Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

MBL C51

44-48 02 2013 01Corona to nowość w katalogu MBL-a. Niemiecki producent wprowadza wprawdzie nowe wersje obecnych już na rynku produktów, ale opracowanie całej linii od podstaw to rzadkie wydarzenie. Coronę po raz pierwszy zaprezentowano na wystawie High-End w Monachium w 2010 roku.

Kiedy przeglądałem aktualny katalog niemieckiej wytwórni, ogarnął mnie smutek. Premiera nowej serii zbiegła się bowiem w czasie z huraganem w cenniku, który nie tylko boli, ale i dezorientuje.


Pierwsza smutna wiadomość to wycofanie z produkcji serii Basic (system opisywaliśmy w „HFiM 6/2007”). Chyba dlatego, że była za tania – wzmacniacz kosztował zaledwie 12 tys. zł. Teraz rolę najtańszej linii pełni właśnie Corona, gdzie recenzowaną dzisiaj integrę wyceniono na 32600 zł. Od razu można zadać pytanie, jak się to ma do serii Noble (stanowiącej środek oferty, bo najwyżej mamy Reference). Przypomnijmy, że wzmacniacz Noble, testowany u nas w ubiegłym roku („HFiM 5/2011”) kosztował wtedy 25900 zł. Dzisiaj to już 34700 zł. Utrzymywanie dwóch modeli niemal w tej samej cenie nie ma uzasadnienia. Można więc przypuszczać, że wkrótce linia Noble zostanie gruntownie przebudowana albo zastąpiona inną.
W przypadku odtwarzaczy taki wniosek nie jest już oczywisty. Źródło Noble podrożało również o prawie 10 tys. zł (teraz kosztuje 42600 zł), ale przy cedeku Corona C31 za 27300 zł komponuje się dość logicznie. Kwestii tego, jak zmiana ceny ma się do zmiany jakości brzmienia, podejmować nie będę. Tutaj decydują względy prestiżowe. MBL zawsze był firmą ekskluzywną, a pod okiem nowego szefa (od kilku lat jest nim Christian Hermeling) wygląda na to, że staje się nią jeszcze bardziej.

Budowa
Coronę wyróżnia charakterystyczny kształt obudowy – z lekko spadzistą schodkową pokrywą, bez żadnych otworów wentylacyjnych. Wszystkie urządzenia mają na górze przycisk, służący do wygaszania/przyciemniania wyświetlacza (w połączeniu systemowym jego naciśnięcie w jednym urządzeniu przyciemni też pozostałe).

Guziki do obsługi umieszczono przy górnej krawędzi, a ich opis uwidacznia się dopiero po uruchomieniu urządzenia – na wyświetlaczu.
Tylny panel zawiera pojedyncze terminale głośnikowe, pięć wejść RCA, wyjście do dodatkowej końcówki mocy i wyjście pętli magnetofonowej. Jest też wejście XLR. Nad nim zaślepiono miejsce na moduł opcjonalny. Może to być druga para XLR-ów albo preamp gramofonowy. Powyżej gniazda zasilającego z wyłącznikiem widać parę przelotek do komunikacji systemowej oraz slot karty SD, służący do aktualizacji oprogramowania. Otwory wentylacyjne znajdziemy z tyłu oraz na spodzie, co nie zmienia faktu, że jak na wzmacniacz jest ich w sumie mało.
We wzmacniaczach serii Corona (w katalogu mamy jeszcze końcówkę mocy oraz monobloki) debiutuje autorska technologia LASA. Rozszyfrowanie tego skrótu (Linear Analogue Switching Amplifier – czyli liniowy analogowy wzmacniacz przełączający) sugeruje, że mamy do czynienia z urządzeniem w klasie D, które nie jest cyfrowe tylko analogowe oraz nie wykorzystuje zasilacza impulsowego lecz tradycyjny. Czyniłoby z to z MBL-a kolejnego gracza w tej trochę niewdzięcznej niszy rynku, która ciągle budzi nieufność konserwatywnych audiofilów. Dopytując się jednak o szczegóły technologii u źródła otrzymałem wyjaśnienie, że układu C51 nie należy utożsamiać z klasą D. Jest to urządzenie wykorzystujące pewne jej zalety, lecz eliminujące wady. W rzeczywistości pomiędzy nim a klasą D jest więcej różnic niż podobieństw. Cała oryginalność skupia się w słowie „linear”, któremu można przypisać aż trzy znaczenia.
Pierwsze – już znamy. To informacja o rodzaju zasilania. W C51 nie znajdziemy zasilacza impulsowego, lecz transformatorowy (czasami zwany liniowym), z transformatorem toroidalnym, rozbudowanym układem prostowniczym, filtrującym oraz stabilizującym – tak jak w zdecydowanej większości konstrukcji hi-fi wysokiej klasy.
Drugie znaczenie „L” to zależność liniowości pasma przenoszenia od poziomu zniekształceń. Jak wiadomo, w tego typu wzmacniaczach częstotliwość przełączania tranzystorów musi być wielokrotnie wyższa od reprodukowanego pasma akustycznego. Walka ze skutkami ubocznymi tych wielkich częstotliwości jest zmorą konstruktorów. Są one przyczyną dyskwalifikujących zniekształceń w górze pasma akustycznego. Aby to poprawić pomiędzy końcówką mocy a wyjściem stosuje się powszechnie filtry dolnoprzepustowe. Filtr teoretycznie może być prosty, ale jego właściwa konfiguracja – już nie. Granica odcięcia powinna być z jednej strony dosunięta możliwie blisko umownej górnej częstotliwości użytecznej pasma przenoszenia (około 20 kHz), ale należy pamiętać, że filtry mają określoną skuteczność tłumienia (inaczej: pochylenie zbocza). Najczęściej mamy do czynienia ze spadkiem 6 dB na oktawę (zbocze łagodne), 12 dB na oktawę i 18 dB na oktawę (zbocze strome). Rzadziej spotyka się wartość 24 dB na oktawę. Dla nas kluczowe będzie pojęcie oktawy. Jest to taki przedział częstotliwości, której górna granica jest dwukrotnie większa od dolnej. I tak dla niskich częstotliwości oktawą może być na przykład przedział 20-40 Hz, natomiast dla wysokich 8-16 kHz. Ale jak przy tak szerokich oktawach (mówimy o górze pasma) ustawić filtr, aby wycinał jak najwięcej śmieci „od góry”, nie wycinając jednocześnie nic ze słyszalnego pasma sopranów?
W C51 filtr zbudowano tak, że w całym paśmie od 20 Hz do 20 kHz zniekształcenia są utrzymane na tak samo niskim poziomie. To właśnie jeden z elementów układu LASA, którego szczegółów konstruktor już nie zdradza.
Powyżej opisany problem to jednak dopiero wstęp, bo nawet jeśli uda się skonfigurować filtr we wzmacniaczu i prawidłowo usunąć zakłócenia, to otrzymamy dobry dźwięk jedynie w teorii – dla głośnika o płaskiej charakterystyce impedancji.
I tu dochodzi trzecie znaczenie „L”. Jak wiadomo, głośniki o stałej impedancji nie istnieją. W praktyce zatem podłączona do wzmacniacza kolumna wraz ze swoją zwrotnicą będzie dalszą częścią filtra. I tak cała misterna konstrukcja się zawali. LASA natomiast to technologia, dzięki której, według deklaracji producenta, pasmo przenoszenia w zakresie od 20 Hz do 20 kHz pozostaje liniowe, niezależnie od obciążenia na wyjściu. Jaka jest zasada tego rozwiązania, także się jednak nie dowiemy.

 

44-48 02 2013 08     44-48 02 2013 05

Inżynierowie MBL-a oświecili mnie w jeszcze jednym aspekcie, którego dotąd nie byłem świadomy. Otóż we wzmacniaczach klasy D (mówimy o gotowych modułach w postaci „sauté”) poziom zakłóceń rośnie wraz ze spadkiem mocy. To oznacza, że przy niskim poziomie wysterowania dźwięk stanie się nienaturalny oraz, że cichsze partie danego instrumentu zabrzmią fałszywie. Dzięki rozwiązaniom LASA ten defekt został wyeliminowany.
Podsumowując wyjaśnienia producenta, możemy powiedzieć, że C51 to wzmacniacz pracujący na tranzystorach przełączanych, który od strony pomiarowej w niczym nie przypomina wzmacniacza w klasie D. Od strony wizualnej również nie. Solidne 23 kilo wagi netto, pobór mocy 70 VA na biegu jałowym, lekkie nagrzewanie górnej pokrywy – to wszystko sugeruje układ, którego na własną rękę klasyfikować nie będę.
Obudowa jest hybrydowa. Ze stali wykonano spód i tył; góra i boki to aluminium. Natomiast front to charakterystyczny dla MBL-a płat akrylu. Całość opiera się na misternym stalowym rusztowaniu, do którego przykręcane są odchylane na zawiasach boki oraz środkowa część panelu górnego.
W zasilaczu zastosowano dwa transformatory toroidalne, podwójnie ekranowane (ekran elektromagnetyczny i elektrostatyczny). Nie należy się sugerować odpustową naklejką MBL na większym z nich – oba pochodzą od dostawcy zewnętrznego (GT Elektronik).
Za wejściem IEC znajduje się sekcja z filtrem sieciowym oraz rozgałęzieniem zasilania na dwie linie. Pierwsza prowadzi do mniejszego, umieszczonego pionowo trafa, odpowiedzialnego za zasilanie preampu. Druga do większego, napędzającego końcówki mocy.
Urządzenie składa się z dużej ilości płytek drukowanych (doliczyłem się 13), ale najwięcej dzieje się w centrum. Największy druk mieści prostowniczo-filtrującą część zasilacza końcówek mocy (elektrolitów nie żałowano – w sumie jest ich 12,po 6800 μF każdy), natomiast płytka nad nim – elektronikę przedwzmacniacza oraz mniejsze elementy zasilania.
Wstępne oględziny prowokują do postawienia pytania, co tu robi bardzo duży radiator, skoro wzmacniacze przełączające ze sprawnością przekraczającą nawet 90 % właściwie się nie nagrzewają? To rozumowanie okazuje się błędne. Radiator, owszem, odprowadza ciepło, ale nie z tranzystorów, lecz z ośmiu diod prostowniczych. Są to modele przystosowane do pracy z bardzo wysoką częstotliwością, dedykowane zresztą głównie zasilaczom impulsowym.
Same tranzystory znajdują się w końcówkach mocy. Końcówki to ustawione pionowo płytki. Są na tyle ciasno zabudowane, że trudno się im dokładniej przyjrzeć. Każdy kanał ma własny filtr dolnoprzepustowy. Sygnał do terminali biegnie kablami (z nadrukiem MBL, podobnie jak całe okablowanie wewnętrzne) o wzbudzającej zaufanie grubości.
Analogową regulację siły głosu oparto na potencjometrze liniowym, zamkniętym w miedzianej puszce. Jego obrót jest sterowany z zewnątrz nie elektronicznie, lecz mechanicznie, za pomocą tradycyjnej metalowej przedłużki. Pilot uruchamia pracę silniczka.
Urządzenia serii Corona są dostępne w kilku wariantach kolorystycznych. Obudowy mogą być czarne albo białe, natomiast panel wokół wyświetlacza w obu wersjach – złoty albo palladowy (zbliżony do srebra). Na zamówienie wszystkie powyższe wersje mogą mieć też złotą/ palladową środkową ramę na górze.

44-48 02 2013 02     44-48 02 2013 03

Konfiguracja
Mój pierwszy kontakt z integrą C51 nastąpił w salonie dystrybutora (50 m2). Wzmacniacz, połączony z firmowym źródłem C31, sterował kolumnami Burmester B80 i cebulkami MBL 116 F. Zrobiłem także porównanie z integrą Burmestera 082. Na dłuższy odsłuch zabrałem go jednak do domu. Tu zagrał z dwoma odtwarzaczami (ponownie C31 oraz Naim 5X/Flatcap 2X) i kolumnami Dynaudio Contour 1.3 mkII. Kable głośnikowe to ZenSati #3, kabel XLR do źródła MBL-a – również ZenSati #3, a RCA do Naima – Synergistic Research Element Copper. Kable sieciowe to PAL i Neel, a wszystko wpięte do listwy PAL Powerport.

44-48 02 2013 04     44-48 02 2013 06

Wrażenia odsłuchowe
Zwykle, zanim nacisnę „play”, przed pierwszym odsłuchem przekręcam potencjometr na „bardzo głośno” i sprawdzam poziom szumu generowanego przez system bez sygnału. Tak z ciekawości. Rzadko się zdarza, aby szum był znaczny. Najczęściej występuje, ale na poziomie pomijalnym. Dlaczego o tym wspominam? Bo po podłączeniu C51 szumu nie było absolutnie żadnego. W pierwszej chwili myślałem, że coś się zepsuło, ale jednak nie.
Po przekręceniu pokrętła głośności do poziomu zdroworozsądkowego i wciśnięciu „play” z kolumn popłynęła muzyka. A przede mną otworzyła się otchłań czarnego tła, na którym wzmacniacz, jakby od niechcenia, malował złożone muzyczne obrazy.
Bas MBL-a jest zdyscyplinowany. C51 zdecydowanie preferuje strategię perfekcyjnej kontroli najniższych składowych. Zwolennicy rozlewającej się podstawy harmonicznej mogą poczuć niedosyt, co nie oznacza, że mamy do czynienia z jakąkolwiek redukcją niskich tonów. Basu jest tyle, ile trzeba. Ale został skonfigurowany w ten sposób, aby za wszelką cenę uniknąć zalania falą potężnego pomruku całego pomieszczenia i tym samym zepchnięcia na dalszy plan wyższych rejestrów pasma. To oczywiste – skoro wzmacniacz ma zagrać z firmowymi kolumnami 116 F, wyposażonymi w zdublowany subwoofer, to nie może sobie pozwolić na bezkrytyczne wyciskanie z kolumn, ile fabryka dała. MBL woli kontrolować bas tam, gdzie mogłoby go być za dużo, niż rozdmuchiwać w sytuacjach, w których go brakuje. Polubiłem go za to. Takie granie przywołuje do porządku bas generowany elektronicznie, ale pozwala jeszcze zabrzmieć w pełnej rozpiętości temu akustycznemu.
C51 jest bardzo szybki. Nie tylko w skali mikro, ale także makro. Nie chciałbym tego porównywać do pośpiechu, ale szybkość reakcji zadziwia. Jakby wzmacniacz nie czekał na to, co mu dostarczy źródło, tylko odczytywał jego myśli. Jakby już wcześniej znał wszystkie płyty, które wkładałem do odtwarzacza.
Dynamika to mocny atut MBL-a. C51 prezentuje bardzo wysoki współczynnik przytupywania. Sekcję rytmiczną przedstawia dość odważnie. Często właśnie na tym wykładają się nawet drogie urządzenia. Bo w dążeniu do oddania całej energii bębnów, a zwłaszcza talerzy nadają niektórym uderzeniom zbyt dużą metaliczność. C51 doskonale łączy w reprodukcji tych uderzeń siłę, blask, szybkość i fizjologiczność. Perkusja jest dobitna, ale bez nalotu nadprogramowej szorstkości. W połączeniu z dokładnością i porządkiem MBL doskonale sprawdzał się w rocku.
To, że wzmacniacz generuje idealne czarne tło, ciszę za dźwiękami sprawia, że rysunek sceny staje się fascynujący. Stereofonia to dla mnie największy atut C51. Lubi grać szeroko, ale zachowuje zdrowy umiar. Nie przekracza fizycznej granicy ścian bocznych, choć doskonale się czuje w odwzorowaniu dźwiękowych sztuczek, jakie czasami zaskakują na płytach. Za to plany głębi zostały rozrysowane po mistrzowsku.
Konstruktorzy, w celu rozciągnięcia sceny w głąb, posługują się niekiedy zdecydowanym wysunięciem wokalu do przodu. MBL tego nie robi. Głos nie jest ekspansywny, a wzmacniacz nie wypycha go na siłę w stronę słuchacza. Mało tego, odległość pomiędzy pierwszym a ostatnim planem jest zgodna z tym, czego można oczekiwać od integry tej klasy. Ale wewnątrz tej przestrzeni MBL potrafi zmieścić i pokazać więcej płaszczyzn niż większość (o ile nie wszystkie) znanych mi pieców. Ponadto ze stoickim spokojem utrzymuje porządek na scenie nawet przy nagraniach o bardzo złożonym instrumentarium. Każde źródło pozorne ma sugestywną i dokładną lokalizację.
Proporcje między zakresami są wręcz wzorcowe. Każdy jest traktowany z jednakową atencją. MBL nie nadaje brzmieniu sygnatury barwnej. Nie ma tu lampowych umizgów, rozmiękczania ani ocieplania. Jednocześnie sprzęt tej firmy tradycyjnie już cechuje pierwiastek analogowości. Sprawia on, że dźwięk C51 błyszczy, ale nie jest rozjaśniony. Że bas jest kontrolowany, ale nie twardy. Że kontury dźwięków w średnicy są wyraźne, a mimo to płynność pozostaje nienaruszona. Żaden podzakres nie jest uprzywilejowany. Odniosłem wrażenie, jakby równowagę w całym paśmie konstruktorzy konfigurowali z linijką w ręku. Neutralność na szóstkę.
Na uwagę zasługuje też czystość średnicy. MBL niczego nie pompuje ani nie nasącza. Mogłoby się wydawać, że brzmienie z premedytacją pozbawiono całej dodatkowej aury. Istotnie, C51 gra „gołymi” dźwiękami, bez podkolorowań. Średnica prezentuje swoje bogactwo w postaci czystej, a nie ozdobionej. Wydawałoby się, że to prosty przepis na sterylność, ale nie. Przejrzystość i szczegółowość są osadzone w takiej rozpiętości barw, że odsłuch potrafi wciągnąć bardziej niż niejedna lampa. Choć jeszcze raz należy podkreślić, że MBL stawia na dokładność, a nie rozmarzenie. Niemiecka firma pokazuje, że neutralność może być o wiele ciekawsza od najbardziej nawet finezyjnych sztuczek. To muzyka bez ingerencji. Dźwięk po prostu prawdziwy.

Reklama

Konkluzja
Corona dodaje do firmowej analogowości MBL-a pierwiastek szybkości. W jakiej klasie pracuje ten wzmacniacz, staje się po odsłuchu kwestią drugorzędną. Chyba, że uznamy, iż C51 pracuje po prostu w klasie najwyższej.

44-48 02 2013 T

Autor: Mariusz Malinowski
Źródło: HFiM 02/2013

Pobierz ten artykuł jako PDF