Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

Audio Research DAC 7

53-56 03 2010 01High-endowy przetwornik z wejściem USB? W zasadzie nie należy się dziwić. Skoro w znacznie droższych wzmacniaczach znajdziemy pętlę magnetofonową, to dodanie kolejnej opcji (niechby nawet mniej ortodoksyjnej) w przetworniku najnowszej generacji wydaje się naturalne. Kiedy jednak przeglądałem materiały informacyjne Audio Researcha, coś mi zazgrzytało. Czarno na białym stoi, że projektując DAC-a 7, Amerykanie skoncentrowali się na wejściu USB i że są z tego dodatku dumni.

Zaintrygowany, odrobiłem pracę domową i znalazłem trzy recenzje DAC-a 7 w prasie angielskojęzycznej. Wszyscy autorzy (włącznie z guru Kesslerem) traktują urządzenie jak złote jajo, dorabiając do jego genezy całą filozofię.

O, USB! Super! Świeży powiew naszych czasów! I dalej w tym guście. Mimo wszystko czegoś tu nie rozumiem. Przecież ARC ma ugruntowaną pozycję na rynku i aż takiej wazeliny nie potrzebuje. Odrobina konstruktywnej krytyki też zresztą nie powinna zaszkodzić. Bo ktoś musi w końcu powiedzieć, że marketingowa oprawa DAC-a 7 to pomyłka. I nie przeszkadza mi bynajmniej gniazdo USB. Nie drażni mnie też możliwość odsłuchu iPoda, iPhona, pen drive’a, serwera, laptopa, dyskietki czy innego wynalazku. Ale czuję, jak kły mi rosną, gdy czytam, że gniazdo USB stanowi powód do dumy, a jego aplikacja była główną przyczyną narodzin urządzenia za 16 tysięcy zł.
USB można, owszem, traktować jako rozszerzenie możliwości, dodatkowy gadżet, idącą z duchem czasu ciekawostkę, ale żeby robić z tego powodu tyle szumu? Może Amerykanie mieli kłopot ze zdefiniowaniem grupy nabywców? Wszak dotychczas produkowane przetworniki ARC (DAC 1, DAC 2, DAC 3 i DAC 5 – oraz kilka ich modyfikowanych wersji) zostały pomyślane jako upgrade zintegrowanych odtwarzaczy. Tylko w ten sposób można było umownie wejść na poziom „Reference” – firma nie przewidywała bowiem zintegrowanego źródła, godnego umieszczenia w serii wzorcowej. Zmieniło się to dopiero przed kilku laty, kiedy zaprezentowała odtwarzacz Reference CD7 (niedawno zastąpiony przez Reference CD8). Samodzielnego transportu jak nie było, tak nie ma. W tym kontekście trudno uwierzyć, że DAC-a 7 należy traktować jako upgrade CD5. Łączny koszt obu urządzeń będzie niemal taki sam, jak Reference CD8 (okolice 45 tys. zł), a przetwornik pomyślany jako urządzenie „MP3 friendly” na ten poziom raczej się nie wzniesie.

53-56 03 2010 02     53-56 03 2010 04

Budowa
Ulżyłem sobie, więc na spokojnie możemy przejść do konkretów. Na przed nim panelu widzimy uchwyty do przenoszenia (DAC waży skromne 5 kilo, wiec raczej dla ozdoby) oraz dwa wycięcia. W dolnym umieszczono przyciski do włączania, wyboru źródła, odwracania fazy i wyciszenia. W górnym znajdują się odpowiadające przyciskom diody. Oznaczenie „lock” zapala się, gdy do wybranego wejścia jest podłączone źródło cyfrowe.
Z tyłu – bogato. Analogowe wyjścia RCA i XLR i pięć rodzajów cyfrowych. Do USB (w standardzie B) producent dorzucił gniazda RCA, BNC, XLR i optyczne.
Piloty ARC nie budzą większych emocji, ale nie dajmy się uśpić – zdalne sterowanie w przypadku przetwornika c/a jest czymś niezwykłym. Czym tu sterować? Okazuje się, że z fotela odsłuchowego możemy wydawać komendy także nośnikowi danych (w tym przypadku nie przechodzi mi przez gardło termin: „źródło dźwięku”), podłączonemu przez USB. Audio Research jednak uprzedza, że nie ze wszystkimi urządzeniami pilot będzie działać.
Obudowę wykonano z aluminium. Przód, spód i tył wygięto z jednego kawałka. Drugim jest góra z boczkami. Do frontu dokręcono dodatkowy srebrny płat. Urządzenie dość szczodrze obdarowano otworami wentylacyjnymi, a obudowę wyklejono paskami maty tłumiącej, podobnie jak wierzchołki transformatorów i większości elektrolitów.

53-56 03 2010 03

Układ elektroniczny rozdzielono na dwie płytki. Skromniejsza mieści elektronikę obsługującą sterowanie. Główny układ znalazł się na dużym druku, zajmującym praktycznie cały spód urządzenia.
Gniazdo sieciowe zintegrowano z filtrem chińskiej firmy CORCOM. Za nim umieszczono dwa ekranowane transformatory rdzeniowe średniej wielkości. Mniejszy, wraz ze wsparciem skromnego filtra, tworzy zasilacz układu cyfrowego oraz wyświetlacza. Zasilacz części analogowej jest o wiele bardziej rozbudowany. Zasadniczą część układu z siedmiostopniową stabilizacją napięcia umieszczono po drugiej stronie urządzenia (w bezpośrednim sąsiedztwie transformatora po prostu by się nie zmieściła). Widać tam rząd sześciu elektrolitów, kondensatory Wimy, polipropyleny Rel-Capa i wzmacniacze operacyjne BB 134PA.
Analogowy stopień wyjściowy to w pełni symetryczny układ z grubymi ścieżkami, niskoszumowymi wzmacniaczami operacyjnymi JFET Texas Instruments (TL072PC), kondensatorami Wimy oraz przekaźnikami SRC Devices.
Fragment płytki z układem cyfrowym zabarwiono na zielono. Uwagę zwraca zastosowanie czterech miniaturowych transformatorów impulsowych, zaprojektowanych specjalnie do modułów transmisji cyfrowej. Ich podstawowąfunkcją jest wyeliminowanie zakłóceń pomiędzy transportem i przetwornikiem oraz zapewnienie komfortu pracy cyfrowemu interkonektowi. Aby osiągnąć pożądany efekt, transformatory powinny się znaleźć również na wyjściu transportu. Skoro jednak ARC takowego nie oferuje, to należy przyjąć, że zastosowanie separacji wejść konwertera przynosi wymierne korzyści mimo wszystko. Trzy z tych traf sprzęgnięto bezpośrednio z gniazdami XLR, RCA i BNC. Toslink i USB ich nie mają, z tego prostego względu, że transformatory działają jedynie z dwoma najważniejszymi standardami przesyłu: S/PDIF oraz AES/EBU. Do czego ma jednak służyć czwarty? Prawdopodobnie stanowi bufor pomiędzy odbiornikiem-dekoderem i kością przetwornika.
Zastosowany model transformatorów holenderskiej firmy Pulse (PE-65612) został opracowany do współpracy z odbiornikami Cirrus Logic 8401 i 8402. W tym urządzeniu mamy jednak do czynienia z wersją 8416 – może więc Amerykanie we własnym zakresie uzyskali z takiej właśnie konfiguracji lepszy efekt. Serce części cyfrowej stanowi znany przetwornik Burr Brown PCM1792.
Choć lamp tutaj nie ma, urządzenie po włączeniu potrzebuje kilkudziesięciu sekund, by przygotować się do pracy. Gdy dioda „power” rozbłyśnie pełnym blaskiem, możemy rozpocząć odsłuch.

53-56 03 2010 06     53-56 03 2010 07

Wrażenia odsłuchowe
Jak łatwo się domyślić, przed odsłuchem byłem żądny krwi. Krążyły mi po głowie przewrotne konkluzje w rodzaju: „Idealny do iPoda”, ale ostatecznie zwyciężył zdrowy rozsądek – empetrójek testować nie będę. Choćby dlatego, że dział „hi-end” zobowiązuje. Poza tym wspominani wcześniej recenzenci główny odsłuch i tak w końcu wykonali w oparciu o poważne źródła, a nie jakieś żarty po 300 złotych, wystające z kieszeni co drugiego rowerzysty. Dla czystości sumienia podłączyłem na chwilę przenośny odtwarzacz, gdy wpadł znajomy (w moim gospodarstwie domowym owo ustrojstwo nie występuje). W porównaniu ze słuchaweczkami grało pięknie. Koniec testu USB. Czas na poważne zadania.
Odsłuch przetwornika c/a można przeprowadzić na dwa sposoby. W pierwszym za punkt odniesienia służy odtwarzacz zintegrowany z porównywalnego segmentu. Ten sposób nie uwzględnia jednak faktu, że każdy wysokiej klasy odtwarzacz, w zamyśle producenta, jest produktem skończonym. Podłączając zewnętrzny konwerter, zdajemy się na przypadek; dobry efekt wcale nie jest gwarantowany. Po drugie, w przypadku zewnętrznego przetwornika na ostateczny rezultat brzmieniowy wpływa dodatkowy element w postaci kabla cyfrowego.
Lepsze wydaje się porównanie z innym przetwornikiem. Słaby punkt tej metody stanowi ograniczony wybór odtwarzaczy dzielonych, co utrudnia poszukiwania w interesującej nas klasie cenowej.
W teście DAC-a 7 wybrałem drugie rozwiązanie. Wykorzystałem, testowany w tym samym czasie, wspaniały dzielony odtwarzacz MBL 1521/1511F. ARC-a czekało bardzo trudne zadanie, ponieważ przetwornik MBL-a kosztował blisko dwukrotnie więcej. Zwykłe porównanie byłoby dla amerykanina krzywdzące. Odsłuch polegał więc na poszukiwaniu cech własnych DAC-a 7, a nie na wartościowaniu różnic. Resztę toru stanowił przedwzmacniacz lampowy BAT VK3iX SE, dwie końcówki mocy (tranzystorowa Conrad-Johnson MF2250 i lampowa Audio Research VS115) oraz monitory Dynaudio Contour 1.3 mkII. I jeszcze „drobiazg”: przewód cyfrowy Tara Labs The Zero Digital za jedyne 31 tys. zł.
Do największych atutów przetwornika ARC należy dynamika. To słychać od razu. Łatwość odtwarzania wysokich amplitud dźwięku, błyskawiczne przejścia między nimi, wyczucie rytmu i timing – te elementy mogą stanowić wzór dla źródeł w cenie do 20 tysięcy zł. Doskonałą dynamikę powiązano z jakością basu. Jego kontrola i konturowość nie ograniczają głębokiego zasięgu ani wypełnienia. Jedynie marzyciele mogą poczuć lekki niedosyt – zdecydowane, twarde pulsowanie nie pozwala uznać brzmienia za relaksacyjne.
DAC 7 tworzy interesującą przestrzeń. Muzycy bez trudu mieszczą się na dużej scenie, a szczodrze generowane efekty stereofoniczne sprawiają, że odsłuch ekscytuje. Co ważne, przestrzenne ozdobniki nie stanowią sztuki dla sztuki. Pozorne źródła uzupełniają muzyczny przekaz, ale nie skupiają na siebie całej uwagi słuchacza. Szczególnie imponuje szerokość sceny – swobodnie wykraczająca poza granice możliwości niejednego klasowego odtwarzacza. Jeśli chodzi o głębię – to w kameralistyce jazzowej trudno wymagać więcej.
Porządek w przestrzeni to niewątpliwie pochodna wysokiej analityczności. Drobnica góry i szczegóły średnicy są odwzorowane precyzyjnie i bez owijania w bawełnę. Wprawdzie zatrzymują się o krok od granicy, za którą rozpoczyna się otchłań wypranego z emocji zbioru dźwięków, ale i tak na wcześniejszych komplementach cieniem kładzie się refleksja, że obiektywizm tego urządzenia ociera się o beznamiętność. To pewne zaskoczenie – wszak produktom ARC trudno było odmówić muzykalności. Trzy urządzenia, które dotąd testowałem (odtwarzacz, przedwzmacniacz i końcówka mocy) potrafiły zaczarować słuchacza. Być może w DAC-u ARC chciał uniknąć kokietowania, wychodząc z założenia, że ewentualne dogrzanie przekazu weźmie na siebie wzmacniacz. Taka filozofia nie zawsze musi się sprawdzać. Mimo że dysponowałem muzykalnym systemem, surowość przetwornika odczuwałem wyraźnie.
Najchętniej sięgałem po klasykę. Wydaje się, że nagrania barokowe, symfonika czy nawet fortepian solo zyskują dzięki odtwarzaniu przez system konkretny i zdecydowany. Zarówno sonaty fortepianowe Mozarta w wykonaniu Glenna Goulda, jak symfonia „Tytan” Mahlera (Rafael Kubelik z Bawarczykami, DGG), koncerty klawesynowe Bacha (Trevor Pinnock, Archiv) czy gitary akustyczne w „Micro piezas” Nagy’ego i Siatkowskiego (nasza produkcja sprzed lat, pamiętacie?) – zabrzmiały przejrzyście i z blaskiem. Okazało się jednak, że DAC 7 jest kapryśny. Gdy w transporcie MBL-a wylądowała symfonia „Patetyczna” Czajkowskiego (Karajan z Berlińczykami, DGG), góra zabrzmiała zbyt twardo. Sugeruję zabrać na odsłuch dużo płyt. Pozwoli to gruntownie poznać urządzenie i uniknąć ewentualnych niespodzianek w domu.

Reklama

Konkluzja
Czy DAC 7 odniesie sukces rynkowy? Dla użytkowników MP3 może się okazać zbyt drogi. Wymagający klienci będą szukać czegoś z jeszcze wyższej półki. Poza tym zestrojenie urządzenia z systemem wymaga uwagi. Walory brzmieniowe czynią jednak konwerter łakomym kąskiem dla audiofilów o sprecyzowanych potrzebach.

53-56 03 2010 T

Autor: Mariusz Malinowski
Źródło: HFiM 03/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF