Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulylista3

 

Hot Chip - One Life Stand

111 05 2010 hotChip

EMI 2010

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Muzyka elektroniczna wcale nie musi być monotonna i beznamiętna. Z takiego założenia wyszli Joe Goddard i Alexis Taylor, kiedy sześć lat temu debiutowali z grupą Hot Chip.
W wywiadach opowiadali o fascynacji Kraftwerkiem i niemieckim techno, ale też nieśmiało przyznawali, że chętnie słuchają Justina Timberlake’a oraz produkcji hip-hopowych oraz r’n’b. Na czwartym albumie „One Life Stand” dopięli wreszcie swego. Nagrali najbardziej różnorodne i ambitne piosenki w swoim dorobku.
Obok typowych doskonałych klubowych hitów „We Have Love” czy „Thieves at Night” pojawiają się takie kompozycje jak „Hand Me Down Your Love”, z dynamiczną grą perkusji i fortepianu oraz podniosłą sekcją instrumentów smyczkowych pod koniec refrenu. „Slush” to znów piękna, niemal świąteczna ballada, zagrana w podobnym składzie, ale z dodatkowymi eterycznymi męskimi chórkami w tle. A niezwykle delikatna „Alley Cats” jest wyraźnie naznaczona wpływami r’n’b w partiach wokalnych.
W porównaniu z dotychczasowymi dokonaniami Hot Chip nowy materiał jest też spokojniejszy, lżejszy i bardziej radiowy. Momentami aż za bardzo np. utwór „I Feel Better” wydaje się wręcz plagiatem przeboju Madonny „La Isla Bonita“. Cóż, w końcu ma to być pop XXI wieku.

Autor: Jacek Skolimowski
Źródło: HFiM 05/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Limboski - Cafe Brumba

111 10 2010 Limbowski

Luna Music

Interpretacja: k5
Realizacja: k4

Nie mam wątpliwości, że twórczość Michała Augustyniaka vel Limboskiego stanowi łakomy kąsek dla tabunów recenzenckich mądrali, co rusz zżymających się na postępujący upadek kultury wysokiej. Jednak każdy, kogo nie nauczono mierzenia granic artystycznej wypowiedzi metrem krawieckim, bez trudu dostrzeże miałkość krytykanckiego chciejstwa w odniesieniu do „Cafe Brumba”. Prostota i nonkonformizm Limboskiego to imponująca siła, mająca źródło w nieskrępowanej wolności poszukiwań suwerennych środków wyrazu.
Limboski kpi z mód i trendów. Osieroca lansowane przez media chodliwe „arabeski, frykasy i frytki”, jak by je nazwał Wiesław Dymny, stanowiące trociny, które zasypują resztki wrażliwości odbiorcy. Piękne ballady, lumpiarskie bluesy i ekspresyjne tanga ubrane w pozornie kiczowate brzmienia dzwonków, akordeonu, sitaru czy Yamahy PSS 680 traktują o wartościach starych jak ludzkość: eterycznych uczuciach i frenetycznych afektach. Całość ocieka osobliwym surrealizmem, takim jak w songu o podejrzliwym kotku („Czarny Otello”), który z zazdrości morduje swojego pana, nie zważając na groźne memento: „koteczku mój, o krwią splamionych piąstkach/z miłości śmierć jest dobra tylko w książkach”. Pysznie wymyślone i wybornie zagrane!

Autor: Mirosław Szymański
Źródło: HFiM 10/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Other voices other scenes - Marcin Oleś & Bartłomiej Oleś

111 10 2010 OtherVoicesOtherScenes

Theatre & Film Music
Fonomedia 2010

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Dzisiejszy poziom techniki cyfrowej i jej dostępność sprawiają, że nagranie płyty nie nastręcza większych problemów. W efekcie poznajemy muzykę, która w czasach analogowych szybko zakończyłaby swój żywot. Mam na myśli zwłaszcza tę pisaną dla teatru.
Po dziesięciu latach działalności bracia Olesiowie postanowili zapoznać fanów ze swoim dorobkiem stworzonym na potrzeby sceny. Ich najnowszy album składa się z dwóch płyt CD, na których znajdziemy 36 krótkich form pochodzących z siedmiu spektakli i jednego filmu.
Słuchając „Other voices other scenes”, szybko się orientujemy, że Olesiowie dobrze znają rolę muzyki w teatrze i zasady, jakimi się rządzi. Ich dźwięki są zatem dyskretne, niedopowiedziane, kameralne w brzmieniu i fakturze. Dominują proste, powtarzające się odcinki, wolne od kontrastów dynamicznych i brzmieniowych. Olesiowie, związani z orientacją freejazzową i znani z niezależności, tutaj świadomie rezygnują ze skomplikowanego języka, wychodząc raczej naprzeciw oczekiwaniom reżysera. Ktoś, kto kojarzy ich z awangardą i muzyką improwizowaną, może być nieco zaskoczony.
Album, ukazujący nieco inne, mniej drapieżne oblicze dwóch artystów, jest na pewno wart polecenia, choć na pytanie, czy ta muzyka może funkcjonować niezależnie, każdy słuchacz musi odpowiedzieć sobie sam.

Autor: Bogdan Chmura
Źródło: HFiM 10/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

William Orbit - Pieces In A Modern Style 2

111 10 2010 WiliamOrbit

Decca 2010
Dystrybucja: Universal Music

Interpretacja: k4
Realizacja: k4

Minęło już dziesięć lat od pierwszego spotkania Williama Orbita z muzyką klasyczną. Wówczas na warsztat wziął utwory Beethovena, Barbera, Haendla, Vivaldiego, Cage’a, Góreckiego i innych. Teraz postanowił poszerzyć repertuar remiksów o kolejnych twórców. Jak sam napisał, tworzenie takich aranżacji jest dla niego tym, czym dla innych zdobywanie szczytów górskich lub granie w Sudoku. Innymi słowy: hobby.
Na szczęście efekt tych działań nie jest zły. Orbit poddaje się nastrojowi remiksowanych utworów i stara się go przekazać, wykorzystując oryginalne melodie i harmonię, ale robiąc to wszystko z pomocą elektroniki. Brzmienia zupełnie sztuczne zgrabnie mieszają się tu z samplami prawdziwych instrumentów. Po chwilowej konsternacji nawet klasyczny meloman jest w stanie wybaczyć Orbitowi nieco nonszalancji i ułańskiej fantazji. Takie utwory, jak „Paradisum” z „Requiem” Gabriela Faure czy „Clavier”, oparty na preludium i fudze C-dur z Bachowskiego „Das Wohltemperierte Klavier”, to naprawdę fascynujące i imponujące przeniesienia muzyki dawnych mistrzów do cyfrowej współczesności.
Trochę gorzej prezentuje się np. aria „O mio babbino caro”, która otrzymała rytmiczny podkład mocno psujący nastrój dzieła i wkładający je w nienaturalne ramy. Jest też kilka kiczowatych fragmentów, jak choćby chórek zamykający „Jezioro łabędzie” Czajkowskiego. Mimo wszystko płyty słucha się dobrze i stanowi udaną kontynuację tego, co przed laty rozpoczęła Wendy Carlos. Świetnie też, że Decca wydała suplement, na którym znajdują się oryginalne wersje kompozycji klasycznych wykorzystanych przez Orbita. Szkoda, że trzeba go kupić oddzielnie.

Autor: Maciej Łukasz Gołębiowski
Źródło: HFiM 10/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Mari Boine - Áiggi Askkis – An Introduction To Mari Boine

87 07 2011 mariBoine

Universal 2011

Interpretacja: k5
Realizacja: k4

W rodzimej Norwegii Mari Boine zdobyła najważniejsze muzyczne wyróżnienia i współpracowała z takimi artystami, jak Jan Garbarek. W Polsce znana jest głównie dzięki granym u nas koncertom, oraz za sprawą kilku płyt, wydanych m.in. przez oficynę Petera Gabriela. Jeśli natomiast ktoś jeszcze nie zetknął się z twórczością lapońskiej wokalistki, ma teraz świetną okazję: premierę kompilacji o tytule „Áiggi Askkis – An Introduction To Mari Boine”.
Wybór 30 kompozycji w pełni ukazuje największe talenty Mari. Są to oczywiście umiejętności wokalne i kompozytorskie, ale również alchemiczna wręcz zdolność łączenia, zdawałoby się, przeciwstawnych elementów. Lapoński folk miesza się tu z jazzem, ambientem, muzyką afrykańską i rockiem. Brzmienie archaicznych instrumentów i tradycyjną technikę śpiewu (joik) przeplatają dźwięki gitar, klawiszy i elektroniki. Wyczuwalne w niektórych nagraniach melancholia lub metafizyczna wręcz atmosfera ustępują miejsca lekkości w innych.
Może nie wypada się zachwycać kompilacjami, zwłaszcza że nie są wolne od eklektyzmu, niemniej traktowany jako „The Best of ” czy „zestaw dla początkujących” wybór z twórczości artystki tak niezwykłej jak Mari Boine to po prostu fonograficzna perełka.

Autor: Bartosz Szurik
Źródło: HFiM 7-8/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF

 

Bach in Brasil - Camerata Brasil

87 07 2011 bachInBrasil

EMI 2011
Dystrybucja: EMI Music

Interpretacja: k4
Realizacja: k5

Najsłynniejszy z Bachów nigdy w Brazylii nie był, ale jego muzyka dawno tam dotarła. I jak to często bywa w przypadku dzieł genialnych, okazało się, że nic jej zaszkodzić nie może.
Choć muzycy z dalekiego kraju postanowili grać fragmenty „Koncertów brandenburskich”, inwencji, preludiów czy suity h-moll głównie na mandolinach i gitarach, wszystko i tak zabrzmiało bardzo sympatycznie. Nie jest to dzieło odkrywcze ani wysokich lotów artystycznych. Raczej miła dla ucha płytka, w sam raz na letnie dni. To taka muzyka-tło, która nie męczy ani nie nuży. Można ją sobie wesoło pogwizdywać i z pewnością sprawi więcej przyjemności niż hity niejednej radiowo-telewizyjnej gwiazdy.
By dodać albumowi jeszcze więcej lekkości, w repertuarze znalazły się też utwory kompozytorów brazylijskich (Villa-Lobos, Pixinguinha, Gnattali, Ferreira). Ponadto, co warto podkreślić w audiofilskim magazynie, nagranie zrealizowano na bardzo wysokim poziomie technicznym. Plany są bliskie, proporcje znakomicie utrzymane, a instrumenty brzmią naturalnie i wyraźnie. Zakładając słuchawki, można się cieszyć niemal namacalnym kontaktem z każdym szarpnięciem struny, co w przypadku nagrań wydawanych przez duże komercyjne wytwórnie stanowi raczej wyjątek. Mastering w Abbey Road Studios w Londynie z pewnością ma spore znaczenie. Jeśli więc komuś nie przeszkadza, że do Bachowskich melodii dołożono perkusyjny taneczny rytm, a wszystko brzmi jak tło imprezy na Copa Cabana, to warto, by się tej płycie przyjrzał bliżej. Wszak właśnie zaczęliśmy wakacje. Dobrej zabawy!

Autor: Maciej Łukasz Gołębiowski
Źródło: HFiM 7-8/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF