HFM

artykulyskrot3

Wile Louis

0407 2015 06 02

WILE to tylko z pozoru nowa firma. Osoby, które od lat śledzą rozwój polskich wytwórni, natychmiast rozpoznają charakterystyczne obudowy jej wzmacniaczy.

 Nie będą też miały trudności ze wskazaniem ich genów. WILE (Witkowski & Lewandowski) powstało dawno temu jako SoundArt i pod tą marką zdobyło wielu zwolenników, do których się zaliczam. Gdy po udanym teście jej Jazz trafił do mojego systemu, nie przypuszczałem, że będzie to aż tak długi związek człowieka z maszyną.


Jazz (po modyfikacjach uwzględniających zmiany wprowadzane w nowych wersjach) do dzisiaj pracuje w moim systemie. W momencie wejścia na rynek stanowił coś niebywałego. W tym czasie w świecie hi-fi funkcjonowało od niedawna pojęcie „superintegry”. Określało się w ten sposób nowe wzmacniacze zintegrowane znanych producentów high-endowych: Jeffa Rowlanda lub Krella, które miały nie ustępować jakością brzmienia ich konstrukcjom dzielonym. Były to najczęściej dosyć spore pudełka, zwykle drogie, ale nie różniące się bardzo gabarytami od wzmacniaczy zintegrowanych bez przedrostka „super”.  SoundArt (czyli dzisiejsze WILE) podniósł poprzeczkę na poziom wcześniej nieznany, proponując piec o masie 60 kilo. Dopiero po kilku latach Krell przeskoczył Jazza modelem FBI. Do tego czasu SoundArt mógł się cieszyć opinią producenta największej superintegry na świecie.

Po okresie eksperymentów ze wzmacniaczami dzielonymi (pojawiła się np. potężna końcówka mocy) panowie Witkowski & Lewandowski skupili się na urządzeniach zintegrowanych. „Zintegrowanych” to właściwie eufemizm, bo integracja polega wprawdzie na wsadzeniu wszystkiego do jednej (zwykle potężnej) obudowy, ale w rzeczywistości WILE to zawsze przedwzmacniacz aktywny i końcówka mocy. Przedwzmacniacz, dodajmy, lampowy.
Obecnie oferta zawiera trzy wzmacniacze: mniejszy, większy i największy. Mniejszym jest opisywany jakiś czas temu Rock, większym – Jazz, a największym – Louis, którego właśnie recenzujemy.
WILE Louis to urządzenie zaprojektowane i wykonane bezkompromisowo. Podobnie jak niższe modele cechują go, po pierwsze: przedwzmacniacz lampowy, a po drugie – rozbudowany zasilacz. Z tym, że w Louisie przedwzmacniacz jest najbardziej skomplikowany i mieści się, zgodnie z najlepszymi zasadami sztuki, przy samych wejściach. Natomiast zasilanie jest po prostu gigantyczne. Widać, że nie wszystkie kilogramy tej wielkiej konstrukcji pochodzą z obudowy.

0407 2015 06 01

Właśnie, zacznijmy opis od obudowy, która mocno się różni od tego, do czego się przyzwyczailiśmy. Zamiast typowego dotąd szarego lakieru strukturalnego (który ma swoich zwolenników, mnie na przykład się podoba), Sylwester Witkowski postawił tym razem na szkło. Ale jakie! Front oraz górę wykonano z grubych, hartowanych ciemnych tafli, które wyglądają wprost luksusowo. W wyniku skomplikowanych zabiegów (szkło jest niejednolitej grubości), przez przednią ściankę prześwieca wyświetlacz z wielkimi czerwonymi cyframi. Ergonomia znakomita, bo nie dość, że kolor piękny, to jeszcze cyfry da się odczytać z drugiego końca pokoju. Wyświetlacz pokazuje aktywne wejście oraz poziom głośności. To duża wygoda, zwłaszcza że zarówno wejścia, jak i głośność zmienia się pilotem i od razu można zobaczyć wynik swoich działań.
Front, prócz czerwonych cyfr, zdobią tylko cztery przyciski, z pozoru zwykłe, ale gdy przyjrzeć się bliżej – całkiem wyrafinowane. Znajdują się bowiem w czymś w rodzaju płaskich kielichów wyrastających ze ścianki frontowej.
Górna płyta lekko prześwituje, pokazując lampy i diody przedwzmacniacza. Znakomicie to wygląda, gdy takie lekko mżące światełka przeświecają przez czarne szkło. Podobny zabieg stosuje niemiecki ASR, ale w sprzęcie WILE jest to rozwiązane bardziej eleganckie i subtelne.
Boki obudowy zajmują radiatory: duże, poziome, charakterystyczne dla wzmacniaczy tej firmy. Tył natomiast wygląda obiecująco. Oprócz typowego dla większości polskich manufaktur chemicznego wręcz braku jakichkolwiek opisów (minus!), na tylnej ściance znajdują się najwyższej jakości gniazda głośnikowe Furutecha (w miejsce stosowanych np. w Jazzie gniazd własnej produkcji – tutaj rękodzieło ustąpiło znanej marce). Są cztery wejścia (nareszcie!), z czego dwa zbalansowane. Są przełączniki odłączające masę oraz głośniki (to ostatnie bardzo wygodne dla recenzenta). Jest też zamknięte gniazdo dla sprzętu pomiarowego – miernik do diagnostyki i kalibracji lamp nabywca otrzymuje razem ze wzmacniaczem. O obecności gniazda zasilania IEC mówić chyba nie trzeba, ale na wszelki wypadek wspominam.
Wewnątrz urządzenie podzielono na sekcje. Przedwzmacniacz mieści się z tyłu obudowy. Pracują w nim cztery triody ECC83 (NOS – oryginalne amerykańskie lampy z lat 60.). Wejścia działają w trybie różnicowym, a przedwzmacniacz jest w pełni zbalansowany. Końcówkę mocy zbudowano na tranzystorach MOS-FET. Pracuje w typowym układzie push-pull z ujemnym sprzężeniem zwrotnym. Przedwzmacniacz oraz wzmacniacz mocy są zasilane z niezależnych układów w obu kanałach. Lampy w preampie są żarzone stabilizowanym prądem stałym o wartości niezależnej od wahań napięcia w sieci.
0407 2015 06 01
Końcówki mocy zamontowano na oddzielnych płytkach, z których każda jest umieszczona na własnym radiatorze. Wzmacniacz nie oddaje bardzo wiele ciepła, ale radiatory jednak trochę się nagrzewają.
Centrum zajmuje zasilanie; typowo dla WILE jest sporo dużych transformatorów, więcej niż w moim Jazzie, który przy Louisie nagle zaczął wyglądać skromnie. Tutaj nie dość, że z własnych traf korzysta preamp, to jeszcze końcówki mocy mają po trzy transformatory na kanał (jak rozumiem, zamiast osobnych odczepów). Ale dynamika, z których znane są wzmacniacze WILE, nie bierze się z niczego. To jest solidna inżynierska praca.
Jeśli brać pod uwagę wygląd zewnętrzny (świetny), ergonomię (pierwszy w WILE pilot obsługujący nie tylko zmianę głośności, ale też źródła oraz przejście w tryb czuwania), a także konstrukcję wewnętrzną, można uznać ten wzmacniacz za strzał w dziesiątkę i za odpowiedź na błagania audiofilów. Przekonajmy się jeszcze, czy dźwięk odpowiada walorom użytkowym i aparycji.
Alek Rachwald

wile 01


 Do odsłuchu przygotowałem się starannie, uwzględniając zarówno poważną cenę urządzenia, jak i możliwość, że będzie ono charakterem zbliżone do mojego domowego wzmacniacza, pochodzącego z tej samej wytwórni. Różnice mogły być zatem subtelne. Pomieszczenie odsłuchowe zostało przystosowane przez wstawienie paneli akustycznych, które miały za zadanie poprawić symetrię sceny i zmniejszyć odbicia. Użyłem kilku różnych źródeł cyfrowych, a także gramofonu. Przygotowałem najlepszy fotel i zapas napojów. Zapaliłem fajkę.
Wzmacniacze projektu Sławomira Lewandowskiego zawsze miały dla mnie pewne cechy wspólne, niezależnie od poziomu cenowego. Słuchałem swego czasu starego Swinga, słuchałem obu inkarnacji Rocka oraz kilku wersji Jazza. Teraz słucham Louisa. Wszystkie te wzmacniacze wyróżniały się, po pierwsze, bardzo dobrą dynamiką, po drugie natomiast – piękną, quasi-lampową barwą. Czy da się pogodzić dynamikę mocnego tranzystora z uczuciowością i płynnością lamp? Otóż da się, co WILE udowadnia regularnie.
Zawsze byłem zdania, że niezwykła staranność, z jaką konstruktor traktuje problematykę zasilania, musi procentować swobodą dynamiczną. Nie ufam projektantom, którzy twierdzą, jakoby transformatorek wielkości dziecięcej piąstki wystarczył do zasilenia wzmacniacza, tłumacząc, że „więcej nie potrzeba”. Otóż urządzenia takie jak Louis udowadniają, że potrzeba. Louis znakomicie się nadaje do odtwarzania wielkiej symfoniki czy big bandów jazzowych. Również przebasowiona muzyka rozrywkowa nie stawia mu żadnych przeszkód. W połączeniu z w miarę pełnopasmowymi kolumnami jest w stanie ryknąć w nieskrępowany sposób, bez najmniejszych śladów kompresji.

Bas jest znakomity. Przy czym nie jest to szybki jak piorun i suchy jak kiełbasa krakowska bas typowy dla niektórych tranzystorowych ikon hi-endu, lecz swobodny, naturalnie brzmiący, obszerny i łatwy do przyswojenia bas prawdziwy. Louis nie gra jak w laboratorium. On gra jak w sali koncertowej. Świetna robota, panowie!
0407 2015 06 01

Drugą cechą, która przyciąga uwagę w prezentacji tego urządzenia, jest barwa dźwięku. Wspomniałem już, że jest w pewnym sensie lampowa. Ja kojarzę ją z brzmieniem bardzo dobrej pentody, prawie nie dogrzanej, a głębokiej i organicznej. Ciepła jest tyle, ile trzeba, a do tego lekko korzenne brzmienie prawdziwych drewnianych instrumentów i ludzkiego gardła. Słuchanie wokali na Louisie to czysta przyjemność. Nagrania muzyki wokalno-instrumentalnej, np. Arpeggiaty (Christina Pluhar) lub zespołów jazzowych, nieodmiennie ukazywały, jaką jakość można osiągnąć dzięki zaangażowanej inżynierii. A dlaczego inni tak nie umieją? Tego nie wiem, ale gdyby umieli, to ten interes nie byłby taki elitarny. A na razie bardzo dobrze grający wzmacniacz rara avis est.
Wielką siłą Louisa jest jego uniwersalność. Zwykle, jeśli się pisze „uniwersalny”, to jakoś ma się na myśli coś niedrogiego, np. wzmacniacze NAD-a (które to w swojej klasie faktycznie były uniwersalne i bardzo dobre). Louis jest uniwersalny na najwyższym poziomie, bowiem łączy high-endowy bas i high-endową barwę z taką samą przejrzystością. Dźwięk jest wyrazisty, czysty, wszystko słychać, nic się nie klei. Żadnych nieprzystojnych nowoczesnych tańców z przytulaniem, a jeśli przytulanie, to tylko tam, gdzie reżyser dźwięku przewidział. Nie ma samowoli.
Scena jest szeroka, nie tak cofnięta jak w Jazzie; raczej bliżej linii głośników. Źródła pozorne łatwo zlokalizować – są czytelnie rozseparowane. Ma się wrażenie obecności przy muzycznym spektaklu; zero bezduszności czy wymuszonych efektów.
Warto pamiętać, że istotny wpływ na odbiór dźwięku za pośrednictwem Louisa mają zastosowane w przedwzmacniaczu lampy. Producent dobiera dobre NOS-y, co jednak wciąż pozostawia pole do subtelnych eksperymentów.

Podsumowanie? Ogólnie nie miałem zastrzeżeń. Niestety, bo recenzent powinien je mieć. Brak zastrzeżeń budzi podejrzenia o płatną protekcję albo nawet wręczenie czegoś (np. wzmacniacza) pod stołem. Niestety, tego urządzenia wręczyć pod stołem się nie da, nawet jeśli, Czytelniku, nazywasz się Pudzianowski. Za duża waga, zarówno fizyczna, jak i finansowa. W związku z tym oświadczam bezinteresownie i smutno: ten wzmacniacz jest znakomity. Kupujcie, jeśli możecie. A jeśli nie możecie, posłuchajcie jego mniejszych braci.
Alek Rachwald

wile 02


Kiedy przed trzema laty miałem przyjemność recenzować wzmacniacz Rock II, nie wahałem się nazwać go rewelacją. High-endowe brzmienie za niewygórowaną cenę było prawdziwym wyzwaniem rzuconym uznanym zagranicznym producentom. Z tym większym entuzjazmem zabrałem się do słuchania wzmacniacza, który stanowi obecnie szczyt katalogu WILE. 
Louis jest superintegrą, która przytłacza zarówno nieprzeciętną masą, groźnym wyglądem, jak i trudną do udźwignięcia ceną. O tym, że i brzmieniowo nie jest ułomkiem, można się przekonać w każdym gatunku muzyki, której fundament opiera się na niskim basie. Niezależnie od tego, czy z głośników płyną dźwięki gitary elektrycznej Jaco Pastoriusa, czy fugi organowe Bacha, bas Louisa jest potężny, punktualny i nasycony.
Połączenie ponadprzeciętnej dynamiki ze swobodnym operowaniem niskimi tonami przenosi polski wzmacniacz na zupełnie inne poziom jakościowy. Mamy tu bowiem do czynienia z brzmieniem, jakiego oczekujemy od sporej końcówki mocy. Świetne niskie tony oraz zapierająca dech w piersiach szybkość przekazywania impulsów dobitnie świadczą, że w środku nie od parady drzemie stado potężnych transformatorów.

Barwa dźwięku jest według mnie wzorcowa i przyznam, że już bardzo dawno nie było mi dane słuchać czegoś tak wysmakowanego. Owszem, jest to barwa, która dużo czerpie z lamp i tego powinowactwa Louis się z pewnością nie wyprze. Być może dla niektórych będzie to znaczne odstępstwo od neutralności, ponieważ lampowa sygnatura będzie słyszalna niezależnie od repertuaru. A jednak nie wyobrażam sobie audiofila, któremu tak plastyczny i pełny dźwięk nie będzie odpowiadał. Nie ma tu bowiem ocieplenia na siłę. Jest za to nasycenie i treściwość bliska temu, co można usłyszeć na żywo. To cecha na tyle istotna, że kiedy podłączymy inny wzmacniacz, z pewnością odniesiemy wrażenie, że w dźwięku czegoś ubyło.
0407 2015 06 01
Choć konstrukcja Louisa sprawia, że zarówno ludzkie głosy, jak i dźwięki instrumentów akustycznych są powleczone aksamitem, to przekaz pozostaje niesłychanie przejrzysty, a każdy plan muzyczny – doskonale doświetlony. Łowcy szczegółów nie muszą się obawiać – Louis nie odpuści żadnego niuansu, choć niewątpliwie skroi go na własną miarę i lekko ucywilizuje. To synergiczne połączenie plastyczności  i szczegółowości sprawiło, że – paradoksalnie – zamiast korzystać z solidnych dwustu watów mocy i katować uszy ciężkim rockiem albo wielką symfoniką, częściej napawałem się brzmieniem kwartetu smyczkowego lub niewielkiego składu kameralnego. I okazywałem się zupełnie bezradny wobec wymogu analizy brzmienia na potrzeby recenzji. Po co rozkładać na czynniki pierwsze to, co wzmacniacz tak fenomenalnie spiął w całość? Dość powiedzieć, że do tej pory tak świetną barwę dźwięku miałem okazję podziwiać tylko raz, przy okazji testu urządzeń Pliniusa. Tamten zestaw był jednak dzielony i znacznie droższy od Louisa.
0407 2015 06 01

Przestrzeń polskiego wzmacniacza jest dobra, choć ona akurat nie jest jego najmocniejszą stroną. Dźwięki chętnie wychodzą poza zewnętrzne ścianki kolumn, a scena jest lekko cofnięta i dość obszerna, jednak brzmieniu brakuje momentami szerszego oddechu i rozmachu godnego kilkusetwatowego pieca. Pamiętam, że wspaniałe rozciągnięcie sceny i jej głębia ostrości były cechami, które zachwyciły mnie w Rocku II. Szkoda, że nie udało się przenieść ich do Louisa, bo wtedy mielibyśmy wzmacniacz niemalże idealny. Ten jednak zbyt często usiłuje pokazać wszystko na pierwszym planie, co skutkuje dość płytkim ułożeniem sceny. Tym niemniej, należy podkreślić, że jego właściwości przestrzenne nie są złe. One po prostu nie wyróżniają się niczym szczególnym w porównaniu do innych, wybitnych cech, które znacznie zawyżyły pułap oczekiwań.
Dzięki kapitalnej dynamice, rozciągnięciu potężnego basu i nasyconej barwie Louis jest urządzeniem, które sprawdzi się w większości gatunków muzycznych. Nieznaczne odejście od neutralności na rzecz zaokrąglenia dźwięku tylko uprzyjemni słuchanie, natomiast w żadnym przypadku nie upośledzi rozdzielczości. Możemy być pewni, że po powrocie z koncertu, kiedy włączymy sprzęt, a w głowie wciąż będziemy mieć akustyczny wzorzec brzmienia ludzkich głosów i instrumentów, Louis nie sprawi nam zawodu. A to naprawdę spora umiejętność i najtrudniejszy sprawdzian, który recenzowany wzmacniacz zdał na szóstkę.
Bartosz Luboń


wilelouis o1




Pobierz ten artykuł jako PDF