Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

Electrocompaniet ECD1

Mag 04-07 06 2011 01Electrocompaniet trwa na rynku hi-fi od ponad 25 lat. Powoli, ale konsekwentnie rozwija ofertę. Jej chlubę stanowi oferta Classic, mająca korzenie w konstrukcjach Pera Abrahamsena.

Znalazły się w niej odtwarzacze CD, SACD i wieloformatowy, trzy wzmacniacze zintegrowane, dwa przedwzmacniacze stereo, procesor wielokanałowy, gramofonowy stopień korekcyjny, dwie końcówki stereo i jedna trzykanałowa, trzy monobloki oraz kolumny podłogowe.
Do mniej zasobnych melomanów skierowano serię Prelude, dając do wyboru odtwarzacz CD, przetwornik c/a, dwie integry i zestawy głośnikowe (podłogowe i na podstawkę).


Przetwornik ECD1, jak przystało na reprezentanta Classic Line, wygląda elegancko, a przy tym bezpretensjonalnie. W wieczorowej konwencji króluje czerń ze złotymi akcentami, rozświetlona niebieskimi diodami. Połysku dodaje akryl.
Obudowę wykonano z giętych blach aluminiowych, pokrytych czarnym lakierem proszkowym. Do przedniej ścianki przykręcono 10-mm, również barwioną na czarno, płytę z akrylu. Markę, logo i nazwę urządzenia odważnie opisano złotymi literami. Nieco w ich cieniu widać główny włącznik, sekwencyjny selektor wejść (oba w kolorze złotym) oraz umieszczone po lewej stronie niebieskie diody sygnalizujące aktywne wejście cyfrowe.
Do ECD1 można podłączyć cztery źródła. Na tylnej ściance znalazły się: gniazdo XLR (AES/EBU), dwa RCA (S/PDIF) oraz jedno optyczne (Toslink). Ukłonem w stronę posiadaczy rejestratorów cyfrowych są cyfrowe wyjścia RCA i Toslink. Wyjścia analogowe zrealizowano zarówno w formacie niezbalansowanym (RCA), jak i symetrycznym (XLR). Gniazdo zasilające to standardowe IEC.
Elektronikę rozmieszczono na dwóch płytkach drukowanych. Na głównej,gdzie znalazły się układy zasilania, wejść/wyjść, sterujące oraz stopnie analogowe, zastosowano montaż przewlekany. Mniejsza, przykryta ekranem, mieści elementy przetwornika c/a (montaż powierzchniowy). W zasilaczu mamy transformator toroidalny o mocy około 40 W oraz kondensatory Nippon Chemicon o pojemności 4400 μF. Oddzielne tory zasilania dla układów logicznych oraz części cyfrowo-analogowej korzystają z własnych mostków prostowniczych. Wszystkie wejścia i wyjścia cyfrowe są buforowane.
Sygnał cyfrowy z wejścia trafia do interfejsu CS8420 z zewnętrznym zegarem taktującym. Układ wykonuje upsampling do postaci 24 bity/192 kHz. Za konwersję odpowiada DAC CS4397, pracujący w trybie symetrycznym. Sygnał analogowy jest wzmacniany przez elementy dyskretne 2SC2240 i 2SA970. Zgodnie ze zbalansowaną topologią toru sygnałowego za główne wyjście analogowe należy uznać gniazda XLR. Sygnał do RCA jest pobierany z połówki dodatniej, a napięcie na tych wyjściach wynosi 1,7 V, czyli mniej od standardowych 2 V. Gniazda RCA nie mają oddzielnego stopnia buforującego i jako jedyne zostały podłączone kablami. Pozostałe gniazda (cyfrowe i analogowe) są lutowane bezpośrednio do płytki. Wszystkie wyjścia analogowe wyposażono w przekaźniki opóźniające załączenie sygnału.
Wykonanie i montaż układu elektronicznego oraz obudowy są schludne i precyzyjne. Solidności w tych kwestiach najwyraźniej sprzyja norweski klimat.

Paweł Gołębiewski

Mag 04-07 06 2011 opinia1

Według deklaracji Electrocompanieta ECD1 wykorzystuje taki sam DAC, jak zastosowany w odtwarzaczu CD EMC1UP, kosztującym, bagatela, 17800 zł. Okazja trafia się więc nie lada, bo kupując ECD1 można zaoszczędzić 12000 zł i posiadać urządzenie o dźwięku zbliżonym do flagowego CD, a przy tym obsługujące także inne źródła cyfrowe. To jednak tylko dywagacje, bo zapewne diabeł tkwi w szczegółach. Oczywiście, jeśli szczegółami można nazwać świetny transport Electrocompanieta, zmiany wnoszone przez zasilanie czy dodatkowe połączenia przewodami. Tym razem tego nie rozstrzygnę. Pozostaje przyjrzeć się możliwościom samego ECD1 oraz wydobyć z pamięci brzmienie innych źródeł serii Classic. Szczególnie mam tutaj na myśli gramofonowy stopień korekcyjny ECP1 (test w „Magazynie Hi-Fi” 3/2009).
Po porównaniu notatek z odsłuchu ECD1 i ECP1 zdębiałem. Okazało się, że popełniłem autoplagiat. Biorąc pod uwagę, że to dwa różne źródła, a ten sam wzmacniacz, kolumny, kable i pomieszczenie – linię obrony mam tylko jedną. Electrocompaniet skonstruował przetwornik o cechach brzmieniowych wysokiej klasy źródła analogowego.
ECD1 brzmi bardzo spójnie. Rozumiem przez to umiejętność równego traktowania wszystkich zakresów. Właśnie w tym przypadku trudno pisać o istotnych różnicach w charakterze poszczególnych części pasma. Z drugiej strony, nie zawsze oznacza to, że urządzenie jest neutralne. Jaki w takim razie jest ECD1? Nie jest neutralny. Powiedziałbym raczej: jest ludzki. Należy do coraz mniej licznej grupy źródeł cyfrowych udowadniających, że dążenie do nadmiernej przejrzystości i wyczynowej dynamiki nie jest najprzyjemniejszym dla ludzkiego ucha kierunkiem rozwoju audio. Jako alternatywę dla takiej ścieżki, według mnie ślepej, Electrocompaniet proponuje przetwornik o brzmieniu mającym szansę cieszyć użytkowników przez lata, do tego bez śladu zmęczenia i znudzenia z ich strony.
ECD1 prezentuje nagrania w delikatnie ocieplonej barwie i humanizuje słabsze realizacje. Co ważniejsze, nie szkodzi to w żaden sposób tym dobrym i wybitnym. Nie należy się obawiać zaburzonej przejrzystości. Dowód stanowią nagrania akustyczne – klasyczne, jazzowe i wokalne. Szczegóły podawane są w sposób bezpośredni, a przy tym nienatarczywy. W ulubionych nagraniach bez trudu odnajdziemy smaczki. A wszystko to w dobrej oprawie dynamicznej, zarówno w skali mikro, jak i makro.

Mag 04-07 06 2011 02     Mag 04-07 06 2011 04

Electrocompaniet nadąża za rytmem. Prawidłowo odczytuje skoki dynamiki i jej nie kompresuje. Takie połączenie cech może nie jest czymś wyjątkowym, ale z pewnością przez właścicieli płytotek z rozbudowanym działem rockowym pożądanym jak... Tu chciałem wspomnieć Monicę Bellucci, ale w tej dziedzinie gusta mogą się różnić, tym bardziej, że panie również słuchają takiej muzyki. W każdym razie, nie powinno zabraknąć nieodzownego dla tego repertuaru pazura i solidnego basu.
Wspomniane lekkie ocieplenie nie odbija się również negatywnie na stereofonii. Scena pozostaje szeroka, z dobrą głębią i wiernie zaznaczoną akustyką. Czego chcieć więcej? Może tylko wejścia USB.
Brzmienie znanych mi źródeł Electrocompanieta robi na mnie jak dotąd większe wrażenie niż możliwości wzmacniaczy. I chociaż wnikliwie słuchając pierwszych i drugich, można im przypisać pewne cechy wspólne, to urządzenie cyfrowe okaże się bardziej uniwersalne muzycznie. ECD1 wnosi do systemu elementy szlachetności i elegancji. Łączy przejrzystość brzmienia z płynnością i nasyceniem. Podoba mi się i szczerze polecam. Kto nie posłucha ten trąba. A kto zdecyduje się na zakup ECD1, może spokojnie przeznaczyć zaoszczędzone wirtualne 12000 zł na nowe półki i płyty.

Paweł Gołębiewski

Mag 04-07 06 2011 03

Mag 04-07 06 2011 opinia2

Tak się jakoś złożyło, że w minionych latach słuchałem sporo elektroniki Electrocompanieta: starego ECI 1, a potem modeli 3 i 5. Na podstawie tamtych doświadczeń wyrobiłem sobie ciche przekonanie, że te urządzenia grają sympatycznie, miękko, może nawet trochę grubo i dla mnie generalnie niezbyt interesująco. Jednocześnie jednak nie potrafiłem się uwolnić od uroku wzornictwa tej firmy, zwłaszcza jej starych modeli z pokrętłami, uchwytami i całym tym złotem. Kiedy więc trafił mi w ręce przetwornik ECD1, powitałem go z sympatią, choć bez zapału. Tym większe było moje późniejsze zaskoczenie.
DAC skonfigurowałem, dla osiągnięcia optymalnych rezultatów korzystając ze szczytowego przewodu cyfrowego Transparent Audio AES/EBU i ze zbalansowanych połączeń analogowych. Reszta systemu, można rzec, odpowiadała poziomowi cenowemu testowanego urządzenia, które nie kosztuje oczu z głowy, ale przy obecnych cenach popularnych przetworników taki wydatek robi jednak pewne wrażenie. Rodzi też oczekiwania.
Dźwięk ECD1 lokuje się raczej po stronie przejrzystości i „powietrzności” niż w klimatach ciepło-spowalniających. W system odsłuchowy norweski przetwornik wpasował się lepiej niż mój własny DAC Advance Acoustic. Dźwięk Electrocompanieta stanowi udane połączenie dźwięczności i naturalnego ciepła, z naciskiem na „naturalnego”. W składach jazzowych wychodziło to naprawdę spektakularnie. Małe grupy tym razem czarowały.
Oprócz szczególnie autentycznego oddawania brzmienia instrumentów dętych, ECD1 dobrze różnicuje przestrzeń, oddając na przykład bez problemu różnice między pomieszczeniami, w których rejestrowano kolejne utwory z danej płyty. Zresztą, może były to różnice ustawień sprzętu nagrywającego, dzisiaj trudno być czegokolwiek pewnym w tej dziedzinie. W muzyce kameralnej DAC daje przyjemny, całościowy przekaz, bez nadmiernego sklejania czy ocieplania. To taka już wyższa szkoła jazdy, którą doceni każdy, kto słyszał. Podobno ten przetwornik ma sekcję cyfrową wziętą w całości ze szczytowego odtwarzacza CD norweskiej firmy. To się daje odczuć.
Przy zaletach wynikających z przejrzystości ECD1 pozostaje organiczny i gładki. Nie próbował przełamać mojego systemu, pociągnąć go za sobą poprzez aplikowanie mu ostrości i gwałtowności. Uzupełnił go, zamiast przerabiać na własne kopyto. Jego wpływ jest subtelny. Wypróbowałem tę właściwość na bardziej ekstremalnych przykładach, jakimi były ścieżka dźwiękowa do „Piątego elementu” oraz muzyka zespołów Laibach i Painkiller. Zestawienie z dodatkiem Electrocompanieta zachowywało właściwy sobie spokój, uzupełniony o lekki powiew świeżości. Nie powiem, żeby mi się to nie podobało.

Reklama

Norweski przetwornik zasługuje na wysoką ocenę. Brzmi przejrzyście i dosyć wyraziście, nie tracąc przy tym łączności z naturalnym dźwiękiem. Nie jest to zjawisko trywialne; codziennie się go nie widuje. Do tego trzeba dodać stereofonię powyżej średniej (szczególnie dobrą głębokość sceny) oraz wysoki poziom WAF (wszystkie te czernie i złota – bogate, ale zaaplikowane elegancko). Jest to zestaw zalet, które nieczęsto występują w jednym urządzeniu.

Alek Rachwald

Mag 04-07 06 2011 daneTechniczne

Autor: Paweł Gołębiewski i Alek Rachwald
Źródło: MHF 02/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF