Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

Przybyszka z Internetu - Walentina Lisitsa

84-87 10 2012 01Z Walentiną Lisitsą, najchętniej oglądaną na YouTubie pianistką świata, która właśnie wydała debiutancką płytę pod szyldem Dekki, rozmawia Maciej Łukasz Gołębiowski:

MŁG: Mimo zmian technologicznych klasyczni pianiści rzadko promują się w internecie. Jak stała się pani gwiazdą sieci?
WL: Tajemnica tkwi chyba w tym, że nigdy nie starałam się być gwiazdą. Wielu próbuje i im nie wychodzi. Dla mnie pojawienie się na YouTubie było w pewnym sensie ostatnią deską ratunku. Nie miałam żadnych zaplanowanych koncertów i nikt ze świata profesjonalnych muzyków się mną nie interesował. To był poważny kryzys. Chciałam grać dla ludzi, ale nikt nie chciał mi tego umożliwić. Dzisiejszy świat nie sprzyja robieniu kariery. Jest wielu dobrych pianistów, którzy grają tylko dla siebie i rodziny.


Ja chciałam czegoś więcej. W 2007 wrzuciłam do serwisu kilka filmików zrealizowanych amatorsko w domu. Nie liczyłam na wielki odzew; po prostu chciałam się nimi podzielić. I nagle zaczęłam dostawać maile od osób, które to zobaczyły i im się spodobało. Przesłali znajomym, a tamci kolejnym znajomym. Z dziesiątek odwiedzin zrobiły się setki, a potem tysiące. Tak działa świat serwisów społecznościowych. Kiedyś ktoś musiał człowiekowi nadać kierunek, napisać w gazecie: „oto drugi Horowitz, idź i posłuchaj”. Dziś to działa inaczej.
Mówi pani skromnie, ale jednak musiało być coś niezwykłego w tym amatorskim nagraniu.
Na YouTubie najłatwiej znaleźć fortepianowe aranżacje hitów. Umieszczając coś takiego, łatwo można zyskać kilka tysięcy odwiedzin. Mnie jednak nie zależało, by dostarczać ludziom łatwej rozrywki. Jako pierwszą umieściłam moją ulubioną etiudę-obraz Rachmaninowa. Utwór ten wiele osób określiło później jako „niepokojący i denerwujący” i to był dla mnie komplement. Nie cierpię łatwiej i przyjemnej muzyczki, którą puszczają w windach i centrach handlowych. Muzyka ma poruszać i koncentrować na sobie uwagę odbiorcy. Swoją grą wolę ludzi niepokoić niż rozleniwiać i usypiać.
Na YouTubie stosunkowo łatwo zbudować wokół siebie aurę geniusza. Są programy do edycji; wiele można ukryć i poprawić. Niektórzy wolą tam zostać. Po co ryzykować zderzenie z realną publicznością?
Mówi pan o tych, którzy czarują fortepianową pirotechniką. Faktycznie jest ich trochę. Chwalą się, że jakiś utwór grają najszybciej na świecie i tymi swoimi piruetami robią klasyce więcej krzywdy niż pożytku. W niej przecież nie chodzi o techniczne popisy, ale o ekspresję i emocje, o jej przeżywanie. Dlatego nigdy nie chciałam być tylko pianistką z internetu. Bardzo mi zależało, by wyjść z monitora do ludzi i tak się stało w Royal Albert Hall. Wszyscy mogli przyjść, zobaczyć, co ta Lisitsa potrafi i czy to, co było na YouTubie, sprawdzi się na żywo.
Rzuciła się pani na głęboką wodę. Royal Albert Hall to praktycznie stadion i wnętrze mało przyjazne nawet dla współczesnego fortepianu koncertowego.
Faktycznie, wygląda jak stadion i nie projektowano go z myślą o recitalach fortepianowych, tylko organowych. Ale wiele osób, z którymi rozmawiałam przed koncertem, mnie uspokajało i wspominało, że najpiękniejszym wieczorem, jaki stamtąd pamiętają, był recital Marii Joao-Pires, która z chorą ręką grała niezwykle cicho nokturny Chopina. I nikomu to nie przeszkadzało. Publiczność siedziała w absolutnym skupieniu i ciszy, choć nie było fajerwerków, efektów świetlnych ani potężnego brzmienia. Była tylko drobna kobieta przy fortepianie i oni. Magiczny moment.
Tyle że w takim miejscu muzyka klasyczna chyba musi być postrzegana jak rozrywka?
Bardzo bym chciała, aby klasyki nie postrzegano jako rozrywki. Ona może na tym wyłącznie stracić. Muzycy klasyczni nie mogą rywalizować z dzisiejszym przemysłem rozrywkowym. Stawianie nas w jednym rzędzie z kinem, muzyką rockową, cyrkiem czy gwiazdami pop sprawi, że ludzie żądni podobnych wrażeń mogą się rozczarować.
Czytając amerykańskie gazety, byłam w szoku, że informacje o koncertach drukuje się tam w dziale „Rozrywka”. Już lepiej by zrobili, umieszczając je w dziale „Religia”. Tam przynajmniej są terminy nabożeństw. Doświadczanie tej sztuki jest bliższe duchowym przeżyciom w kościele niż na stadionie. Tak myślę.
Czy jest publiczność na której zależy pani najbardziej?
Na każdej i żadnej jednocześnie. Nigdy się nie starałam, żeby publiczność mnie lubiła i doceniała. Z tego samego powodu nie startowałam w żadnym konkursie. Tam chodzi głównie o to, by się przypodobać jak największej liczbie sędziów i nikogo nie urazić. W ten sposób stopniowo ucisza się swój własny głos i staje się bezosobowym produktem czyjegoś gustu. Nawet jeśli ten gust jest zbiorowy, to nie usprawiedliwia wyzbycia się własnej osobowości. To my, artyści, powinniśmy kształtować gust publiczności, a nie odwrotnie.
Po podpisaniu kontraktu z Deccą, stała się pani jednak trybikiem systemu. Czy to nie zdrada ideałów?
Trudno powiedzieć, kto podjął większe ryzyko – ja czy Decca. Proponując mi kontrakt, ludzie z wytwórni kupowali trochę kota w worku, bo nigdy nie słyszeli mnie na żywo. Wszystko, co wiedzieli, pochodziło z YouTube’a. Usłyszeli mnie dopiero w Royal Albert Hall, gdzie wystąpiłam ciągle jako niezależna artystka, bo to przedstawiciel tego obiektu zwrócił się do mnie przez internet. Chciał sprawdzić, na ile odwiedzalność w sieci przełoży się na sprzedaż biletów na koncert. Występ transmitowano w sieci na żywo. To mogła być kompletna klapa, kompromitacja stulecia, mogłam wyjść na idiotkę i prysnąć jak bańka mydlana. A jednak postanowili zaryzykować uznając, że 45 milionów ludzi nie może się mylić. Skoro płyta się ukazała, nie było chyba tak źle.
Większość znanych pianistów gra dziś na steinwayach. Pani jednak wybrała fortepian Boesendorfera.
Nie mam nic przeciwko steinwayom, może poza tym, że granie na nich należy dziś niemal do obowiązku pianisty. Zawsze stałam obok wszelkich układów personalnych i zawodowych i chcę, by tak pozostało. Boesendorfer jest dla mnie zwyczajnie lepszy niż steinway. Pasuje do mojej techniki gry. Też ma bardzo specyficzne, indywidualne brzmienie. Wszyscy wielcy pianiści z przeszłości mieli swój dźwięk. Słuchając kilku akordów granych przez Rachmaninowa czy Rubinsteina, od razu się wiedziało, kto siedzi przy instrumencie. Dziś wszyscy grają w tym samym tempie, te same utwory i na tych samych fortepianach. Chcąc się choć trochę odróżnić, wybrałam inny instrument. Boesendorfer różni się od steinwaya już na poziomie technologii produkcji. Amerykanie używają sklejki, natomiast Austriacy wyginają ramy z jednolitych kawałków drewna. Gdy dotknie się ramy instrumentu w czasie grania, ona wibruje. Sklejka nie wibruje wcale.
Jakie są różnice w brzmieniu steinwayów i boesendorferów?

84-87 10 2012 02     84-87 10 2012 03     84-87 10 2012 04

Dziś liczą się w zasadzie trzy marki – Steinway, Boesendorfer i Yamaha. Pozostałe jak Fazioli czy Kawai to fortepiany rzadko spotykane w salach koncertowych. Jeśli ustawić te trzy najpopularniejsze instrumenty obok siebie, okaże się, że dźwięk steinwaya jest najbardziej wyważony – ani jasny, ani ciemny, ani głęboki, ani płytki. Uniwersalność to cecha zasadnicza tej marki. Yamaha wyróżnia się dźwiękiem, który można określić jako wesoły, błyszczący w górnych rejestrach, z mocno podkreślonymi wysokimi częstotliwościami. Boesendorfer brzmi natomiast znacznie ciemniej od obu konkurentów. Łatwiej można na nim separować głos basowy od sopranu i wszystko jest bardziej miękkie, pastelowe.
Na swojej płycie gra pani Beethovena zaraz obok Liszta, Rachmaninowa, Chopina i Skriabina.
Na pierwszy rzut oka połączenie może się wydawać nietypowe, ale jeśli dodam, że na koncercie grałam też Mozarta i Schuberta, obecność Beethovena nie będzie aż tak dziwna. Niestety, na płycie nie udało się zmieścić całego 2,5-godzinnego recitalu. Niemniej, układając programy koncertów, nie zwracam zbytnio uwagi na historyczną chronologię dzieł. Często zaczynam preludiami Rachmaninowa, by potem zagrać „Appasionatę”. Chodzi głównie o emocje, a nie o daty czy zgodność tonacji. Jest jeszcze coś. Gdy wchodzę na scenę, ludzie widzą blondynkę siadającą przy fortepianie i myślą – „Phi, co ta panienka może umieć”? Kilkoma preludiami Rachmaninowa bardzo skutecznie rozwiewam krytyczne myśli i buduję sobie szacunek potrzebny, by z większą pokorą i otwartością zechcieli posłuchać, co mam do powiedzenia w większych formach, jak sonata Beethovena. To taki kubeł zimnej wody.
W pani repertuarze współistnieją dwa elementy – wirtuozeria i kreowanie emocji. Jak pani szuka równowagi między nimi?
Nie szukam. Zależy mi wyłącznie na emocjach. Technika to dla mnie sprawa fizjologiczna. Nie używam jej, by zaimponować publiczności. Tak, trzeba mieć technikę, by grać, ale dla muzyka jest to tak podstawowa kwestia jak to, że oddycha, że bije mu serce czy że się poci. Temu, kto ma dobrą technikę, jest łatwiej, ale to nie znaczy, że ktoś mało sprawny nie może grać wcale. W końcu wszyscy możemy chodzić i biegać, choć nie każdy równie szybko. Wszystko i tak wypływa z muzyki, dlatego nigdy nie ćwiczę gam, pasaży czy etiud. Dostosowuję natomiast technikę do każdego granego utworu. Inaczej będę grać Beethovena i Mozarta, nawet jeśli utwory powstały w tym samym roku. Podobnie z Chopinem i Lisztem albo Rachmaninowem i Skriabinem. Każdy wymaga indywidualnego podejścia, także w kwestii techniki gry.

Reklama

W Warszawie zagra pani Chopina na chopinowskim festiwalu i dla ludzi, którzy znają każdą jego nutę. Nie boi się pani choć trochę?
Pamięta pan, co powiedziałam o moim stosunku do publiczności? Nie próbuję się jej przypodobać i jutro też tak nie będzie. Ludzie są ludźmi i nie ma znaczenia, czy gra się w Polsce czy Nowej Zelandii. Muzyka jest uniwersalna. Rodzina mojej mamy pochodzi z Polski. Przybyła wiele lat temu z Pomorza i może te kilka kropel polskiej krwi da mi jakąś duchową łączność z publicznością. Przekonamy się.
Czy internet będzie w przyszłości dobrą drogą promocji dla klasycznych artystów? A może to w ogóle przyszłość rynku muzyki klasycznej?
To nie przyszłość, a teraźniejszość. Z wielu miejsc słychać narzekania, że publiczność słuchająca klasyki się starzeje, że młodzież woli gwiazdki pop niż Mozarta i Chopina. Ale proszę sobie wyobrazić, że po ostatnim koncercie Chopina w Edynburgu pisał on w liście, że choć sukces był ogromny, to połowa sali pozostała pusta. Resztę miejsc zajęli sami staruszkowie, bo młodzież wolała polowanie od koncertów. Minęło wiele lat i nic się nie zmieniło. Dziś młodzież chodzi po ulicach ze słuchawkami na uszach i niszczy sobie słuch sieczką bez wartości. Ale i na nich przyjdzie czas, że dojrzeją do klasyki. To trochę jak z piciem alkoholu. Gdy człowiek ma mało lat, zadowala się piwem i wódką. Wino kojarzy mu się tylko z noworocznym szampanem. Po latach dojrzewa, by nie tylko spróbować, ale i docenić dobre wino, a do niego muzyka klasyczna pasuje o wiele lepiej niż hip-hop czy trash metal. Internet sprawia, że nawet nie mając pieniędzy na płytę, nadal można poznawać muzykę każdego gatunku, rodzaju i z każdego czasu. Dlatego ani trochę się nie boję o przyszłość klasyki. Dla niej internet to szansa, nie zagrożenie.
Dziękuję za rozmowę.

Autor: Maciej Łukasz Gołębiowski
Zdjęcia: Decca/Gilbert François
Źródło: HFiM 10/2012

Pobierz ten artykuł jako PDF