Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

T+A K2 M

62-64 11 2009 01W 1978 roku Siegfried Amft założył firmę produkującą kolumny. Nazwał ją T+A, co oznacza teorię i zastosowanie (Theorie und Anwendung) w elektroakustyce. Co do teorii, to nie mam wątpliwości, że opanował ją na wysokim poziomie w końcu studiował elektroakustykę u samego profesora Sennheisera. Natomiast jak ją stosuje na co dzień, zaraz sami się przekonacie.

Budowa
Dla teoretyków kina domowego wielofunkcyjny kombajn A/V powinien być płaski jak zakalcowaty placek ze śliwkami, a jego obudowa nie ma prawa być skażona choćby gramem metalu. Urządzenie musi dysponować wszelkimi możliwymi dekoderami, których obecność jest ostentacyjnie podkreślana na froncie,

za to nikczemne zaciski głośnikowe z tyłu nie nadawać się do drucików grubszych od zapałki. No i cena – im niższa, tym lepiej.
Tyle teoria, a jak Siegfried Amft zastosował ją w praktyce?
K2 M jest wielofunkcyjnym kombajnem A/V, ale jego aparycja i postura nie pasują do wizerunku popularnych wynalazków masowego rażenia, produkowanych przez dalekowschodnie koncerny elektroniczne. Właściwie to na podstawie pobieżnych oględzin trudno go jednoznacznie zaliczyć do urządzeń kina domowego. Z jednej strony mamy bowiem pokrywę z plastra litego aluminium o grubości 6 mm; z drugiej – ponad połowa wykończenia bocznych ścianek to plastik. W dodatku K2 M jest ciężki jak dola pańszczyźnianego chłopa, więc zapewne kryje w sobie niejedną niespodziankę.
Dwukolorowy front jest tyleż elegancki co niekonwencjonalny. Nie ma na nim żadnych pokręteł ani onieśmielających napisów. Jedyną ozdobę stanowi spory wyświetlacz i kilkanaście przycisków. Dzięki nim możliwa jest dokładna konfiguracja systemu, co ma o tyle znaczenie, że K2 M został pozbawiony... menu ekranowego! Na szczęście setup jest tak prosty, że dwa razy przewertowałem instrukcję w obawie, czy czegoś nie pominąłem. Wprawdzie o czymś takim, jak automatyczna konfiguracja głośników można zapomnieć, ale ciekawostką jest możliwość ustawienia parametrów pracy kolumn w zależności od umiejscowienia: w kącie pokoju, pod ścianami czy bliżej środka.
Szufladę transportu przykrywa maskownica, która wtapia się w otoczenie tak dokładnie, że staje się niemal niewidoczna. W lewym dolnym rogu umieszczono podręczne wejście USB, co automatycznie
lokuje kombajn T+A po nowocześniejszej stronie audiofilskiego świata.

62-64 11 2009 05

Po odwróceniu urządzenia (trzeba je unieść, bo zamiast nóżek zastosowano 3-mm krążki antywibracyjne) wrażenie nowoczesności zostaje ugruntowane. Obok zwyczajowej kolekcji gniazd audio i wideo, których lista znajduje się w tabelce z danymi, zauważyłem kilka służących do przewodowej i bezprzewodowej komunikacji z komputerem. Oczywiście nie mogło zabraknąć wyjścia HDMI, gniazda iPoda oraz drugiego USB na wypadek, gdyby szczęśliwy posiadacz K2 M dysponował empetrójką innej firmy lub przenośnym twardym dyskiem.
Wśród wyjść wideo z niejakim zdziwieniem odkryłem brak scarta; ostał się natomiast kompozyt. Na podkreślenie zasługują wysokiej jakości terminale głośnikowe, wykonane ze złoconego brązu. W sprzęcie A/V trafiają się równie rzadko jak polityk bez powyborczej sklerozy.
Zdjęcie górnej pokrywy wyjaśniło zagadkę masy K2 M. Potężny, 330-VA toroid w zasilaczu swoje waży, ale i tak większą niespodziankę sprawia podstawa montażowa. Otóż boczne ścianki i dno wytłoczono z jednego kawałka stalowej blachy o grubości 2 mm, spawanej na łączeniach oraz wzmacnianej na krawędziach. Pomysł genialny w swej prostocie, za to skomplikowany w wykonaniu. Górne krawędzie dodatkowo frymuśnie wygięto na zewnątrz. W powstałe wgłębienia wsunięto grube panele z twardego i odpornego na wysokie temperatury tworzywa (prawdopodobnie ABS-u), a na nie naciągnięto ozdobne płaty czarnego akrylu. W rezultacie boczne ścianki mają aż 17 mm grubości. W panelu frontowym ABS zastąpiono 3-mm matą bitumiczną. Też niegłupio.
Wnętrze K2 M podzielono na cztery sektory. W jednym króluje napęd płyt, wyposażony w podwójny układ optyczny Sony – osobny dla krążków CD i osobny dla DVD. Nie zastosowano ekranu izolującego transport od otoczenia, ale Herr Amft zdecydowanie należy do osób, które wiedzą, co robią.
Bezpośrednio za napędem umieszczono trzy płytki z sekcją cyfrowo-analogową audio oraz wideo. Mózgiem K2 M jest okazały procesor MediaTek MT1389EE, obsługujący wszystkie dekodery dźwięku i obrazu. Z kolei za konwersję cyfrowo-analogową odpowiada układ Wolfsona, pracujący w trybie 24 bity/192 kHz. Na płytce z wyjściem HDMI nie mogło zabraknąć skalera. Podnosi on rozdzielczość obrazu aż do 1080p.

62-64 11 2009 03     62-64 11 2009 04

Trzeci sektor zajmuje transformator. Wprawdzie w dobie mikroskopijnych zasilaczy impulsowych toroid wielkości miny przeciwczołgowej wygląda jak relikt minionej epoki, ale K2 M zaprojektowano jako urządzenie mające służyć właścicielowi przez długie lata. Ponieważ właściwa dystrybucja energii przedłuża żywotność podzespołów, zastosowanie rozbudowanego zasilania opartego na transformatorze toroidalnym lokuje urządzenie T+A na innej półce niż resztę dalekowschodnich jazgotników. Trafo K2 M ma osobne odczepy dla sekcji cyfrowej, końcówek mocy oraz transportu. Oddzielny układ zasilający działa w trybie czuwania.
Ostatnim elementem budowy K2 M jest zespół wzmacniaczy. Celowo użyłem tego określenia, bowiem urządzenie T+A ma na pokładzie pięć niezależnych końcówek mocy dla głośników oraz oddzielny wzmacniacz dedykowany wyjściu słuchawkowemu. Po podłączeniu nauszników jest on automatycznie aktywowany, a terminale głośnikowe – odcinane.
We wszystkich pięciu końcówkach mocy zastosowano podwójne MOSFETy, dające po 95 watów na kanał. I tu kolejna niespodzianka: choć K2 M jest urządzeniem do kina domowego, to w czasie filmowej projekcji aktywne są tylko głośniki główne i centralny, w miarę potrzeb wspomagane subwooferem. Dwie pozostałe końcówki mocy można wykorzystać do odsłuchów stereo na osobnych kolumnach lub do nagłośnienia drugiej strefy, naturalnie z oddzielną regulacją głośności. Trzecią opcją, wyraźnie faworyzowaną przez Herr Amfta, jest podłączenie głośników głównych w bi-ampingu. T+A podkreśla, że to działanie świadome, ponieważ K2 M jest urządzeniem przede wszystkim stereofonicznym, z dodatkową funkcją oglądania filmów (3.1+2). Gdyby ktoś poczuł niedosyt, może sobie włączyć tryb virtual surround.
A podobno Niemcom brakuje fantazji!

62-64 11 2009 06     62-64 11 2009 07

Konfiguracja
K2 M pracował z kilkoma zestawami kolumn z różnych przedziałów cenowych, jednak najlepiej dogadywał się z podłogowymi Focalami 716V. W miejscu głośnika centralnego stanął Focal CC 700V, zaś w razie konieczności najniższe tony uzupełniał subwoofer SW700V tej samej firmy. Nie chodzi tu bynajmniej o jakieś ograniczenia w końcu K2 M dysponuje mocą blisko stu watów na kanał, ale priorytetem były walory brzmieniowe. Cały system stanął w pokoju o powierzchni 20 m2, choć gdyby był o połowę większy, nikt by na tym nie ucierpiał.

Dźwięk i obraz
Jako że obraz jest tu jedynie dodatkiem do stereo, zacznę od niego i kwestię tę będziemy mieli z głowy. K2 M kosztuje kupę forsy (w Niemczech 3500 euro), a każdy rodak Herr Amfta trzy razy się zastanowi, zanim wyda swoje ciężko zarobione pieniądze. Dlatego konstruktorzy dołożyli starań, by posiadacze klocków T+A poczuli tę szczególną dumę, jaka towarzyszy członkom elitarnych klubów. Musieli w dodatku wziąć pod uwagę niezwykle szybki postęp w dziedzinie kina domowego. Jak więc to pogodzić? Ano trzeba zrobić urządzenie, które będzie na tyle solidne i obdarzone wysokimi walorami użytkowymi oraz brzmieniowymi, że nikomu prędko nie przyjdzie do głowy myśl o wymianie na nowocze- śniejsze. Tak też uczyniono w przypadku K2 M.
Obraz prezentowany przez urządzenie T+A był bez zarzutu. Po prostu. Nasycenie kolorów, gradacja dalszych planów oraz płynność ruchu nie pozostawiały pola do krytyki. No, ale to był tylko dodatek.
Przyznam, że pierwszy raz testowałem urządzenie T+A, więc nieco się obawiałem tzw. niemieckiej szkoły brzmienia, utożsamianej z wojskowymi marszami i Ibiza Disco. Na szczęście Herr Amft także nie zalicza się do entuzjastów podobnej stylistyki.
Podczas odtwarzania krążków z filmami największym atutem zestawu okazała się budowa sceny dźwiękowej. Tak, dobrze przeczytaliście, i to pomimo braku tylnych głośników efektowych. W filmach „gadanych” większość dialogów odbywała się na linii kolumn, zaś towarzysząca im muzyka dochodziła wyraźnie z tyłu. Okazjonalne efekty specjalne wychodziły z kolei przed głośniki. Jeśli uda się komuś poprawić ten rezultat, to z chęcią się wproszę na odsłuch.
W kinie akcji scena przybrała za to kształt rogala na tyle szerokiego, że nie mogłem objąć rozpostartymi rękami jego wirtualnych rogów. I to bez włączonego trybu virtual surround. W naszpikowanych efektami specjalnymi „Gwiezdnych wojnach” zabrakło mi trochę spontaniczności i rozmachu, ale wynikało to z naturalnych ograniczeń zestawu 3.1.
No dobrze, a jak się sprawował bas? Jeśli ktoś nie ma chęci lub możliwości ustawienia w pokoju ponurej bryły subwoofera – niewiele straci. Z podłogowymi Focalami niskie tony były na mocną czwórkę, a dołożenie do nich subwoofera delikatnie tylko uzupełniło najniższe częstotliwości. Wprawdzie ortodoksyjni kinomani nie wyobrażają sobie kina domowego bez tej piekielnej machiny, ale w przypadku K2 M możecie zrobić wyjątek. Na moją odpowiedzialność.
Zaskoczenie, i to graniczące z konfuzją, przeżyłem, gdy w odtwarzaczu wylądowało DVD z koncertem „Supernatural” Santany. Przyzwyczaiłem się do eksplozji energii od samego początku, a tu nagranie zabrzmiało jakoś niemrawo, na pół gwizdka i bez życia. Ki diabeł? Zmieniłem płytę DVD na kompaktową i... miodzio. To była różnica klasy: dynamika, budowa sceny i lokalizacja źródeł pozornych przypominały przesiadkę z niedrogiego amplitunera A/V na porządny wzmacniacz stereo. Solidny fundament basowy zyskał dodatkową moc, zaś zróżnicowanie i kontrola basu zasługiwały na wysokie noty. Kilka następnych krążków utwierdziło mnie w przekonaniu, że K2 M jest dokładnie tym, czym narodził się w głowach projektantów – bardzo dobrym urządzeniem stereo z możliwością odtwarzania filmów.

Reklama

Konkluzja
Kombajn T+A godzi kino i stereo na swój niepowtarzalny sposób. Może wzbudzić zachwyt albo wołać o pomstę do nieba. Mnie się podobał i obawiam się, że nie jestem w tym odosobniony.

62-64 11 2009 T

Autor: Mariusz Zwoliński
Źródło: HFiM 11/2009

Pobierz ten artykuł jako PDF