Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

T.A.C. K-35 + C-35

36-41 10 2012 01Vincent jest firmą niemiecką. Ściślej: zarejestrowaną w Niemczech, ale produkującą w Chinach. Wiele marek stara się skrzętnie ukryć ten drugi fakt. Dochodzi nawet do kuriozalnych sytuacji, w których dystrybutor obraża się na czasopismo lub portal za to, że podały nazwę kraju pochodzenia.

Tymczasem Vincent na współpracę z Państwem Środka zapatruje się zgoła inaczej. Być może dlatego, że jako jeden z pierwszych przeniósł tam produkcję i nie były to kalkulatory czy głośniczki do komputera, ale stosunkowo drogie urządzenia, aspirujące niekiedy do miana hi-endu.
Najpierw było niedowierzanie, uważne oglądanie klocków i wytykanie im niedociągnięć.

Owszem, „stuprocentowa” niemiecka czy brytyjska (bo francuska już niekoniecznie) robota przewyższała dokonania zręcznych rąk pracowników Shenzhen. Urządzeniom Vincenta wytykano także awaryjność, ale dwie rzeczy zadecydowały o późniejszym trendzie.
Po pierwsze, jak mawia młodzież, na ceny Vincenta „nie było bata”. Po drugie, Chińczycy wówczas dopiero się uczyli. Jakby ktoś nadal miał wątpliwości, to zanim się na dobre podkształcili, wiele legendarnych marek z Europy miało już tam montownie. Wychodzi na to, że Wickowi zawdzięczają one przetarcie szlaków i zapłacenie frycowego.
Większość oferty Vincenta stanowiły urządzenia lampowe. Ale zdarzały się też tranzystory. Niemcy stworzyli skomplikowane i niezbyt przejrzyste nazewnictwo oraz systematykę modeli. Klienci się w nim gubili i nie wiem, czy zostało to uporządkowane, ale postanowiono stworzyć nową markę, tym razem całkowicie „lampową”, żeby chociaż w tym względzie była jasność.
Tube Amp Company ma skromny katalog: dwa wzmacniacze zintegrowane i dwa odtwarzacze (trzecia integra jest podobno wycofywana z produkcji). Droższe źródło C-60 opisywaliśmy w „HFiM 5/2012”. Teraz przyszła pora na tańszy system, w pełni lampowy.

Budowa
Wzmacniacz K-35
Producentowi zależało na funkcjonalności i podkreśleniu obecności lamp. W imię tej pierwszej zrezygnowano z klasycznej konstrukcji, czyli umieszczenia lamp mocy na górnej płycie obudowy. To efektownie wygląda, ale wyklucza ustawianie urządzeń na sobie. Tymczasem nabywcy TAC-ów raczej nie będą ludźmi zamożnymi (jak na warunki europejskie, nie polskie; jakby kto pytał: tak, zauważyłem, że jesteśmy członkiem Unii) i koncepcja budowania „wieży” na zwykłej półce RTV obok telewizora może im najbardziej odpowiadać.
Dlatego K-35 ma klasyczną skrzynię. Ale przecież z widoku lamp nie można było zrezygnować. Posiadanie wzmacniacza ze szklanymi bańkami to w pewnych kręgach nobilitacja. A że przyjdzie za niego zapłacić mniej niż 1500 euro, to już słodki sekret właściciela. K-35 może do Krelli i MBL-i ma się jeszcze jak „ser z Lidla” do sera i nie wypada wpadać w zachwyt, ale na tle jeszcze tańszej konkurencji prezentuje się wręcz ekskluzywnie.
Stalowa obudowa z grubym aluminiowym frontem to przyzwoity standard. Klocek jest duży, ale nie przytłaczający. Głównie dzięki wzorniczemu umiarowi. Na płycie czołowej znajdują się tylko: pokrętło głośności, włącznik sieciowy i malutki wybierak źródeł odsłuchu. Oprócz tego pięć diod: cztery sygnalizują wejście, jedna stopień nagrzania lamp (pokazuje, czy wzmacniacz jest gotowy do pracy). Zastrzeżenia można zgłosić do szczegółów. Wielka szyba, przez którą widać świecące lampy, nie jest ze szkła, a z akrylu. Szkoda, że nie dochodzi do krawędzi wycięcia w aluminium, no i logo można było wytrawić gdzieś z boku, a nie w samym centrum, bo psuje widok.
Sercem układu jest kwartet EL34, sterowany dwiema 12AU7. Wszystkie lampy są chińskie. Może nie najlepsze, ale za to tanie, co ucieszy wiele osób, kiedy przyjdzie je wymienić. Tak na oko raz na trzy lata. Moc 35 W (przy dowolnym obciążeniu) zapewne była natchnieniem dla symboli urządzeń z tej linii. Dobrze, bo od razu wiadomo, o co chodzi.
Transformatory wyjściowe ukryto pod blachą obudowy. Wzmacniacz ma solidne terminale dla kolumn – zalane plastikiem odczepy dla impedancji 4 i 8 omów, gniazdo zasilania i wyprowadzony na zewnątrz bezpiecznik. Wejścia to cztery pary złoconych czinczy dla źródeł liniowych. Jest też wyjście dla rejestratorów. Klocek jest potężny, ciężki i wygląda na droższy, ale to akurat dla Vincenta normalka.
Pilot jest po prostu wzorcowy: prosty, metalowy i wykonany jak do urządzenia za pięciokrotnie więcej złotówek.

36-41 10 2012 02     36-41 10 2012 03

Odtwarzacz C-35
W odtwarzaczu C-35 znów szybka na froncie. Tym razem dopasowana do otworu, dzięki czemu źródło od razu zyskuje. Czoło szuflady transportu jest metalowe, więc współgra z aluminiową płytą przednią. Nad szufladą wylądował wyświetlacz, a po jej bokach clou programu, czyli lampy wyjściowe (chińskie 12AX7B). Razem ze wzmacniaczem odtwarzacz tworzy efektowną „choinkę”.
Pięć przycisków obsługuje tylko podstawowe funkcje. Wyposażenie nie jest bogate, ale warto zwrócić uwagę na przydatną rzecz – gniazdo słuchawkowe (duży jack), na dodatek z regulacją głośności. Z dobrodziejstwem inwentarza otrzymujemy także dekoder HDCD.
W komplecie wyjść mamy jedno cyfrowe koaksjalne i dwa analogowe o stałym napięciu nominalnym 2,3 V. To o 15 % więcej niż zwykle, więc w porównaniu z konkurencją TAC będzie grał głośniej. Wejść „dla młodzieży” (USB) nie przewidziano.

36-41 10 2012 04     36-41 10 2012 05

Konfiguracja
Systemu Vincenta słuchałem z kolumnami AP Tempo VI. To głośnik łatwy do wysterowania i, jak już zdążyłem się zorientować, bardzo dobrze spisujący się z lampami. Właśnie z nimi tworzył najbardziej czarujące kombinacje. Słuchając klocków TAC-a osobno, posiłkowałem się McIntoshem MA7000 i Gamutem CD3.

Wrażenia odsłuchowe
Wzmacniacz K-35
Stereotyp lampy to ocieplona i wyeksponowana średnica, zaokrąglone i wygładzone skraje pasma oraz obszerna przestrzeń. A jeżeli mamy do czynienia z EL34, to wpadamy w samo serce tej estetyki. Przynajmniej teoretycznie.
Praktycznie: zimny wzmacniacz TAC-a gra ostro i sucho. Jak tani tranzystor bez zalet lampy. Potrzebuje dobrych 15 minut, żeby dojść do siebie. Zarówno K, jak i C-35 grzeją się niemiłosiernie, co w upalne dni na początku lipca doprowadzało mnie do szewskiej pasji. Jednak to, co mnie męczyło, TAC-owi pomagało. Wygrzany piec grał ciepłą i wyeksponowaną średnicą, przez co wokale brzmiały efektownie i dokładnie tak, jak oczekujemy od lampy. O wycofaniu góry nie było jednak mowy. Przeciwnie – dźwięk zdradzał w tym zakresie raczej tendencje do hałasowania i cykania i wypadałoby go trochę utemperować łagodnymi kablami. Może to jeszcze nie przesada, ale w niektórych zestawieniach i nagraniach odczuwało się dominację wyższej średnicy. Z drugiej strony, jeżeli ktoś się boi zamulenia, to tutaj może spać spokojnie.
Bas stara się być mocny i efektowny. Udaje mu się to nawet, kiedy system stereo służy do oglądania filmów akcji. K-35 nie ma problemów z oddaniem dużych ciśnień. Ma je natomiast, co jest zrozumiałe w przypadku takiej konstrukcji, z kontrolą. Kontury szybkich przebiegów na płytach basistów ulegają zamazaniu i słychać, że z tempem EL34 już sobie nie radzą. Dół jest ciepły, powolny, czasem dość potężny, choć też i niezbyt głęboki. Dynamika? Taka, jakiej możecie oczekiwać z 35 watów z EL34 i ani decybela więcej. Czyli raczej do słuchania kameralnych składów.
Całkiem dobre są za to przejrzystość i przestrzeń. Tą ostatnią możecie być zaskoczeni, zwłaszcza jeśli wcześniej nie słuchaliście lampy. Niby pierwszy plan idzie do przodu, ale całość nie traci głębi. Ciekawa i dość charakterystyczna prezentacja.
Podsumowując, K-35 to dobra konstrukcja na EL34 ze wszystkimi jej wadami i zaletami. No… może tylko brzmi zdecydowanie jaśniej niż większość konkurencji.

36-41 10 2012 06     36-41 10 2012 07

Odtwarzacz C-35
Gamut CD-3 jest odtwarzaczem zdecydowanie wyższej klasy niż C-35. Budowanie systemu nie polega jednak na wyborze obiektywnie najlepszych komponentów, ale na połączeniu dokładnie takich, jak trzeba. Na tym wykładają się audiofile studiujący tylko gwiazdki w testach oraz niedoświadczeni sprzedawcy. TAC nie ma takiej przejrzystości, dokładności i rozdzielczości, jakie oferują kompakty z pogranicza hi-endu, ale w tym systemie robi, co trzeba.
Też eksponuje górę, ale zakłada na nią swoisty korektor. Wyciąga wyższe zakresy, za to osłabia cykający przełom średnich i wysokich tonów. W innych systemach da to wrażenie gładkości góry, jej miękkości, a jednocześnie bogactwa alikwotów. Kulturę i wytchnienie od szeleszczących sybilantów. Średnica jest także lekko wyeksponowana, co wzmacnia wrażenie „lampowości”. Do tego dochodzi prezentacja przestrzeni. Pierwszy plan lekko oddalony, podkreślona głębia. Ogólnie robi to doskonałe wrażenie (spodoba się fanom ECM-u) i daje świetne noty konstrukcji TAC-a.
Bas z kolei jest dość lekki, za to szybki. W porównaniu ze źródłem odniesienia jest go zdecydowanie mniej, za to przyśpiesza. To zrozumiałe, bo wzmacniacz ma go mniej do kontrolowania, co wychodzi mu na dobre. Ogólnie, C-35 to dobre źródło i mocniejsza część systemu. Urządzenie jest bardziej uniwersalne niż wzmacniacz, a w dodatku tańsze od niego. W moim odczuciu powinno być odwrotnie, przynajmniej jeśli zaufamy uszom. Ale pewnie suma kosztów podzespołów da inny wynik i Vincent (w tym wypadku TAC), jako wyjątkowo rzetelny w kalkulacjach, z pewnością to uwzględnił.

Reklama

Konkluzja
Razem najlepiej. Osobno kupiłbym kompakt, choć to produkt dla specyficznego klienta. Pragnącego i jednocześnie bojącego się lampy. Oszczędnego, ale chcącego wyjść na człowieka z gestem i gustem. I w tej roli się sprawdzi, jak mizeria do mielonego.
A kiedy wieczorem zza szybek zabłysną pomarańczowe ogniki lamp, można się w nich zakochać, jak w pięknych oczach z piosenki.

Autor: Maciej Stryjecki
Źródło: HFiM 10/2012

Pobierz ten artykuł jako PDF