Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

The Rolling Stones a sprawa polska

3-19
Przy okazji niedawnej medialnej awantury z The Rolling Stones w tle warto przypomnieć, jak 13 kwietnia 1967 roku legenda rock’n’rolla zapisała się trwale w polskiej historii.

 

Plotka o tym, że The Rolling Stones wystąpią w Warszawie z okazji 25-lecia czerwcowych wyborów z 1989 roku, przetoczyła się przez krajowe media po artykule Jacka Cieślaka z „Rzeczpospolitej”. Informację powtórzyły niemal wszystkie ważniejsze redakcje, choć, oględnie mówiąc, tekst „Stonesi na rocznicę?” nie jest naszpikowany konkretami.
Z jedynej cytowanej w artykule wypowiedzi przedstawicielki Kancelarii Prezydenta – organizatora rzekomego koncertu – wynikało zaledwie, że rozważany jest pomysł zorganizowania dużej uroczystości, być może muzycznej i że „brane są pod uwagę jej różne warianty”. „Rzeczpospolita” nie sprecyzowała, od kogo pochodzi informacja, jakoby gwiazdą na owej imprezie miał być właśnie brytyjski zespół ani skąd wie, że odbyły się już rozmowy z przedstawicielami Stonesów o wysokości honorarium.


Wiarygodna czy nie, informacja o kolejnej wizycie legendy rock’n’rolla w Polsce wzbudziła duże zainteresowanie. Trudno się dziwić – grupa ma w kraju rzeszę fanów. Okazało się jednak, że nie wszyscy przywitali pomysł z entuzjazmem.
Polscy artyści nie chcą Stonesów?
Nie mniejszym echem niż informacja o rzekomym koncercie odbiła się w mediach wiadomość o protestach środowiska muzycznego. Seria artykułów i materiałów telewizyjnych o znaczących tytułach, będących wariacjami zdania: „Polscy artyści nie chcą Stonesów”, wywołała burzliwą dyskusję. O co chodziło?

1-16

 

Otóż świeżo powstały Związek Zawodowy Muzyków RP wystosował do prezydenta Bronisława Komorowskiego pismo, w którym sprzeciwił się tej imprezie.
W utrzymanym w ostrym tonie liście nazwano potencjalny koncert największej rockowej grupy świata „inicjatywą »kulturalną«” (ze znaczącym cudzysłowem) oraz „kosztownymi igrzyskami z importowanym podmiotem wykonawczym” (sic!). ZZMRP powołał się przy tym na skandal związany z niedawnym dofinansowaniem przez Ministerstwo Sportu koncertu Madonny (według NIK przyniosło to stratę 4,6 mln zł). Afera obnażyła nie tylko brak umiejętności w dotowaniu kultury z budżetu, ale też brak rozsądnej strategii działań w tym zakresie. Niestety, większość mediów, zamiast podjąć ten wątek, skupiła się na przedstawieniu muzyków popierających protest jako takich, którzy sami najchętniej wyciągnęliby rękę po państwowe pieniądze.

2-18


Koncert, którego nie będzie
Trudno powiedzieć, że list do prezydenta odniósł skutek, bowiem od samego początku dyskusja dotyczyła „faktu medialnego”. Szybko ustalono, że The Rolling Stones mają już wypełniony kalendarz koncertów i że 4 czerwca nie będą mogli wystąpić w Polsce – nawet jeśli taką opcję rzeczywiście wcześniej rozważano.
Natomiast polemicznej odpowiedzi wymaga fragment oświadczenia ZZMRP, w którym jest mowa o braku jakiegokolwiek związku między brytyjskim zespołem a naszą historią. Nie jest bowiem tak, że występ Jaggera i spółki z okazji polskiego święta byłby nieuzasadnionym pomysłem.
Po pierwsze, innych wykonawców tej klasy co The Rolling Stones… nie ma. Za sprawą trwającej pół wieku kariery i niezliczonych hitów, w muzyce rozrywkowej uznawani są za prawdziwych gigantów – czy to się komuś podoba, czy nie. Ich koncert byłby murowanym sukcesem. Bez problemu zgromadziłby publiczność liczoną w dziesiątkach tysięcy i z pewnością przyczyniłby się do przypomnienia światu o doniosłości polskich zdarzeń sprzed ćwierćwiecza.
Po drugie, niegdysiejsi skandaliści, uosabiający bunt i pogardę dla establishmentu, to dziś szacowni panowie, mający status najważniejszych ludzi show-biznesu. Ich książkowe biografie czytają miliony. Jagger został uhonorowany tytułem szlacheckim. Charlie Watts jest w Polsce kojarzony jako elegancki hodowca koni, a Keith Richards nie tylko wystąpił w filmowym hicie studia Disneya, ale też napisał książkę dla dzieci. Podniesienie statusu Stonesów, którzy z wrogów publicznych i skandalistów stali się członkami brytyjskiej elity towarzyskiej, współgra z historią polskich opozycjonistów. Prześladowani i represjonowani przez władze PRL-u, dziś stanowią lwią część polskiej klasy politycznej i pełnią najważniejsze funkcje w kraju.

 

4-19

 

Po trzecie – i najistotniejsze – The Rolling Stones w historii polskiej kultury popularnej zapewnili sobie poczesne miejsce za sprawą koncertu, który zagrali w Warszawie w 1967 roku. Bez dwóch zdań, byli największą zachodnią gwiazdą pop, która przyjechała wówczas do kraju za żelazną kurtyną. Nie byli pierwszym zespołem z „wielkiego świata”, który wystąpił w Polsce, ani tym bardziej pierwszym, który odwiedził jeden z krajów bloku wschodniego (na taką informację można się natknąć tu i ówdzie). Oczywiście, takie wydarzenia należały do rzadkości, ale przed Jaggerem i spółką w Polsce zagrali m.in. Cliff Richard & The Shadows czy The Animals (w 1965 roku). A jednak to wizyta Stonesów obrosła legendą.


Koncert, który się odbył
O tym, jak wyjątkowe i istotne było to wydarzenie, przypomnieli ostatnio autorzy dwóch znakomitych publikacji: Marcin Sitko w książce „The Rolling Stones za żelazną kurtyną” oraz Marcin Jacobson w albumie „The Rolling Stones Warszawa ‘67” (oba tytuły ukazały się nakładem wydawnictwa c2). Jak wspomina we wstępie do drugiej z nich Piotr Metz: „Przez kolejne lata koncert w Kongresowej powoli tworzył w mojej muzycznej świadomości minilegendę: z fragmentów rozmów, wspomnień, zrozumienia faktu, „kiedy” przyjechali. Z czasem coraz wyraźniej składało się to w całość nowego kalendarza. Nowej ery. Roku zerowego. Wszystko dzieliło się na przed i po”.
Co się takiego stało w trakcie dwóch koncertów w Sali Kongresowej, że wydarzenie to nabrało tak niezwykłej rangi? Jak to możliwe, że do tej imprezy w ogóle doszło?
Te kwestie są przedmiotem spekulacji obu książek. Najróżniejsze odpowiedzi, często wzajemnie się wykluczające, tworzą mozaikę tak barwną i bogatą, że chyba ciekawszą niż jakiekolwiek jedno wytłumaczenie, „jak to było naprawdę”. To, jak bardzo ewoluowały niektóre historie, jak bardzo różnią się relacje świadków, tylko dowodzi mocy tamtych wydarzeń.

5-17


Plotki i fakty
Przywoływana jest np. pogłoska, jakoby kluczową dla organizacji imprezy była sugestia wnuczki I Sekretarza PZPR, Władysława Gomułki, która miała poprosić dziadka o sprowadzenie do kraju swoich ulubionych artystów. Ten wariant odpowiedzi na pytanie, kto pozwolił zorganizować koncert „dekadenckiej grupy z Zachodu”, nie cieszy się jednak dużą wiarygodnością. Chociaż wydaje się, że w hipotezie „rodzinnej” jest coś na rzeczy. Dariusz Michalski utrzymuje, że o zorganizowanie koncertu poprosiła nie wnuczka towarzysza sekretarza, a córki ówczesnego ministra kultury – Lucjana Motyki. Zupełnie inny powód wskazuje muzyk Czerwono-Czarnych i Trubadurów, Ryszard Poznakowski. Jego zdaniem The Rolling Stones pierwotnie mieli zagrać w Moskwie, ale ktoś z decydentów z ZSRR zorientował się, że nie można takiej akcji zaplanować bez próby generalnej. Zamiast w Rosji, „testowy” występ odbył się więc w Warszawie. Jeśli tak było w istocie… to „egzamin” został oblany, bo koncert kwintetu nie tylko nie otworzył zachodniej muzyce drogi do serca ZSRR, ale też przystopował jej rozwój w Polsce. Gdy władze zobaczyły „te tłumy, te reakcje, te różnice w percepcji wywołane oddziaływaniem sceny – mówi Poznakowski – to doszły do wniosku, że chyba jednak jeszcze za wcześnie na takie brewerie”.

6-19

 

Według samych muzyków, koncert nie był sprawą polityczną, a ich własną inicjatywą: „To był nasz pomysł, nie wyszedł od organizatora – zanotował w dzienniku Bill Wyman. – Pieniądze z tego były żadne – nasze honorarium graniczyło z jałmużną. Ale słyszeliśmy, że młodzież we wschodnim bloku zdobywa nasze płyty na czarnym rynku i słucha nas w radio. Na długo, zanim głastnost’ stała się modnym słowem, byliśmy skłonni rozbijać bariery między Wschodem i Zachodem” (cytat za „Satysfakcją” Daniela Wyszogrodzkiego).


Co się zdarzyło 13 czerwca 1967?
Pomijając względy altruistyczne, dla Brytyjczyków koncert w Polsce był szansą otwarcia furtki do potencjalnych koncertów w ZSRR – i próbą dotarcia do tamtego rynku. Był też dobrą okazją do zmiany środowiska po skandalach narkotykowych, które wybuchły wokół Stonesów w USA i Wielkiej Brytanii. W końcu zaś – podróż za żelazną kurtynę trąciła egzotyką. Pobyt w Polsce ewidentnie zapadł muzykom w pamięć. O swojej wyprawie opowiadali jeszcze przez lata, bez żenady koloryzując relacje. Mocno naciągana jest choćby opowieść Keitha Richardsa, według której gitarzysta wyrzucił z Sali Kongresowej elitę PRL-u: „Warszawa w ‘67 roku najbardziej przypominała to, co widziałem w czasie zamieszek w Long Beach. Przyjechaliśmy za żelazną kurtynę, by zrobić wszystko, jak należy; wszyscy podenerwowani. Na lotnisku czekało wojsko. Dotarliśmy do hotelu, który wyglądał jak więzienie. Wszędzie obstawa. (…) Zostaliśmy zaproszeni przez Ministerstwo Kultury na kulturalną wizytę i graliśmy w Pałacu Kultury. Zaczynamy nasz koncert. (...) A kto siedzi na najlepszych miejscach naprzeciwko sceny? Synowie i córy władz partii komunistycznej. Siedzą tam wystrojeni w brylanty i perły... i zatykają sobie uszy palcami. Po trzech numerach mówię: «Kurwa, Charlie, przestań grać. A wy z przodu, wypieprzać stąd – puścicie ludzi z tyłu pod scenę». I tak się stało. Mniej więcej cztery pierwsze rzędy wyszły. Wszystkie maminsynki. Na zewnątrz mieli armatki wodne. Policja miała białe kaski i długie pałki. Czekało tam ze dwa tysiące dzieciaków, które nie mogły się dostać na koncert z powodu synalków i córek władz. Nie doszłoby do zamieszek, gdyby wpuścili tę młodzież do środka”.

7-17

Cóż, uczciwie trzeba powiedzieć, że nie tylko muzyków ponosiła fantazja w opisach tamtych koncertów. Dlatego tak trudno dotrzeć do faktów. Na pewno doszło do przepychanek z milicją pod Salą Kongresową – w socjalistycznej nowomowie rozpisywały się o tym gazety; potwierdzali świadkowie. Ale co ponadto wydarzyło się na tych dwóch koncertach (o 17.00 i 20.30) 13 kwietnia i w czasie pobytu Brytyjczyków w Warszawie? Tu już jest cała masa opowieści mniej lub bardziej wiarygodnych. Jedyne, co można zrobić, to poumieszczać je na skali prawdopodobieństwa.

Czy Brian Jones spalił swoje elektryczne organy i zespół pożyczał sprzęt od grających jako suport Czerwono-Czarnych, ale dopiero po tym, gdy o pożyczkę osobiście poprosił Jagger? To się wydarzyło z dużą dozą prawdopodobieństwa. Czy Mick zjadł kwiaty rzucone na scenę przez jedną z podekscytowanych fanek? Prawda. Czy prasa zgodnie rozpisywała się nad fantastycznym wyglądem i strojami Stonesów? Prawda! Czy ktoś ukradł mikrofon i nie było jak dokończyć bisów? Raczej nieprawda. Czy na sali w czasie koncertu znajdowała się milicja z psami i żołnierze z karabinami, a tajniacy co i rusz uspokajali co bardziej rozszalałych uczestników koncertu? Zdania są podzielone. Czy koncert był genialny? Czy był popisem profesjonalizmu angielskich muzyków? Fuszerką? Czy nic nie było słychać? Czy gitary nie stroiły? Każda z tych opinii pojawia się w relacjach świadków. Czy Stonesi rozdawali swoje płyty na ulicy? Trudno stwierdzić. Czy za zarobione na graniu złotówki, których nie mogli wywieźć z kraju, kupili wagon wódki? To raczej na pewno plotka.

8-159-13Tylko rock’n’roll?
Czy w tych wszystkich wydarzeniach da się znaleźć powód, dla którego te koncerty stały się tak ważne dla tak wielu ludzi? Chyba najlepiej podsumowuje to Marek Proniewicz, wspominając na kartach „The Rolling Stones Warszawa ‘67”: „Najbardziej utkwiła mi w pamięci ta ekstaza. Ludzie jakoś się tak, po raz pierwszy, zintegrowali. Tego wcześniej nie było. Nagle wszyscy zaczęliśmy zachowywać się tak, jak nam się wydawało, że trzeba się zachowywać na koncertach. Na filmach o Beatlesach, z kronik filmowych z Presleyem, widzieliśmy, że te dziewczyny płaczą, a chłopcy tańczą w amoku, ale dotychczas byliśmy jakoś sparaliżowani i dopiero Stonesi nas z tego wyzwolili. Nagle uznaliśmy, iż można być luzakiem, że można zachowywać się inaczej, po prostu bawić się na całego”.
Powiew wolności? Zachodu? Spontaniczności? Żywiołowości? Poczucie wspólnoty? Cokolwiek to było, zadziałało naprawdę.


10-1311-10

 

PS. W Święta Wielkanocne zagadnąłem wujka (rocznik 1953) o jego wspomnienia z pamiętnego koncertu Stonesów. Opowiedział o przedzieraniu się przez kordony milicji pod Pałacem Kultury, o strachu, że ktoś ukradnie bilet. O tym, jak w czasie zamieszek młodzież obrzucała milicjantów modnym wówczas gadżetem – kieszonkowymi lusterkami. Wspomniał też sam koncert: publiczność jak szalona wymachiwała nad głowami marynarkami. On nie miał marynarki, tylko najlepszy, założony specjalnie na tę okazję sweter przysłany w paczce z USA. Wymachiwał nim z nie mniejszym zapałem. Niestety, w połowie koncertu spostrzegł, że w tajemniczych okolicznościach, kręcąc młynki, niechcący „wymienił” się z kimś odzieżą. Amerykański pulowerek przepadł, a wujek został z krajową i zupełnie przeciętną marynarką w dłoni. To był świetny koncert, ale sweterka nie może odżałować.
12-8

 

Takie drobiazgi, anegdoty, tworzą legendy. Łączą teraźniejszość z przeszłością i powodują, że na hasło: „The Rolling Stones w Polsce” ludziom wciąż szybciej biją serca.
 

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFM 05/2014

Pobierz ten artykuł jako PDF