Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

Soul Note SA730

image-456
Soul Note, powiadasz? Czyli po naszemu: „duszebna nuta” – stwierdził Redaktor. I miał rację. Soul Note wie, co audiofilom w duszy gra.




Gabaryty każą zaliczyć SA730 raczej do wagi koguciej niż ciężkiej. Zwłaszcza przy transporcie ma to istotne znaczenie. W tym przypadku można wziąć pudełko pod pachę i powędrować do domu.
Czarna skrzynka o prostej linii mieści się w kanonach klasycznej elegancji. Wykonanie, jak na Japończyków przystało, jest bez zarzutu. Elementy spasowano na szerokość jedwabnej nici. Obudowa to kawałek porządnej blachy anodowanej na czarno albo srebrno. Górną ściankę pokrywa sieć otworów wentylacyjnych, bo ten mały tranzystor zaskakująco się nagrzewa.



 
Front wykonano z grubej płyty szczotkowanego aluminium. Z prawej strony umieszczono pokrętło głośności, a na środku – podświetlany na zielono selektor źródła, kojarzący się z Naimem.
W zestawie, poza plastikowym pilotem (niższy model wyposażono w zdecydowanie bardziej ekskluzywny sterownik), nabywca otrzymuje komplet trzech kolców, które można wkręcić w spód wzmacniacza. Ma to wpływ nie tylko na walory estetyczne, ale także dźwiękowe – producent deklaruje, że na kolcach gra lepiej.
Gdyby na tym zakończyć opis wzornictwa, nie budziłoby ono zastrzeżeń. Niestety, okazuje się, że mania wstawiania niebieskich LED-ów ogarnęła nie tylko twórców Lebena, ale także innych Japończyków. Pracę urządzenia sygnalizuje bowiem bijąca po oczach niebieska dioda, rodem z deski rozdzielczej Volkswagena. Nie przestaję zachodzić w głowę, czemu oni to robią. Przecież zielony LED wyglądałby o niebo lepiej. Cóż, w takich sytuacjach trzeba sobie radzić. Po zaklejeniu świdrującego niebieskiego oka żółtą karteczką wreszcie byłam w stanie skupić się na słuchaniu.

image-14

Tył urządzenia jest dość dobrze wyposażony. Widać tu cztery wejścia RCA, dwa XLR, gniazdo zasilania i wygodne zaciski głośnikowe.
Mimo że siedziba firmy znajduje się w Hongkongu, mamy do czynienia z japońską robotą (na tylnej ściance widnieje napis „Made in Japan”). Zastosowano komponenty bardzo dobrej jakości – kondensatory Elny, tranzystory mocy Toshiby, przekaźniki sygnałowe NEC-a i czarny potencjometr Alpsa. Soul Note jest układem symetrycznym, nie objętym pętlą sprzężenia zwrotnego. Konstrukcje bez sprzężenia cechuje zwykle dźwięk czysty i lekki, a jednocześnie spokojny. Sprawdzimy, czy potwierdzi to odsłuch.
Aleksandra Chilińska

soul o1



Soul Note jest urządzeniem z gatunku „mały, ale wariat”. Mimo niewielkich rozmiarów zaskakuje nie tylko czystością grania, ale też precyzją i dynamiką. Ma oczywiście swoje ograniczenia, jednak – dobrze skonfigurowany – potrafi zaskoczyć możliwościami.
Należy pamiętać, że nie jest to wzmacniacz zbyt wydajny prądowo. W przypadku tak wymagających kolumn jak Dynaudio Special 25 ewidentnie słychać, że przydałoby się więcej mocy. Żeby uzyskać zamierzony efekt, trzeba czasem rozkręcić potencjometr prawie na godzinę trzecią.

Soul Note wyraźnie zaleca zestawienie SA730 z kolumnami o wysokiej efektywności. Mimo to piecyk poradził sobie z Dynaudio, choć zdecydowanie lepiej wypadł z ośmioomowymi Avance’ami Signature 3 MKII. Testowanie japońskiego wzmacniacza na zestawach czteroomowych o skuteczności 85 dB teoretycznie wydawało się pozbawione sensu, dlatego na podorędziu miałam też łatwiejsze do prowadzenia Avance.
Soul Note’owi nie można odmówić krystalicznej czystości, a także lekkości i dźwięczności grania. „Duszebna nuta” ma swój charakter; nie jest brzmieniowo nijaka. Dźwięk jest podany w przyjemny, nienarzucający się sposób. Prezentacja okazuje się szczegółowa. Bez problemu można rozróżnić instrumenty, a ich rysunek jest dosyć wyraźny. Z Dynaudio dało się jednak zauważyć pewne niedomaganie i – mimo że wzmacniacz sobie radził – w jego graniu brakowało blasku. Przydałaby się też lepsza kontrola basu. Dla Dynaudio 25 Soul Note okazał się zbyt delikatny.

Sytuacja diametralnie zmieniła się po podłączeniu Avance’ów. Z nimi SA730 wypełnił pokój dźwiękiem czystym jak myśli Sienkiewiczowskiej Danuśki, a jednocześnie prężnym i jędrnym jak Jagienkowe pośladki. Grało naprawdę dobrze.
Wysokie tony były dźwięczne; delikatne, ale bez zbytniej zwiewności. Bez problemu dało się wychwycić uderzenia młoteczków w struny fortepianu. Wszystko brzmiało precyzyjnie, detalicznie, jednak bez nadmiernej ostrości czy suchości.
Średnica charakteryzuje się naturalnością. Soul Note nie czaruje ani nie koloryzuje rzeczywistości. Pokazuje muzykę taką, jaka jest. Jego konstruktorzy postawili tu na rzetelność przekazu, co sprawia, że dobrze nagrane płyty zawsze brzmią wyraźnie lepiej od tych słabszych.
Scena nie należy do najbardziej obszernych. Mieści się raczej pomiędzy kolumnami, ale jeśli chodzi o separację od tła i gradację planów, to niewiele można SA730 zarzucić. Muzyka Rogera Watersa została przedstawiona z zachowaniem charakterystycznego skomplikowania i udziwnienia.

image-21

Jak już wspomniałam, dolne rejestry z Dynaudio nie były, niestety, wybitne. Zdawałam sobie jednak sprawę, że nie mam do czynienia z elektrownią. Z Avance’ami było inaczej – bas był szybki, precyzyjny i prawidłowo wypełniony. Pojawiał się, gdzie powinien i wybrzmiewał tyle, ile trzeba, bez włóczenia się po pokoju i dudnienia.
Wszystkie powyższe obserwacje miały miejsce przy korzystaniu z wejścia RCA. Dystrybutor zarzekał się jednak, że powinnam koniecznie sprawdzić XLR-y, bo ponoć różnica jest ogromna. Wymieniłam więc okablowanie i, cóż, nie odnotowałam jakiejś spektakularnej zmiany, może poza minimalną poprawą we współpracy z Dynaudio. Grało dobrze, bo już przy RCA grało dobrze, ale spodziewałam się przytupu, a tu, kurczę, zmiana jak z białego na ecru (rozróżniającym trzy kolory podpowiem, że niewielka). Nie omieszkałam wyrazić zawodu uzyskanym efektem. Okazało się jednak, że chyba czegoś nie dosłyszałam, bo kluczową sprawą jest zestawienie SA730 ze źródłem o konstrukcji prawdziwie zbalansowanej, a nie tylko wyposażonym w wyjście XLR.
Zestawiłam więc Dynaudio z odtwarzaczem Soul Note i… dwudziestki piątki ożyły. Nie powiem, co mi spadło z wrażenia, ale spadło.



Nie potrafię tego wytłumaczyć, bo różnica jest nieprawdopodobna. Ten mały wzmacniacz, który nie powinien ruszyć takich wybredot jak Special 25, poradził sobie śpiewająco. Pierwsze, co dało się zauważyć po zmianie źródła, to znaczna zmiana poziomu głośności przy tym samym ustawieniu potencjometru – jakby nagle zdjąć klosz przykrywający urządzenie. Wszystko nabrało wigoru, a Dynaudio wreszcie zagrały, jak od początku powinny. To pokazuje, że o ile poprzednia konfiguracja nie ma znaczącego wpływu na kolumny łatwe do wysterowania, o tyle w przypadku zestawów trudnych nie sprawdza się najlepiej. Zdecydowanie należy słuchać Soul Note’a z wykorzystaniem połączenia XLR i zbalansowanego źródła. Dopiero wtedy pokazuje pełnię możliwości.
Dźwięk stał się bardziej masywny, ale też podany z pewną nonszalancją. Nie odnosiłam już wrażenia, że wzmacniacz jest zbyt słaby do kolumn. Należy również podkreślić niesamowitą czystość dźwięku. Nawet jeśli poprzednio wydawało mi się, że grało czysto, teraz ten aspekt osiągnął poziom grenlandzkiej wody MaHaLo. Lepiej już chyba się nie da! Wszystko się otworzyło. Scena stała się szersza i głębsza zarazem. Zaskakujące, że ten piecyk potrafi w taki sposób zaprezentować muzykę!
Soul Note wygląda trochę jak skrzyżowanie Naima z Air Tightem i zaryzykuję twierdzenie, że właśnie tak gra.
To urządzenie dla melomana. Dla słuchacza, któremu zależy na prawdziwości przekazu.

Gdybym mogła zaapelować do producenta, to uprzejmie proszę o zmianę niebieskiej diody i choćby lekką korektę ceny. To jedyne wady SA730, jakie udało mi się znaleźć.
Pozostaję zaskoczona i oczarowana. Warto spróbować, bo to rzeczywiście duże przeżycie.
Aleksandra Chilińska

soul o12



SA730 to niepozorny wzmacniacz, który sporo kosztuje, moc ma niewielką, a masę mizerną. Jakby tego było mało, nie odznacza się też nadzwyczajnym wyglądem: obudowę ma z cienkiej blachy, a ścianka przednia niczym się nie wyróżnia. Całość wygląda skromnie, by nie powiedzieć: ubogo. Jedynie tył ukazuje niezłej jakości gniazda.
Ale czy to naprawdę ważne? Liczy się przecież brzmienie. Co zatem Soul Note oferuje?

image-36

 

Dźwięk zwarty, prężny i rozdzielczy. Wysokie tony mają wyrazisty charakter. Kreślą dokładnie detale tła, podając precyzyjnie ich strukturę. Nie znajdziemy tu pastelowych, lampowych barw, wycofania ani patyny łagodzącej kontury. Z drugiej strony, nie można mówić o ostrości, chociaż pewną dosadność da się zauważyć. Przyczyną tego jest akcentowanie niektórych dźwięków podstawowych. Same wybrzmienia wygasają odrobinę szybciej, jakby spiesząc się, by zrobić miejsce kolejnym.
Średnica jest namacalna, dogrzana, a jednocześnie przejrzysta. To zdecydowanie największa zaleta japońskiego wzmacniacza. Głosy ludzkie okazały się lepsze niż ze znacznie droższego kompletu, złożonego z preampu i końcówki mocy Audioneta. Szczególne wrażenie zrobiły na mnie rozdzielczość i dźwięczność tego zakresu. To powodowało, że doskonale było słychać nabieranie powietrza przez wokalistów, ciche szczegóły artykulacji oraz wybrzmienia szeptanych słów. Pomimo takiej ilości informacji, nie było nawet cienia chropowatości czy szklistości. Przeciwnie, wypełnienie było właściwe, co odpowiadało za przyjemną barwę.

Instrumenty strunowe pokazały szybki atak oraz długie, wibrujące wybrzmiewanie. Dźwięk nie był odchudzony ani też sztucznie napompowany. Takie proporcje są bardzo bliskie naturalnym. Obserwacja innych instrumentów potwierdziła te spostrzeżenia. Być może niektórzy zwolennicy wzmacniaczy lampowych woleliby, żeby instrumenty dęte blaszane miały jeszcze więcej kojącej gładkości, ale to już byłoby odstępstwo od naturalnego wzorca.
Dół pasma jest trudny do zaszufladkowania. Na duży plus zasługuje kontrola tego zakresu. Z drugiej strony, pojawia się tu pewna jednostajność. Dynamika i masa niskich dźwięków są co najmniej dobre, jednak brakuje nieco różnicowania barw i wybrzmień. Zejście w najniższe rejestry jest przyzwoite, ale droższe i mocniejsze piece pokazały, że i tu można pójść dalej. Ogólnie bas oceniam dobrze, choć nie jest on najbardziej wyrafinowany. Warto jednak przy tym zaznaczyć, że większość wzmacniaczy znanych z doskonałego basu znajduje się na zupełnie innym pułapie cenowym.


image-37

Scena jest rozciągnięta wszerz, ale nieco brakuje głębi. Instrumenty są ustawione w jednej linii, znajdującej się około metra za kolumnami. Przełączając kilkakrotnie sprzęt, zauważyłem, że Soul Note akcentuje dźwięki znajdujące się blisko mikrofonu, a trochę zapomina o dalszych planach, które oddają informacje dotyczące akustyki pomieszczenia nagraniowego. To prawdopodobnie powodowało mniejszą ilość powietrza wokół źródeł pozornych. Na takim przekazie zyskała natomiast precyzja ustawienia. Instrumenty były dokładnie rozlokowane na scenie i nie zostały nadmiernie powiększone. Mamy więc coś za coś, jak często w życiu bywa.

SA730 to urządzenie o zdecydowanym charakterze własnym. Pomimo neutralnej barwy średnicy decydują o tym jego pozostałe cechy. Nazwałbym ten wzmacniacz żywym i detalicznym, pozbawionym ostrości, z dobrą dynamiką i kontrolą basu. To przydatne narzędzie do śledzenia detali zapisanych w nagraniu. Warto podkreślić, że mimo przeciętnej mocy, bez problemu wysterował użyte w teście, wcale nie najłatwiejsze kolumny.
Można go polecić do systemów, którym przyda się wprowadzenie ładu i precyzji. Z pewnością polubią go także wielbiciele muzyki wokalnej. Tam „siedemset trzydziestka” da popis swoich możliwości.
Robert Trzeszczyński


 
 

mhf soul o



Robert Trzeszczyński i Aleksandra Chilińska
Źródło: MHFM 04/2014

Pobierz ten artykuł jako PDF