Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

Vincent KHV-111 Mk II

IMG 0022Vincent przyzwyczaił nas do ponadprzeciętnych gabarytów swoich urządzeń. Tylko dlatego nie padłem trupem na widok jego przedwzmacniacza słuchawkowego. W porównaniu z urządzeniami wielkości mydelniczki, KHV-111 Mk II wygląda jak Jumbo Jet przy latawcu. I właśnie za to lubię Vincenta!

Po wyjęciu przedwzmacniacza z pudełka przeżyłem coś na kształt déjà vu. Rzut oka do archiwalnych numerów wszystko wyjaśnił. Pierwsza wersja KHV-111 była wyposażona tylko w wejście liniowe. Po licznych uwagach ze strony dealerów, dołożono podwójne wyjścia i wersję tę, nazwijmy ją „przejściową”, recenzowaliśmy w grudniu 2012. W pełnej Mk II skupiono się na poprawie brzmienia przy zachowaniu wszystkich cech zewnętrznych poprzedników.


Budowa

Na przedniej ściance, wykonanej z grubego plastra aluminium, intrygują dwa pokrętła głośności – osobne dla lewego i prawego kanału. Pomiędzy nimi, w zasłoniętym szybką okienku, widać podwójną triodę 12AX7. Dla dodatkowego efektu podświetlono ją małą diodą. O tym, że mamy do czynienia z poważnym sprzętem, świadczy wyjście słuchawkowe 6,35 mm (duży jack). Z tyłu znalazłem porządne, zakręcane i złocone gniazda: wejście dla źródła liniowego, wyjście „Direct”, do którego sygnał trafia z pominięciem układów wzmacniających oraz „Tube”. Z wnętrza pokaźnej obudowy można zaczerpnąć kilka haustów audiofilskiego powietrza, ale oczy cieszy zdrowe podejście do zasilania. Zamiast taniego zasilacza impulsowego i zamówionego u kooperanta modułu SMD, mamy duży transformator toroidalny oraz grubą płytkę wykonaną w technice montażu przewlekanego. Osoby oblatane w świecie szklanych baniek mogą poeksperymentować z lampami, co rzecz jasna nie powinno pozostać bez wpływu na brzmienie.


IMG 0029

Kanał lewy, kanał prawy, a w środku 12AX7.


Konfiguracja
Recenzenci sprzętu hi-fi, opisujący wcześniejszy wzmacniacz Vincenta, zastanawiali się, po co mu, u licha, dwa potencjometry. Ani to ładne, ani wygodne, a w dodatku podnosi koszty. Ja dostrzegam głęboki sens takiego rozwiązania. Moje pierwsze audiofilskie słuchawki miały osobną regulację głośności w obu kanałach, co uświadomiło mi delikatną różnicę w odbieraniu dźwięków. Snu z powiek mi to nie spędza, bo w trakcie słuchania muzyki z kolumn nie ma to znaczenia, ale nie ma chyba na świecie człowieka, który miałby idealnie symetryczne narządy słuchu. Słuchając dla przyjemności, na spacerze albo w pracy, nie zdajemy sobie sprawy z ewentualnych różnic, jednak nie znaczy to, że ich nie ma. Nie trzeba robić audiometrii; wystarczy odtworzyć jednostajny sygnał monofoniczny, by natychmiast je wyłapać.

 

 

 

IMG 0026

Obudowa z 2-mm blach stalowych.

 
Nie zapominajmy też o różnicach w budowie przetworników słuchawek. Przecież nikt nie będzie robił budżetowych nauszników z selekcjonowanych podzespołów. W przypadku wyjść słuchawkowych we wzmacniaczach zintegrowanych można się ratować pokrętłem balansu, natomiast w większości wzmacniaczy słuchawkowych takiej możliwości nie ma. I tu na scenę wkracza Vincent ze swym niedocenianym pomysłem. Moi poprzednicy miewali problemy z bieżącą regulacją głośności, którą każdorazowo zmieniali oboma potencjometrami. Bez sensu. Testując KHV-111 Mk II, podłączyłem go do odtwarzacza Oppo BDP-103D, wyposażonego w wyjścia z analogową regulacją głośności. Włączyłem testowy sygnał monofoniczny. W odtwarzaczu zmniejszyłem głośność do zera, a potencjometry w Vincencie rozkręciłem do maksimum. Następnie powoli robiłem głośniej w odtwarzaczu. Ostatnim krokiem było dokładne ustawienie bazy – prawy kanał odrobinę przyciszyłem. Później już spokojnie posługiwałem się pilotem odtwarzacza.  Nic też nie stoi na przeszkodzie, by wpiąć Vincenta pomiędzy przedwzmacniacz a końcówkę mocy (wiele wzmacniaczy zintegrowanych ma gniazda pre out/power in). Jeśli wybierzecie to rozwiązanie, sugeruję korzystać z wyjścia „Direct”, będącego zwykłą przelotką. Po podłączeniu wyjścia lampowego dźwięk delikatnie się ociepla i zdecydowanie zyskuje na dynamice.

 

 

IMG 0001

Pierwszorzędne gniazda i sieciówka IEC.



KHV-111 Mk II należy do wzmacniaczy, które dobrze się czują w każdym towarzystwie muzycznym i sprzętowym. W teście współpracował z kilkoma parami nauszników z różnych przedziałów cenowych – od przenośnych Sennheiserów PX100-II przez średniej klasy Philipsy i Bayerdynamiki, aż po topowe Sennheiery HD 800 oraz planarne Oppo PM-1. Za każdym razem odnosiłem wrażenie, że to dobry wybór. Nie znaczy to bynajmniej, że wzmacniacz za 1100 zł będzie godnym partnerem dla pięciokrotnie droższych słuchawek, jednak w przypadku Vincenta takie połączenia nie były skandalicznym mezaliansem. Zasada te nie działa w drugą stronę – po podłączeniu tanich nauszników do drogiego wzmacniacza miałem ochotę wyrzuć je przez okno.

 

 

 

IMG 0009

Vincent nie jest przesadnie urodziwy, ale ma swój styl.



Wrażenia odsłuchowe
Brzmienie Vincenta cechują neutralność i detaliczność. Pierwszy KHV-111 był typowym rockowym zwierzakiem, z mocnym basem i świetnym timingiem. „Dwójka” jest adresowana do audiofilów o szerszych horyzontach muzycznych. Mocny i rytmiczny bas pozostał na swoim miejscu, ale dołączyła do niego czysta i rześka średnica oraz zaskakująco szczegółowe wysokie tony.  Ze starego KHV-111 pozostała też świetna dynamika, zadająca kłam wszelkim opiniom na temat słabowitych wzmacniaczy lampowych. Gdyby nie szklana bańka, widoczna przez szybkę z przodu, nigdy bym się nie domyślił, że mam do czynienia z tego rodzaju konstrukcją.  KHV-111 Mk II z równą swobodą poruszał się w obszarach klasyki, swingu i rocka. Niestraszne mu były „Koncerty brandenburskie”, ostre riffy Metalliki ani audiofilskie plumkania z niszowych wytwórni. Mając w pamięci niedawny test zestawu CD-S8/SV-800 („HFiM 7-8/2004”), dochodzę do wniosku, że Vincent wyrósł z młodzieńczych fascynacji muzyką rockową i gusta jego konstruktorów powoli ewoluują w stronę trudniejszego i ambitniejszego repertuaru.

Konkluzja
No i co z tego, że KHV-111 Mk II kosztuje tylko 1100 zł? Gra i prezentuje się na tyle zacnie, że grzechem byłoby przejść koło niego obojętnie. Gorąco polecam!

vincent t


Mariusz Zwoliński
Źródło: HFM 09/2014

Pobierz ten artykuł jako PDF