Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

Gryphon Atilla

78-84 12 2009 01Najdroższą integrą w ofercie Gryphona jest obecnie Diablo – prawdziwy smok o mocy 250 W/8 Ω. Cena 50 tys. zł nikogo już nie dziwi, bo duńska firma pozycjonuje się w ścisłym high-endzie.

Diablo to konkurencja dla konstrukcji dzielonych, bo wydajność prądowa i zaawansowany układ pozwalają go podłączyć do niemal każdych głośników. Atilla jest tańszy o 14 tys. zł, ale mamy do dyspozycji „jedynie” 100 W. Czy zamożni klienci będą zainteresowani tym modelem, jeżeli dokładając 35 % mogą zamknąć temat wzmacniacza zintegrowanego, a przy okazji pochwalić się „prawdziwym Gryphonem”?


Nasuwa się analogia: Porsche 911 i Cayman. Na pierwszy rzut oka podobne, ale znawca od razu dostrzeże różnicę. Z punktu widzenia klienta to także dwa rodzaje satysfakcji. Jednak praktyka poskazuje, że ludzie chętnie kupują Caymana. Z kilku powodów. Po pierwsze, nadal wysoka jakość wykonania. Po drugie, ten sam wspaniały dźwięk silnika i osiągi wystarczające, żeby zabić kierowcę, zanim bokser się do- trze. Po trzecie, piękna linia. Po czwarte, to po prostu... porsche.
Wydaje się, że specjaliści Gryphona kierowali się podobnymi przesłankami. Dlatego nikt nie wpadł na pomysł, aby za 25 tys. zł zbudować integrę „entry level” o mocy, dajmy na to, 60 W. Konkurencja jest w tej cenie niezwykle mocna i tworzą ją firmy owiane często nie mniejszą legendą. Gryphon to jedna z najdroższych marek. Plasuje się wyżej od McIntosha, Audio Researcha i Krella. Taka pozycja w katalogu mogłaby mu tylko zaszkodzić. Lepiej więc obstawiać swój segment ofertą niewielką, ale przemyślaną, niż starać się konkurować z producentami, którzy w okolicach startu luksusowej elity proponują najbardziej wyrafinowane konstrukcje.

Budowa
Czasem pozornie nieistotne cechy nabierają znaczenia. Jak choćby fakt, że Atilla jest... niezbyt duży. Wydając poważną kwotę, oczekujemy, że produkt będzie okazały i już gabarytami zwróci na siebie uwagę. Tutaj mamy do czynienia z płaskim klockiem, w dodatku szerszym o 4 cm, niż przewiduje europejski standard.
Wzmacniacz wygląda oryginalnie. Wspiera się na czterech ogromnych nóżkach, wynoszących obudowę na wysokość 5 cm. Przypomina trochę statek kosmiczny i wyróżnia się na tle konkurencji. Podstawki nie tylko zdobią. Tłumią drgania, które mogłyby zakłócać pracę obwodów elektronicznych i przenosić się na pozostałe komponenty systemu. Ponadto duży prześwit zapewnia wzmacniaczowi stabilność termiczną. Radiatory odprowadzają ciepło także do dołu, więc swobodny przepływ powietrza wydaje się zapewniony.
Wszystkie urządzenia duńskiej manufaktury wykonuje się ręcznie. Materiały, ich obróbka, spasowanie i wykończenie to czysta perfekcja. W Atilli nie znajdzie się nawet jeden szczegół, który można by skrytykować. Wzornictwo pozostanie kwestią gustu, bo ktoś wolałby solidną gałę zamiast dwóch czujników sterujących głośnością. Podobnie znajdą się przeciwnicy wyświetlaczy i zwolennicy tradycyjnych przycisków, bo „działają pewniej”. Jasne, ale na rynku znajdzie się przecież mnóstwo wzmacniaczy, które spełnią te oczekiwania. Tymczasem Gryphon jest na wskroś „nowoczesny” i trzeba się do niego przyzwyczaić. A nie jest łatwo.
Obudowę wykonano ze szlifowanego, barwionego na czarno aluminium. Boki i większość elementów z przodu to przykład precyzyjnej obróbki metalu, z dokładnością do ułamka milimetra. Kształty i wykrojniki są skomplikowane, więc tym bardziej należy docenić staranność robocizny. To może być powód, dla którego różnica cen pomiędzy Diablo a Atillą jest tak „subtelna”. Obudowa oznacza zwykle największe wydatki, zwłaszcza gdy się ją wytwarza w małych seriach. Tutaj nie oszczędzano.
Front, oprócz aluminium, to także akryl, stosowany przez Gryphona od dawna. Materiał wygląda efektownie, ale dla pedantów może się okazać kłopotliwy. Każdy odcisk palca widać na nim lepiej niż na dobrze oświetlonym lustrze. Jedyne wyjście to utrzymać sporą powierzchnię w idealnej czystości. Zwykłe ścierki i papierowe ręczniki mogą ją porysować. W rachubę wchodzi w zasadzie tylko ircha i najdelikatniejsza bawełna. W komplecie ze wzmacniaczem otrzymujemy specjalną ściereczkę do czyszczenia na sucho, a także bawełniane rękawiczki z logiem Gryphona na grzbiecie. Ich rozmiar jest zdecydowanie kobiecy, więc można zapomnieć o przenoszeniu w nich ciężkiego kloca. Żony i kochanki też bym do tego nie angażował, nawet jeżeli zechce za wszelką cenę udowodnić gotowość do męskich prac. Z akrylu zrobiono też wykończenia na bokach frontu. Pełnią wyłącznie rolę estetyczną. I tutaj znajdzie się zajęcie dla małych rączek, uzbrojonych w firmową, niebieską ściereczkę.

78-84 12 2009 03     78-84 12 2009 06

Na lustrzanym froncie nie widać żadnego przycisku, gałki ani dziurki. Niczego, co mogłoby zakłócić czystość nowoczesnej formy. Nawet wyłącznik sieciowy przeniesiono pod spód. Schowanie prztyczka ma swoje uzasadnienie. Najlepiej wzmacniacza nie odłączać od sieci, bo gra, jak należy, tylko gdy jest rozgrzany. Niewielki pobór mocy w trybie stand by pozwala się nie obawiać o wysokość rachunków.
W Atilli drażni mnie jedno, za to bardzo. Menu i cała elektroniczno-komputerowa zabawa z wyświetlaczem, obsługą i „indywidualnym profilem użytkownika”. Producent uznaje to za atut i nawet przeznaczył pamięć flash do obsługi tego humbugu. Dodajmy, że działającego kompletnie nie intuicyjnie.
W menu ustawiamy własne nazwy wejść, skalujemy elektroniczny potencjometr i robimy coś tam jeszcze. Problem w tym, że należy za wszelką cenę unikać jakichkolwiek ingerencji, ponieważ jeśli raz wejdziemy w ten las, to możemy w nim umrzeć z głodu. Szkoda, że Gryphon nie zainstalował jeszcze „genialnej” Visty Microsoftu. Tylko jej brakuje do kompletu.
Żeby zadać jakąkolwiek komendę z płyty czołowej, trzeba użyć czujników.Zmienia się nimi źródło, włącza urządzenie i robi głośniej. W pierwszych dwóch przypadkach czekamy na zadziałanie przekaźników. Stanowią część układu zabezpieczeń, więc nie powinniśmy narzekać. Zresztą, głośne tykanie przy przełączaniu to niemal znak rozpoznawczy Gryphona. Regulator wzmocnienia jest na pewno mniej sprawny od tradycyjnej gałki, ale można się przyzwyczaić.
Pilot jest mały, ma niewiele przycisków, więc sprawa wydaje się prosta. Niestety, i tu nie uniknięto „unowocześniania”. Na przykład dwa identyczne przyciski z symbolem sieci elektrycznej. Na chłopski rozum wystarczyłby jeden. Tutaj trzeba nacisnąć oba naraz, jak w wyrzutni rakietowej. Dobrze, że nie potrzeba do tego drugiej osoby. Samo wzornictwo wydaje się na pierwszy rzut oka oryginalne, co nie znaczy, że jest dziełem Gryphona. Takie same piloty można spotkać w niemieckich hotelach, do obsługi telewizorów. Należy jednak wziąć pod uwagę, że piloty wielu hi-endowych urządzeń nie są lepsze ani ładniejsze.

78-84 12 2009 02

Widok z tyłu wzbudza zaufanie. Na perfekcyjnie wykonanym aluminiowym bloku znalazły się gniazda, które przypominają raczej biżuterię niż typowe przyłącza. Wszystkie błyszczą złotem niczym ołtarz w bogatej parafii i od razu widać, że to najwyższa półka. Głośnikowych mamy tylko jedną parę, ale przyjmują wszystkie wynalazki. Banany, widełki, gołe kable, szpilki i co kto tam ma. Zaciski są chyba wynalazkiem Gryphona, bo nigdzie indziej takich nie widziałem. Można w nie wtłoczyć ogrodowy wąż i bez problemu dokręcić. Banany wchodzą gładko, a żebyśmy się przypadkiem nie zmęczyli dokręcaniem, zamontowano dwa dodatkowe pierścienie z twardej gumy. Ergonomia na najwyższym poziomie; estetyka i jakość – także.
Podobnie wyglądają gniazda RCA. Grubo złocone, szeroko rozstawione i mocowane dużymi, także złoconymi śrubami. Do dyspozycji mamy cztery wejścia liniowe, wyjście pętli magnetofonowej, a także uziemienie gramofonu (preamp opcjonalnie, w wersji MM i MC). Mądre jest też wyprowadzenie bezpiecznika na zewnątrz. Jeżeli padnie, wystarczy śrubokręt i wymienimy go sami. Jest także wejście XLR. Gryphon wprawdzie nie jest konstrukcją zbalansowaną, ale możemy skorzystać z dobrodziejstw prowadzenia sygnału symetrycznymi kablami.
W negliżu Atilla wygląda wprost imponująco. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to transformator. Wykonany przez brytyjską firmę Noratel toroid (specjalnie dla Gryphona, o czym informuje naklejka z dumnym, złotym logiem) jest ogromny (średnica 16,5 cm, wysokość 7,5 cm) i waży z 10 kg. W skład zasilacza wchodzą też dwie baterie kondensatorów, o pojemności 60000 μF/63 V. Wyświetlacz i układ kontrolny korzystają z osobnego zasilacza, w postaci małego transformatora toroidalnego, także produkcji Noratela. Pozwala to obniżyć poziom zakłóceń, chociaż Gryphon utrzymuje, że zarówno displej (o regulowanej jasności; można go także wyłączyć), jak i potencjometr ich nie wprowadzają. Wewnętrzne okablowanie ograniczono do minimum. Jedyne połączenia, jakie pozostały, prowadzą napięcie do obwodów.
Wzmacniacz to konstrukcja quasi dual-mono – wspólny jest transformator, choć z osobnymi odczepami dla każdego kanału. Dalszą część zasilania i ścieżki sygnałowe fizycznie rozdzielono. Gniazda wejściowe rozstawiono w blokach lewym i prawym. Elektronika przedwzmacniacza zmieściła się na jednej płytce drukowanej.
Końcówki mocy przytwierdzono do dwóch aluminiowych radiatorów. Na każdej zamontowano po dwie pary okazałych tranzystorów, myślę, że Sankena, choć tym razem odczytanie oznaczeń nie jest możliwe, bo tkwią pomiędzy płytkami i aluminiowymi kaloryferami. Te mocno się nagrzewają, co pozwala oczekiwać, że Atilla oddaje część mocy w klasie A. Układ nie zawiera globalnej pętli sprzężenia zwrotnego.

78-84 12 2009 05     78-84 12 2009 04

Konfiguracja
Dobór źródła nie powinien sprawić trudności. Będzie zależał głównie od preferencji użytkownika. Ważniejsze wydają się wskazówki dotyczące kolumn. Teoretycznie nie ma przeciwwskazań, ponieważ wzmacniacz poradzi sobie z większością z nich. Jednak w tej cenie mogą się już pojawić specyficzne wynalazki, jak większe magnetostaty (mniejszym Atilla podoła), elektrostaty, czy wyjątkowo wymagające konstrukcje dynamiczne, choć już z wyższej półki. W takich przypadkach warto się już zastanowić nad Diablo.
W teście wzmacniacz najdłużej pracował w towarzystwie niezbyt wymagających Tempo VI, a także bardziej wybrednych Calder, ze źródłem Gamut CD 3 i okablowaniem Fadel Aphrodite.

78-84 12 2009 07     78-84 12 2009 08

Wrażenia odsłuchowe
Gryphon ma ogromny bas. Ogromny, to nawet mało powiedziane, bo to wręcz fala uderzeniowa, od razu dająca odczuć swą dominację. Zwłaszcza, kiedy posłuchamy elektrycznych nagrań. Pojawia się masa, której nie mogę chyba porównać do żadnego z odsłuchiwanych wcześniej urządzeń. Nawet gdy przypomnę sobie system MBL-a za ponad 100 kzł, najdroższe końcówki BAT-a, Audio Researcha czy szczytowe monobloki McIntosha. Podstawa harmoniczna wydobywa z kolumn subwooferowe brzmienia.
W „Roadhouses & Automobiles” Chrisa Jonesa (Stockfisch) bas jest tak mocny i wszechobecny, że nawet osoby wychowane na koncertach rockowych dojdą do wniosku, że tym razem mają dosyć tego szczęścia. Kolejne płyty potwierdziły tę obserwację. Słuchałem długo, zmieniając repertuar i wydania. Sięgałem po nagrania, gdzie basu jest mnóstwo z założenia. Na przykład „Thunder” (S.M.V.) – to był prawdziwy młot Thora. Bas wypełniał po
mieszczenie, wysyłał do uszu i żołądka fizycznie odczuwalne fale.
Niskie częstotliwości Atilli mają własny charakter. Przede wszystkim miękki, ciepły i przyjemny, choć wzmacniacz nie zawsze panuje nad bombą atomową. Linia melodyczna i rytmiczna czasem zwalnia i nie jesteśmy już w stanie śledzić jej bez wysiłku, jak w konkurencyjnych kombinacjach pre/power w zbliżonej cenie. Zdaję sobie sprawę, że to dopiero „budżetowy” Gryphon i droższy model z pewnością radzi sobie tutaj znacznie lepiej. Zdziwiłbym się, gdyby było inaczej. Moje doświadczenia z poprzednimi wzmacniaczami tej firmy wskazują, że prędzej możemy się spodziewać dołu trochę suchego i do przesady precyzyjnego niż choćby śladowego spowolnienia. Tym razem konstruktorzy poszli w inną stronę. Niewykluczone, że właśnie tego oczekiwali klienci.
Bardzo dobrze udaje się ocenić dół przy wykorzystaniu albumu „3211” Prince’a. To jeden z najlepszych producentów muzycznych, żyjących obecnie na naszej planecie (nawet jeżeli będziemy liczyć na palcach jednej ręki), a do tego jest zdrowo stuknięty na punkcie brzmienia swoich nagrań. Znajdziemy tu wprawdzie kilka punktów wspólnych z audiofilskimi firmami, ale to właśnie „niszowe wydawnictwa” stosują magiczne zabiegi, poprawiające to i owo, czasami nie skupiając się na tym, co w realizacji najważniejsze. Tak jak w Radiohead, obserwujemy wspaniałą robotę dźwiękowca, która może stanowić punkt odniesienia. Miksy są wzorcowe, a każdy zadany „sound” ma smak i doskonałe proporcje.
Gryphon zabrzmiał tak, jakbym do kolumn dołożył dwa subwoofery i rozkręcił je bez udawanej nieśmiałości. Dla mnie oznacza to jedno: Atilli nie powinno się podłączać do dużych podłogówek z ogromnym potencjałem na dole, bo efekty trudno przewidzieć.
Znacznie lepiej ograniczyć wybór do monitorów. Zresztą niewykluczone, że właśnie z myślą o nich powstał junior. Na tegorocznej wystawie w Monachium ten sam wzmacniacz ożeniono z firmowymi konstrukcjami podstawkowymi i grało bardzo dobrze. Dźwięk był zdrowy i proporcjonalny. Żałuję, że nie miałem akurat takich w domu, bo w „Incense and Candles” siłą rzeczy skupiłem się na basie, a wolę posłuchać przetworzonych elektronicznie linii wokalnych. Kiedy je analizuję, odnoszę wrażenie, że to zemsta Prince’a na Madonnie. Widzę jego uśmiechniętą twarz i złośliwy komentarz: „OK, wiem, że nie ja to wymyśliłem, ale skoro już, to popatrzcie, jak to się robi”. Jednak aby znowu doznać tego uczucia, chciałem krzyknąć: więcej środka! A może to Caldery przesadzały z basem? Niewykluczone, chociaż McIntosh dozował go zdecydowanie oszczędniej. W każdym razie, gorąco polecam monitory Gryphona, bo system tworzy synergię.
W nagraniach, gdzie elektryczny dół dawkowano oszczędniej, sytuacja zdecydowanie się poprawia. Wyższa i lżejsza podstawa pasma sprawia, że muzyka brzmi mięsiście i zmierza w stronę miękkości i ciepła. Niewykluczone, że skoro wcześniej Gryphonom zarzucano chłodne serce, konstruktorzy postanowili to zmienić. Jeżeli tak, to Atilla jest początkiem drogi do odnalezienia złotego środka.
„How To Disappear Completly” Radiohead to nagranie, w którym szukamy przede wszystkim przestrzeni i naturalnej barwy gitar akustycznych. W drugiej kwestii Gryphon pokazuje spójność średnicy z górą. Łagodna aranżacja sprzyja dobremu nastrojowi przy słuchaniu. Wzmacniacz jest całkiem przejrzysty i radzi sobie z mnogością planów. Smyczki, gitary, wokal, delikatna perkusja – nie traci czytelności, pokazuje szczegóły. Góra jest czysta, dźwięczna i czuć, że pojawienie się kolejnych pozycji w zapisie nutowym nie spowodowałoby bałaganu. Tak grał Callisto i za to ceniłem tę konstrukcję. Precyzja, neutralność, a do tego dynamika.
Stereofonia może nie zabija rozmiarami, ale zachowano dobrą separację źródeł. Muzycy są porozstawiani na scenie, jak należy. Otacza ich czyste powietrze i można obserwować fakturę współbrzmień, niuanse instrumentacji, zachwycać się barwami instrumentów. O ile nie wejdzie nagle potężny bas z klawisza. Wtedy sytuacja się zmienia. Znowu ciężar przesuwa się w stronę podstawy harmonicznej i dźwięk staje się masywny i potężny. Wychodziłoby więc na to, że duński wzmacniacz jest idealną propozycją dla osób, które lubią wrażenia, z jakimi możemy się spotkać tylko na koncercie. Dlatego polecam go wszystkim, którzy lubią tak zwaną „ostrą jazdę” i nie boją się o dobre stosunki z sąsiadami.
Wydawałoby się, że do muzyki lżejszej gatunkowo należałoby poszukać lampy albo delikatniejszego w obejściu tranzystora, ale w klasyce i akustycznym jazzie Atilla czuje się swobodnie. Wprawdzie perkusyjna stopa lekko wychodzi do przodu, ale nie zdradza już ofensywności i mocy klawisza. Co było czasem nadmiarem szczęścia, przeradza się w zaletę. Lekkie podkreślenie dołu audiofilom na pewno się spodoba. W big-bandach taka wisienka na torcie wyrównuje naturalny niedosyt. Wszystko brzmi pełniej i gdyby dało się jeszcze dołożyć zjawiskowo obszerną scenę, wrażenie mogłoby być spektakularne. Gryphon koncentruje się jednak na porządku pomiędzy głośnikami. Jest dosłowny; instrumenty słychać osobno i nie trzeba się zastanawiać, skąd się wzięły wszystkie smaki świata. Bez muzycznego przygotowania wiemy, że to perkusja, blacha, gitara, saksofon; to po prostu słychać. Kontrabas nie przeszkadza – ekspozycja nie pojawia się w tej części pasma. Podobnie fortepian – brzmi może nie jak na żywo, ale można wychwycić szlachetną barwę poszczególnych pianistów i instrumentów. Do szczęścia brakuje tylko głębi z prawdziwego zdarzenia i prawdziwiej oddanej akustyki sal, w których dokonano nagrań.
Na koniec dynamika. To zdecydowanie mocny punkt. Grać głośno, to dla Atilli nie problem. Wysterować wymagające kolumny – także, mimo „skromnych” 100 watów. Delikatne różnice także pokazuje sugestywnie.

Reklama

Konkluzja
Ciekawy, choć specyficzny wzmacniacz. Dla miłośników dołu kruszącego mury będzie odkryciem. Dla poszukiwaczy prawdy o muzyce – innym na nią spojrzeniem.
Cena jest... uuch. Ale to Gryphon. Jest droższy od niemal wszystkiego, co się na high-endowym rynku rusza. McIntosh, Audio Research, Krell, MBL, Pass i Levinson to przy nim taniocha, jeżeli porównamy urządzenia z podobnego segmentu. Ktoś tak to sobie w Danii wymyślił i konsekwentnie trzyma się planu. Już nie ma zabawy w integry za mniej niż 20000 zł. Nawet „mały”, 100-watowy wzmacniacz „dla początkujących” to konkurent poważnych konstrukcji dzielonych wspomnianych firm.
Jak wiadomo, konsekwencja w biznesie to niesłychanie ważna cecha. A magia nazw i marek nie bierze się znikąd.

78-84 12 2009 T

Autor: Maciej Stryjecki
Źródło: HFiM 12/2009

Pobierz ten artykuł jako PDF