej strony niewiele, bo przecież nowy model mógł być miażdżąco lepszy od starego. Z drugiej, sporo, ponieważ ten stary był udany i nadal cieszy się wzięciem na rynku wtórnym. Zresztą Accuphase’owi wcale nie chodzi o rewolucję, ale o postęp dokonujący się metodą małych kroków. E-560 jest tego przykładem. Gdyby jeszcze koszt zakupu pozostał na zbliżonym poziomie, zupełnie nie byłoby na co narzekać. Niestety, na kurs jena nie mamy wpływu. Wypada się jedynie cieszyć, że nawet w aktualnej cenie Accuphase w klasie A stanowi propozycję wartą rozważenia. To zdecydowanie pierwsza liga w kategorii wzmacniaczy zintegrowanych na świecie.

Konkluzja
Wzorcowa precyzja wykonania, bogate wyposażenie, zaskakujące osiągi i wyjątkowo muzykalny dźwięk. E-560 to wzmacniacz na lata. Będziecie z niego zadowoleni.

32-38 09 2011 T

Autor: Jacek Kłos
Źródło: HFiM 09/2011

Pobierz artykuł jako PDF