Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

Maestro - Arturo Toscanini

111-115 01 2010 01„Mój Boże, co za życie! I pomyśleć, że są ludzie, którzy mi zazdroszczą. Widzą jedynie zewnętrzną powłokę mojej osobowości, która wydaje się lśniąca i bez skazy, ale wnętrze, dusza, serce pozostaną dla nich na zawsze nieodkryte i skrywają niejedną tajemnicę” - Arturo Toscanini, 1936

 

Trudno byłoby znaleźć w panteonie najsłynniejszych dyrygentów godnego konkurenta dla Toscaniniego. Już za życia stał się legendą i do dziś inspiruje kolejne pokolenia kapelmistrzów oraz żyje w świadomości każdego miłośnika opery i symfoniki. Stał się uosobieniem bezkompromisowego dążenia do perfekcji wykonawczej, nawet jeśli miałoby to oznaczać tyranizowanie muzyków dyktatorskim sposobem pracy. Ironia losu polega na tym, że Toscanini sprzeciwiał się każdej dyktaturze i nie bał się konsekwencji wyrażania tych niepopularnych w pewnym okresie poglądów. Mit, który do niego przylgnął, jest prawdziwy jedynie w części i mocno spłyca osobowość tego wyjątkowego człowieka. Artysty, którego 52. rocznicę śmierci obchodzimy w styczniu 2010.


Arturo Toscanini urodził się 25 marca 1867 roku w Parmie. Był najstarszym z czwórki rodzeństwa i jedynym synem Paoli Montani i Claudio Toscaniniego. Jego rodzice wywodzili się z typowej klasy średniej, przy czym Claudio miał charakter odkrywcy i podróżnika. Był także wielkim patriotą. W młodości przyłączył się do oddziałów Garibaldiego i walczył o niepodległość i zjednoczenie Włoch. Jego wspomnienia i przekonania wywarły silny wpływ na polityczną postawę syna. Z drugiej strony Claudio nie stronił od alkoholu i romansów, które niezbyt pozytywnie odciskały się na życiu całej rodziny.
Arturo wstąpił do Królewskiej Szkoły Muzycznej w Parmie, gdy miał 9 lat, i ukończył ją z najwyższym wyróżnieniem jako osiemnastolatek. Uczył się grać na wiolonczeli oraz studiował kompozycję. I w jednym, i w drugim okazał się wybitnie uzdolniony. Szybko zyskał rozgłos w lokalnym środowisku, nie tylko z uwagi na nieprzeciętną osobowość i szerokie zainteresowania muzyczne, ale także ze względu na fotograficzną pamięć.
Zaraz po ukończeniu nauki, w 1886 roku, został zatrudniony na stanowisku pierwszego wiolonczelisty oraz asystenta chórmistrza przez włoską trupę operową, która planowała wyjazd na tournée po Ameryce Południowej. W Rio de Janeiro zespół miał wystawić „Aidę” Verdiego. W dniu przedstawienia wydarzył się incydent z udziałem dyrygenta Leopoldo Migueza, którego konflikt z orkiestrą i śpiewakami trwał już wtedy od ponad dwóch miesięcy. Pech chciał, że jego kulminacja nastąpiła właśnie w chwili, gdy publiczność schodziła się do teatru. Muzycy i śpiewacy zastrajkowali i odmówili występu z dyrygentem. Impresario w pośpiechu znalazł zastępcę – Carlo Supertiego. Jego poziom okazał się na tyle żenujący, że publiczność wybuczała go i zmusiła do zejścia z podium. Podobny los spotkał także następnego surogata – Aristide Venturiego. W popłochu i kompletnej desperacji śpiewacy zaproponowali, by przedstawieniem pokierował dziewiętnastoletni asystent kierownika chóru – Arturo Toscanini. Mimo że nie miał doświadczenia dyrygenckiego, dobrze znał dzieło i był ostatnią deską ratunku. I tak 30 czerwca 1886 roku około 21.15 Toscanini wziął do ręki batutę i poprowadził swój pierwszy w życiu spektakl operowy – dwuipółgodzinną „Aidę” – w całości z pamięci. Publiczność siedziała jak zamurowana, patrząc jak sprawnie ten młodziutki, nikomu nieznany chłopak radzi sobie w nowej roli. Na koniec odezwały się gromkie brawa i okrzyki zachwytu. Sukces przerósł najśmielsze oczekiwania wykonawców i samego Toscaniniego. W dalszych tygodniach poprowadził jeszcze osiemnaście innych przedstawień i wszystkie udały się fantastycznie. Tak zaczęła się jego prawdziwa kariera.

111-115 01 2010 02     111-115 01 2010 05

Po powrocie do Włoch Toscanini nawiązał współpracę z różnymi teatrami operowymi na terenie kraju. W 1892 roku w Teatro Dal Verme dyrygował światowym prawykonaniem „Pajaców” Leoncavalla. Trzy lata później otrzymał stanowisko dyrektora artystycznego prestiżowej turyńskiej sceny – Teatro Regio. Poza wieloma innymi dziełami przygotował tam pierwsze wykonanie „Cyganerii” Pucciniego. Pokazał też Włochom dzieła Wagnera – „Zmierzch bogów” oraz „Tristana i Izoldę”. W 1898 roku, mając 31 lat, został dyrektorem mediolańskiej La Scali. Spędził tam siedem sezonów, dyrygując m.in. „Zygfrydem” Wagnera, „Eugeniuszem Onieginem” Czajkowskiego oraz „Peleasem i Melizandą” Debussy’ego.
Obok przedstawień operowych starał się także prezentować melomanom dzieła symfoniczne, nie stroniąc przy tym od kompozycji niektórych współczesnych twórców – Sibeliusa czy Ryszarda Straussa. Stał się ważnym reformatorem sztuki operowej poprzez wprowadzenie kilku istotnych zmian w organizacji teatru i samych przedstawień. Mając na względzie Wagnerowskie pojęcie syntezy sztuk – Gesamtkunstwerk – starał się, by opera stanowiła doskonałe połączenie śpiewu solistów, chóru, orkiestry, ruchu scenicznego, dekoracji, kostiumów i oświetlenia. Od muzyków zaczął wymagać większej dokładności technicznej niż to miało miejsce u jego poprzedników. Uznając dzieło za jednolitą całość, zabronił śpiewakom zwyczajowego wówczas bisowania popularnych arii w trakcie przedstawienia. Była to decyzja, która nie przysporzyła mu popularności, ale o nią akurat nigdy nie zabiegał.
Toscanini dużo i chętnie podróżował. W pierwszej dekadzie XX wieku pracował przez kilka sezonów operowych w Buenos Aires. Przygotował tam m.in. pierwsze argentyńskie wystawienia „Potępienia Fausta” Berlioza, „Madame Butterfly” Pucciniego czy „Tristana i Izoldy” Wagnera. Od 1908 do 1915 roku, wspólnie z Mahlerem, był głównym dyrygentem Metropolitan Opera. Także tam przyczynił się do poszerzenia repertuaru, wystawiając „Dziewczynę z Zachodu” Pucciniego czy „Borysa Godunowa” Musorgskiego oraz przypominając dawniejsze opery, choćby „Orfeusza i Eurydykę” Glucka oraz „Euryanthe” Webera. W czasie I wojny światowej zaangażował się w dostarczanie rozrywki żołnierzom i prowadził wtedy wyłącznie orkiestry wojskowe oraz koncerty charytatywne. W latach 20. ponownie dyrygował w La Scali, czyniąc z niej najsłynniejszy teatr operowy Starego Kontynentu. Rozwijał w niej zespól symfoniczny, z którym wyruszył nawet na tournée po Włoszech, a potem po USA i Kanadzie. Lata te były kulminacją jego pracy w roli dyrygenta operowego. W 1926 i 1930 roku odbył dwie znaczące trasy koncertowe po Europie jako dyrygent New York Philharmonic. Także w 1930 stał się pierwszym nie niemieckim dyrygentem, którego zaproszono do poprowadzenia spektakli na festiwalu w Bayreuth. Wystąpił tam jeszcze raz rok później, ale kolejny kontrakt na sezon 1933 już odwołał z powodu dojścia Hitlera do władzy.

111-115 01 2010 06     111-115 01 2010 04

Wydarzenia polityczne poprzedzające wybuch II wojny światowej wywarły znaczący wpływ na życie Toscaniniego. Początkowo był wielkim zwolennikiem Mussoliniego. Podobnie jak inni członkowie włoskiej burżuazji podzielał w roku 1919 jego sprzeciw wobec monarchii oraz zbyt silnej władzy kościoła. Nieudanie kandydował nawet do parlamentu z ramienia partii faszystowskiej. Potem jednak, stopniowo, zaczął zmieniać zdanie.
Z pewnością przyczyniła się do tego dramatyczna śmierć jego przyjaciela, dyrektora konserwatorium w Mediolanie, który wyrzucony z pracy przez ministra edukacji w rządzie Mussoliniego w samobójczym akcie rozpaczy skoczył z dachu. Toscanini napisał wtedy do owego ministra: „To samobójstwo będzie pan miał na sumieniu na zawsze”. Zwrócił się także osobiście do Duce ze skargą, gdy innego profesora pozbawiono stanowiska po jego proteście przeciw próbom tuszowania kulis wspomnianego samobójstwa. Konsekwentnie odmawiał też wykonywania faszystowskiego hymnu „Giovinezzy” na wszelkich uroczystościach, w których brał udział z orkiestrą.
W maju 1931 roku, po kolejnym takim proteście, został napadnięty i pobity przez członków „czarnych koszul” faszystowskiej milicji. To przepełniło czarę goryczy, wywołując przy tym narodowy skandal. Toscanini oświadczył, że nie wystąpi już we Włoszech, dopóki krajem rządzą faszyści. W ten sposób stał się symbolem walki z reżimem. Mussolini w odwecie zabrał mu paszport, który ostatecznie zwrócono dopiero po międzynarodowych głosach oburzenia.
Dyrygent publicznie okazywał pogardę muzykom, którzy występowali w krajach osi. Thomasa Beechama nazwał „stronnikiem nazistów” tylko za to, że bronił Furtwänglera. Zmienił także kompletnie zdanie na temat lubianego niegdyś przez siebie Ryszarda Straussa. Kiedy król Victor Emmanuel III ogłosił się cesarzem podbitej Etiopii, Toscanini zareagował równie emocjonalnie, jak niegdyś Beethoven na wieść o koronacji Napoleona. Wzburzony napisał w liście „Przeklęty Rzym! Mussolini, król-cesarz, papież, wszyscy to świnie”! Ostatecznie wyjechał z kraju i powrócił do niego dopiero w 1946 roku. Na krótko, aby zebrać fundusze na odbudowę zniszczonej przez alianckie naloty La Scali.
Kolejne lata dyrygent spędził podróżując po Europie i USA. Odwiedzał festiwal w Salzburgu, kierował orkiestrami w Paryżu, Hadze i Sztokholmie. W 1936 roku na własny koszt pojechał do Palestyny, aby wystąpić w Hajfie z nowo powołaną orkiestrą, złożoną w większości z Żydów, uchodźców z Europy Wschodniej. Później zespół ten nazwano Israel Philharmonic. W 1938 przyczynił się do zorganizowania pierwszego festiwalu w Lucernie. W końcu jednak wyjechał z Europy na stałe. Przyjął propozycję National Broadcasting Company w Nowym Jorku, by poprowadzić tam nową orkiestrę, stworzoną z najwyższej klasy muzyków. Oddano ten zespół pod wyłączne kierownictwo sędziwego już, ale wciąż aktywnego i pełnego energii dyrygenta. Dzięki transmisjom radiowym i telewizyjnym postać Toscaniniego stała się niezwykle popularna za oceanem. Były to czasy, gdy muzyka klasyczna nie była jeszcze kojarzona z czymś elitarnym i stanowiła część kultury popularnej. Najsłynniejszych dyrygentów, śpiewaków czy solistów noszono na rękach, podobnie jak dziś nosi się gwiazdy rocka. Toscanini należał do grona wybrańców losu i publiczności. Z orkiestrą NBC kreował gust muzyczny Amerykanów przez blisko 20 lat. Wyjątkowym wspomnieniem z tamtych czasów jest tekst autorstwa Karla Glassmana, kotlisty zespołu, który grał w nim od samego początku, aż do końca działalności w 1954 roku. Oto najciekawsze jego fragmenty:
„Naszą orkiestrę utworzono specjalnie z myślą o Toscaninim. Pierwsze próby i koncerty odbywały się pod dyrekcją Monteux i Rodzińskiego. Ten drugi, w czasie każdej przerwy między próbami, ostrzegał nas powtarzając ‘zobaczycie, niech no tylko Toscanini przyjedzie’! Te słowa stały się dla nas koszmarem i wszyscy drżeliśmy na myśl o dniu sądu. W końcu nadszedł.
Siedzieliśmy w milczeniu, a w głowach dudniła nam ta apokaliptyczna przepowiednia Rodzińskiego. Tymczasem Toscanini lekkim krokiem wszedł na podium, uśmiechnął się, podniósł ręce w powitalnym geście i powiedział po prostu: „Brahms”. Przepowiednia się nie sprawdziła. (...) Nasz pierwszy wspólny koncert miał miejsce 25 grudnia 1937 roku i był transmitowany na żywo w sieci NBC dla milionów słuchaczy. Dyrektor personalny zakazał nam tego dnia zagadywać Toscaniniego, wchodzić do studia, do jego garderoby i w ogóle kazał trzymać się z daleka, by dać mistrzowi się skupić. Gdy dyrygent dowiedział się o tym poleceniu, natychmiast je odwołał i był to pierwszy raz, gdy słyszałem z jego ust słowo ‘głupi’. (...) Toscanini niezbyt często nas chwalił za dobre wykonanie. Jeśli już coś mu się spodobało, zwykle mówił po prostu „Bene, bene”. Zdarzyło się jednak, że poprosił kiedyś tubistę, aby na próbie trzykrotnie zagrał fragment rozpoczynający ‘Uwerturę tragiczną’ Brahmsa. Przerażony muzyk był pewien, że coś robi nie tak. Tymczasem maestro powiedział orkiestrze, że w całej swojej karierze nie słyszał, aby ktoś zagrał ten moment tak wspaniale. (...)
Był szczery we wszystkim, co robił. Zawsze mówił, co myślał, ale też umiał się zachować w każdej sytuacji. Bardzo ciepło odnosił się do przyjaciół i rodziny, a w czasie prób traktował z równym szacunkiem i pietyzmem dzieła wszystkich kompozytorów i gatunków – czy były to marsze Sousy, czy opera lub symfonia. Podziwiałem jego temperament mimo sędziwego wieku. Zawsze przez całą próbę stał. Nigdy nie robił sobie nawet 10 minut przerwy, ciągle rozmawiając z muzykami przy pierwszych pulpitach. Oczywiście zdarzały się czasem przekleństwa i krzyki w naszą stronę, ale też nigdy moim zdaniem nie było to ani mściwe, ani nienawistne, ani skierowane wobec kogoś personalnie. To była po prostu jego metoda, by zmusić nas do skupienia się na pracy i stworzenia olśniewającego wykonania. Kiedyś, gdy ćwiczyliśmy „Amerykanina w Paryżu” Gershwina, był bardzo niezadowolony z naszego sposobu grania. Ciągle krzyczał ‘Nie śpijcie’! W końcu rzucił batutę na podłogę i powiedział: ‘Wy zupełnie nie wiecie, jak to jest w Paryżu, prawda?! Macie być żywi, a nie śpiący! Pewnego dnia ja z pewnością umrę, tak? Kiedy wrócę na ziemię, to nie będę już wtedy dyrygentem, ale odźwiernym w burdelu. I wiecie co, żadnego z was tam nie wpuszczę!’ – śmiał się z nas do rozpuku.
Trzeba przyznać, że każdy zespół, z którym Toscanini pracował, wiele na tym zyskiwał. Jeśli więc dziś oskarża się go o terror, to należy pamiętać, że orkiestra to grupa indywidualistów, artystów, z których każdy ma swój gust, podejście do partytury i wizję tego, co gra i jak gra. Rolą dyrygenta jest zgranie tego zbiorowiska jednostek w spójny zespół i wykonanie dzieła jako całości. Jedni robią to dialogiem, inni krzykiem i łamaniem batuty na kolanie, ale publiczność i tak ocenia dopiero efekt końcowy. U Toscaniniego wszystko chodziło jak w szwajcarskim zegarku. Najważniejsza bowiem była dla niego partytura. Wykonawcy mieli być wiernymi sługami muzyki, dokładając wszelkich starań, aby grać zgodnie z intencjami kompozytora. Dziś takie podejście nie dziwi, ale jeszcze 100 lat temu było ono czymś niezwykłym i mogło wręcz szokować. Ówcześni muzycy grali przede wszystkim dla siebie i dla publiczności, aby zebrać gromkie brawa za iście cyrkowe popisy, pozbawione często wartości artystycznej. Toscanini był artystą z krwi i kości i dlatego warto go pamiętać. A że był też wrażliwym człowiekiem, świadczy choćby fakt, że nakazał swojej żonie, aby udzielała pomocy finansowej każdemu muzykowi orkiestry teatru La Scala, który by o nią poprosił i nie zadawała pytań o powody. Kiedyś w trasie koncertowej, w dniu występu autobus przejechał jednego z muzyków orkiestry. Toscanini pytał, czemu przy pulpicie nikogo nie ma, ale powiedziano mu prawdę dopiero po wszystkim. Przez trzy dni nie wychodził potem ze swego pokoju.
Interpretacje Toscaniniego dzisiejsi słuchacze mogą poznać jedynie z nagrań. W znakomitej większości są to rejestracje dokonane z orkiestrą NBC, a więc gdy dyrygent miał już dobrze ponad 70 lat. Niektóre z tych wykonań mogą się wydawać nieco mechaniczne i brzmieć surowo, ale nie należy po nich osądzać całości dorobku. Ci, którzy słyszeli maestra w latach wcześniejszych, kiedy pracował w La Scali, kierował New York Philharmonic albo dyrygował na festiwalach w Salzburgu, wspominali, że był wtedy u szczytu formy. Wypada jedynie żałować, że nie mamy dokumentów fonograficznych z tego czasu. Sam Toscanini nie lubił nagrywać, stwierdzając w jednym z listów, że jego „awersja do tego typu pracy jest wprost ogromna”. Tym, co na pewno charakteryzowało tego dyrygenta poza dbałością o szczegóły były niezwykle szybkie tempa. Jego przeciwnicy tłumaczyli nawet, że kazania, które wygłaszał na temat trzymania się tekstu, miały być jedynie wymówką, aby potem grać prędko i z ostrymi akcentami. Znane są jednak przypadki, gdy Toscanini rugał swoich kolegów za przesadnie szybkie wykonania. Kiedyś napisał do Henry Wooda, który pokazał scherzo z IX symfonii Beethovena w zabójczym tempie 138 uderzeń na minutę: „Mogę się zgodzić, że nie trzymasz się dokładnie wytycznych kompozytora, ale przy 138 ty po prostu zupełnie wypadasz z szyn”.
Jeśli ktoś chciałby zarzucić Toscaniniemu powtarzalność i mechaniczne podejście do interpretacji, to i z tym argumentem można polemizować. Bywało, że dyrygent zmieniał zdanie o sposobie wykonania praktycznie z dnia na dzień. Dokonywał nawet zmian w partyturze – robił skróty, dublował partie wybranych instrumentów albo inaczej aranżował orkiestrację. Nie był zatem wcale tak absolutnym sługą partytury, jak by się mogło wydawać.
Ciekawą i wciąż niezbyt znaną częścią biografii artysty są jego związki z kobietami. Ożeniony w 1897 roku z Carlą de Martini miał z nią czwórkę dzieci. Pierworodny syn Walter przyszedł na świat w marcu 1898. Potem urodziła się córka Wally, a rok później – syn Giorgio, który w wieku pięciu lat zmarł na błonicę. Ostatnim dzieckiem Toscaninich była Wanda, urodzona w 1907 roku. Choć dyrygent miał rodzinę, nigdy nie zaprzestał kontaktów z innymi kobietami. Z większością z nich utrzymywał znajomość na odległość, pisząc tysiące listów miłosnych, choć nie miał do tego zbytniego talentu. Ze znanych z nazwiska kochanek maestra można wymienić: Cesirę Ferrani, Lotte Lehmann, Lucrezię Bori, Rosinę Storchio (mial z nią syna, który chorował na porażenie mózgowe i zmarł w wieku 16 lat), Geraldine Farrar, Herę Nelli, Almę Gluck. Ten łańcuszek nazwisk to praktycznie przewodnik po słynnych sopranach operowych przełomu XIX i XX wieku.
W 1995 roku biograf Toscaniniego Harvey Sachs zdobył pokaźny zbiór listów dyrygenta, pisanych do Ady Mainardi, pianistki amatorki i żony znanego włoskiego wiolonczelisty Enrico Mainardiego. Ich znajomość zaczęła się jeszcze w latach 20., a nabrała tempa, gdy maestro miał już 66 lat, a piękna Ada – 30. Listy pisane do niej były momentami sprośne. Toscanini pisał nawet, by przysłała mu pukiel swych włosów łonowych ze śladami menstruacji. Romans trwał dobrych kilka lat, ale nigdy nie został do końca spełniony. Mainardi nie zdecydowała się odejść od męża, a odległość stanowiła dodatkowy problem.
Ostatecznie Toscanini napisał w 1940 roku: „Wstyd! Jeśli moje ostatnie listy nie przemówiły do twojego serca, to znaczy, że Bóg stworzył twe ciało nieczułym i także duszę twą taką uczynił. Wierzę, a nawet jestem pewny, że nie spotkamy się już nigdy w ciągu tych kilku lat życia, które mi pozostały. Jeśli jednak los zechce inaczej, to z pewnością nie ja będę tym, kto spłonie rumieńcem wstydu”!
Sześć lat później dyrygent przyjechał do Mediolanu i napisał jeszcze jeden list do dawnej ukochanej, tym razem nazywając ją „drogą przyjaciółką z minionych lat”. Był już znacznie łagodniejszy w słowach: „Przez wszystkie te długie wojenne lata nie słyszałem żadnych wieści o Tobie. Jeśli zechciałabyś mi napisać, co u ciebie słychać, będzie mi bardzo miło. W głębi serca nie czuję do ciebie nic więcej prócz dobroci i sympatii”. Mainardi nigdy na ten list nie odpisała. Zmarła w 1979 roku.
Arturo Toscanini jako człowiek i jako dyrygent stał się dla historii muzyki łącznikiem między XIX i XX wiekiem, z wszystkimi tego konsekwencjami. Gdy się urodził (w 1867 roku), żył jeszcze Rossini. Verdi właśnie kończył swego „Don Carlosa”, a Wagner „Śpiewaków norymberskich”. Brahms miał 34 lata, a Puccini i Debussy jeszcze nie skończyli 10. Choć często bywał porównywany z Furtwänglerem, należał do generacji wcześniejszej niż niemiecki dyrygent. Gdy Toscanini debiutował w 1886 roku, Furtwängler miał 5 miesięcy. Potem był nazywany przez Toscaniniego clownem. Stokowski był dla niego szarlatanem i gangsterem, a Wagner – geniuszem. O wszystkich miał wyrobione zdanie i mówił wprost, co myślał. Zreformował teatr operowy, przygotowując go na wymagania dzisiejszej publiczności. Swoim autorytetem zmusił muzyków, by zaczęli poważnie podchodzić do pracy w orkiestrze, tworząc dzisiejszy model profesjonalnych zespołów najwyższej klasy. Nie znosił kłamstwa, tchórzostwa, oportunizmu ani polityków.
Zmarł w swoim domu w Riverdale na nowojorskim Bronksie 16 stycznia 1957. Żył 89 lat. Jego ciało przewieziono do Włoch, gdzie spoczął na Cimitero Monumentale w Mediolanie. Na nagrobku wyryto cytat ze słów, które kiegdyś wypowiedział, kończąc premierę „Turandot” Pucciniego w miejscu, w którym urywa się partytura: „Qui finische l’opera, perche a questo punto il maestro e morto” (Tu kończy się opera, ponieważ w tym miejscu mistrz umarł).

 

Autor: Maciej Łukasz Gołębiowski
Źródło: HFiM 01/2010

 

Pobierz ten artykuł jako PDF