Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

Robert Koda Takumi K-15

koda hfm072014001Takumi K-15 to najnowszy przedwzmacniacz Roberta Kody – ultra high-endowej manufaktury z Japonii. Jej założyciel – Robert Koch – pochodzi z Republiki Południowej Afryki, ale część życia zawodowego spędził, terminując u Hiroyasu Kondo.

Typowa relacja mistrz-uczeń nie była zgodna z jego osobowością. Kondo go fascynował, a jednocześnie doprowadzał do szału. W efekcie Robert trzykrotnie opuszczał swego legendarnego pracodawcę i trzykrotnie do niego wracał. Tamtą silną emocjonalną więź wspomina do dziś z szacunkiem, ale też zawsze podkreśla swoją niezależność. Pan Hiroyasu także musiał mieć słabość do swego młodego stażysty, skoro – wbrew japońskiej tradycji – za każdym razem pozwalał mu wracać. Widział w nim chyba buntownika o niezłomnych poglądach i silnym przekonaniu o ich słuszności. W końcu trzeba być naprawdę pewnym swego i mieć mocny charakter, żeby kochając piękny dźwięk, trzaskać drzwiami samemu Kondo.

A piękny dźwięk Robert kochał od wczesnej młodości. Kiedy szkolni koledzy wydrapywali na ławkach nazwy ulubionych zespołów albo imiona swoich pierwszych miłości, on skrobał marki Rogers albo Quad. Jego ojciec był zakochany we wzmacniaczach lampowych, a za szczyt wyrafinowania uważał układy SET. Kiedy w czasie swojej podróży po Australii Robert znalazł w jednym ze sklepów ulotkę Kondo, wysłał do Japonii list z wyrazami uszanowania i prośbę o przyjęcie do pracy. Hiroyasu Kondo nigdy na niego nie odpowiedział, podobnie jak nikt z biura Audio Note Japan nie zareagował na wysyłane do nich faksy. Kiedy jednak w 1998 roku japońska delegacja wizytowała fabrykę Audio Note w Wielkiej Brytanii, okazało się, że pan Hiroyasu nie tylko był o wszystkim informowany, ale nawet osobiście przechowywał całą korespondencję. W Anglii poznał jej autora i postanowił wziąć go pod swoje skrzydła. Robert bez wahania przyjął propozycję pracy, spakował walizki i poleciał spełniać swoje młodzieńcze marzenia. 

koda hfm072014002

Układ elektroniczny ukryty pod płytką. Widać: zasilacz, wybierak źródeł na długiej osi i… potencjometr głośności.



U Kondo nauczył się pietyzmu oraz tego, że na brzmienie wpływa nie tylko układ elektryczny, ale też wszystkie komponenty i materiały użyte do budowy urządzenia. Że wszystko działa wspólnie, a dźwięk jest wynikiem połączenia wielu detali, które zorientowani na własności czysto elektryczne projektanci niesłusznie pomijają. Dla Kondo, specjalisty w dziedzinie metalurgii molekularnej, było to oczywiste. Dla Roberta oznaczało fundamentalną zmianę w sposobie myślenia o sprzęcie odtwarzającym muzykę.  Dziś wszystkim wydaje się oczywiste, że zewnętrzna powierzchnia przewodnika sygnałowego albo drutu nawojowego w transformatorze wyjściowym powinna być gładka. Kiedy w latach 70. Hiroyasu Kondo stosował diamentowe głowice do powolnego wyciągania srebra na zimno, mógł być uznany za człowieka, który traci czas. Koch nauczył się przy Kondo myślenia o projekcie na wielu płaszczyznach i równorzędnego ich traktowania. Nauczył się perfekcji i intelektualnej dyscypliny, choć przeciw przejęciu sposobu myślenia Kondo się buntował.

Zamiast powtarzać po mistrzu każdy ruch i wyprzedzać jego myśli, postanowił twórczo przetworzyć to, czego się nauczył i przenieść doświadczenia do własnej firmy.  Jego trzeci powrót do Kondo okazał się ostatnim. Kiedy pan Hiroyasu odszedł 8 stycznia 2006, Robert pracował jeszcze nieco ponad dwa lata z jego następcą, Masahi Ashizawą, mianowanym pół roku wcześniej prezesem Audio Note Japan (Kondo). Jego myśli krążyły jednak już wtedy wokół własnego projektu; poświęcał mu każdy wolny weekend. Ostatecznie rozstał się z japońską legendą w roku 2008. Wtedy też zaczął tworzyć pod marką Robert Koda.  Nazwa pochodzi od imienia jej założyciela oraz pierwszych dwóch liter jego nazwiska. Dwie ostatnie wziął z panieńskiego nazwiska swojej żony: Toyoda. Koda to także panieńskie nazwisko teściowej Roberta, ale chyba aż tak rodzinny nie jest…

 

koda hfm072014003

Coś niezwykłego! Symetryczny, w pełni analogowy potencjometr z ręcznie wykonywanych oporników. Przy nim każda „elektroniczna drabinka” wygląda ubogo.


Oferta

Katalog Roberta Kody jest maleńki, a produkcja śladowa. Aktualnie firma oferuje hybrydowy wzmacniacz mocy K-70 i dwa przedwzmacniacze: K-10 i K-15. Montowane ręcznie urządzenia tworzą mistrzowską linię Takumi. Wszystkie Robert projektuje i buduje sam. To tłumaczy bardzo ograniczoną zdolność produkcji. Monobloków Takumi K-70 rocznie powstaje zaledwie 20. Ta liczba daje pogląd na skalę działalności tokijskiej manufaktury. Nie należy też liczyć na szybką rotację modeli ani na gwałtowny spadek cen. Robert nie uznaje kompromisów – ani w jakości brzmienia, ani wykonania. Jak sam powiedział w jednym z wywiadów: „Jeżeli znajdę sposób, by zrobić taniej układ równie dobry co K-10, zrobię”. Na razie wszystko, czego potrzebuje, kosztuje krocie. Dość powiedzieć, że za sam potencjometr do referencyjnego Takumi K-15 płaci podobno 10 tysięcy dolarów.

Takumi K-15
Wykonanie Takumi K-15 jest absolutnie wzorcowe. Wrażenia organoleptyczne potwierdzają, że to urządzenie najwyższej klasy.  Szkołę Kondo widać i czuć pod palcami. Wszystkie przełączniki są mechaniczne, bez rozwiązań typu soft touch. Działający z wyraźnym oporem włącznik zasilania, pewnie wybierający kolejne pozycje selektor źródeł, wreszcie pracująca płynnie, a jednocześnie z odczuwalnym skokiem gałka potencjometru głośności działają doskonale. Dotykanie K-15 daje wiele satysfakcji, a korzystanie z pokręteł można porównać do genialnie pracującej manualnej skrzyni biegów. Przełożenia wchodzą pewnie, dając poczucie pełnego panowania nad pojazdem, a jednocześnie nic nie dzieje się zbyt łatwo.  Takumi K-15 został wyposażony tylko we włącznik mechaniczny. Nie przewidziano trybu czuwania ani zdalnego sterowania. W zasilaczu uwzględniono układ miękkiego startu, dzięki czemu ewentualne stany nieustalone nie przedostaną się do głośników. Mimo to instrukcja obsługi sugeruje, żeby włączać końcówkę mocy jako ostatnią i wyłączać jako pierwszą. Ale nawet jeśli zapomnimy o tym zaleceniu, K-15 nie będzie robił psikusów. Przedwzmacniacz pracuje genialnie i jest niewiarygodnie cichy. Gdyby nie światło LED-u przebijające przez 10-mm rubin, nie dałoby się rozpoznać, kiedy jest włączony. Producent sugeruje, by rozgrzać urządzenie kwadrans przed odsłuchem. Powinno się także ustać po transporcie. Nie należy natomiast pozostawiać go pod prądem przez cały czas. Nie ma z tego żadnego pożytku, a tylko zasilacz pracuje bez potrzeby.

koda hfm072014005

Zasilacz i okablowanie gniazd – w zbliżeniu.


Kolorystyka to połączenie szampana obudowy, czerwieni rubinu i złota pierścieni wokół obrotowych selektorów i na ozdobnej tabliczce. Ciemnoszare litery zostały wyżłobione w przedniej ściance. Wyczucie proporcji jest niebiańskie, a połączenie skrajnego minimalizmu ze złotem i kamieniem szlachetnym – diabelnie kuszące. Patrząc na Takumi K-15 nie sposób mieć wątpliwości, że to produkt luksusowy w najlepszym guście. Obudowę skręcono złoconymi śrubami. Ma budowę warstwową. Wewnętrzną kapsułę wykonano z miedzi, aby chroniła obwody elektroniczne przed działaniem pól elektromagnetycznych. Z zewnątrz jest obłożona trzema ozdobnymi płytami z anodowanego aluminium, obustronnie powlekanego laminatem silikonowym. Pełnią one rolę ekranu przeciwko zakłóceniom radiowym, izolują od drgań i wygaszają mikrowibracje. Nóżki są niskie i składają się z dwóch warstw gumy. Nie przyklejają przedwzmacniacza do podłoża, ale ze względu na jego masę, wynoszącą 29 kg, i tak trudno go przesunąć. 

Gałki wybieraka źródeł i potencjometru mają taką samą wielkość i umożliwiają wygodny, pewny chwyt. Źródła są ponumerowane, a pokrętło głośności wyskalowane w umownym przedziale od -52 do + 0,5. Regulacja odbywa się w 32 krokach, przy czym Robert Koda podkreśla, że największą rozdzielczość zapewniono w najczęściej używanym obszarze. W praktyce potencjometr okazuje się wystarczająco dokładny. Może tylko pierwszy krok mógłby być jeszcze odrobinę cichszy, ale to już kwestia czułości wzmacniacza i kolumn oraz wielkości pomieszczenia.

Gniazda
Tylna ścianka różni się istotnie od niższego modelu K-10. Tam do dyspozycji są trzy wejścia RCA i jedno XLR. W K-15 jest pięć kompletów RCA/XLR, co zwiększa jego uniwersalność. Jako że układ wewnętrzny jest w pełni zbalansowany, warto wybierać opcję XLR, ale nie jest to koniczne. Producent zapewnia, że jakość dźwięku z RCA będzie równie wysoka. Warto dodać, że zastosowano gniazda najwyższej próby – RCA to rodowany Furutech, zaś XLR – Neutrik w metalowej obudowie i ze złoconymi kontaktami. Informacja dla perfekcjonistów: przewody łączące wejścia z selektorem źródeł są różnej długości. Najkrótszy prowadzi z gniazd oznaczonych jako 5, a najdłuższy – z 1.

Jeżeli zależy Wam na skróceniu drogi sygnału – najważniejsze źródło podłączajcie do piątki. Jedynka dostaje sygnał bezpośrednio z selektora XLR/RCA. Dwójka odbiera od niego. Trudno określić, czy przełoży się to na różnicę w dźwięku, ale można wypróbować. Do przedwzmacniacza dołączana jest para miniaturowych zworek. Jeżeli korzystamy z połączenia niesymetrycznego, można jej użyć do spięcia gniazd XLR. W takim przypadku należy połączyć piny 1 i 3. Drugi – dodatni – pozostaje nie podłączony. Bez zworek urządzenie pracuje normalnie. To po prostu ulepszenie, które służy dalszemu obniżeniu poziomu szumów.  Wejście zasilania to standardowe gniazdo IEC. Na niewielkim wskaźniku można odczytać, na jakie napięcie przedwzmacniacz jest aktualnie nastawiony. K-15 działa z wartościami 220-250 V oraz 100-120 V. Przy przeprowadzce można go więc zabrać w dowolne miejsce na świecie. Należy jednak pamiętać o przestawieniu wskaźnika zasilania i wymianie bezpieczników na właściwe.

Przedwzmacniacz wyposażono w przełącznik odcinający masę, który przydaje się w przypadku problemów z przydźwiękiem (w teście problem nie wystąpił). Przewidziano również zewnętrzny zacisk uziemienia – także rodowany Futurech – służący do spięcia z innymi urządzeniami, wyposażonymi w to udogodnienie, i podłączania do stosownego wyprowadzenia w listwie zasilającej bądź kondycjonerze. Takie połączenie wykonuje się w celu dodatkowego obniżenia poziomu szumów całego systemu. Można też zastosować akcesorium pełniące rolę wirtualnej masy. Pomiędzy wejściem zasilania a resztą gniazd umieszczono drugą złoconą tabliczkę. Widnieje na niej nazwa firmy i modelu, numer seryjny oraz autograf konstruktora. Takumi K-15 to prawdziwie unikalny i dopieszczony w każdym szczególe produkt.

Wnętrze
Wnętrze podzielono na trzy sekcje. Zasilacz oparto na transformatorze R o niskiej upływności pola. Zamknięto go w obudowie z metalu, dzięki czemu wpływ ewentualnego promieniowania elektromagnetycznego na resztę układu został zredukowany do zera. Dalej znajdują się diody prostownicze, cztery kondensatory Elna Tonerex po 4700 µF/80 V i dwa tranzystory Toshiby 2SC5200/2SA1940. Te ostatnie, ze względu na dużą wydajność, spotyka się najczęściej we wzmacniaczach mocy, ale tutaj są częścią układu stabilizacji napięcia.

koda hfm072014006

RCA – rodowany Furutech, XLR – złocony Neutrik w metalowej obudowie. Złocona tabliczka z autografem Roberta Kody i numerem seryjnym.

Rolę radiatora dla nich pełni wewnętrzna, miedziana część przedniej ścianki.  Tak wygląda główna część zasilacza. Oprócz tego widać mniejsze kondensatory, prostowniki diodowe oraz metalizowane oporniki. Całość znajduje się na płytce drukowanej z bardzo grubymi, złoconymi ścieżkami, również złoconymi otworami montażowymi i naniesionym logiem Roberta Kody. Widoczną część układu sygnałowego zmontowano techniką przestrzenną – bez użycia płytki. Wybierak źródeł ulokowano w pobliżu gniazd, co skraca ścieżkę sygnałową. Każdy pin jest z nim połączony lutowanym z obu stron przewodem. Pomiędzy rzędami gniazd poprowadzono lity drut miedziany, do którego mocowane są masy wejść i wyjść. Na końcu „spływają” one srebrną skrętką do wspomnianego zewnętrznego zacisku i są przykręcane do jednego punktu w dnie obudowy. Koronkowa robota.


Potencjometr
Prawdziwie piorunujące wrażenie robi jednak nie obsadzenie gniazd czy prowadzenie masy, ale kolejny element w torze. To potencjometr głośności – prawdziwe dzieło sztuki.  Drabinkę z karbonowo-miedzianych oporników chronią miedziane płyty i obudowa z akrylu. Tłumik jest w pełni symetryczny, co wymaga zdublowania liczby oporników – w Takumi K-15 jest ich dwukrotnie więcej niż w K-10. Wyznacza 32 poziomy głośności i jest zbudowany z 256 rezystorów – 64 na każdą połówkę sygnału. Wszystkie są lutowane ręcznie – najpierw w pary, a później do utrzymującego całość szkieletu. W każdej pozycji potencjometru w tor sygnałowy jednego kanału włączone są dwa oporniki. W zasadzie dwie pary, ale sygnał „widzi” jedną wartość. Czyściej się tego zrobić nie da.  Moduł wytwarza rodzinna japońska manufaktura na zamówienie Roberta Kocha. Nawet jeśli w informacji, że kosztuje 10000 dolarów, jest trochę przesady, to niewykluczone, że tylko trochę. To z jednej strony prosty, z drugiej zaś – bezkompromisowy układ, wymagający mrówczej pracy i już nie szwajcarskiej, ale japońskiej precyzji. W porównaniu z nim, każda elektroniczna drabinka będzie wyglądała jak zabawka. To ewenement na skalę światową. Nigdy dotąd czegoś takiego nie widziałem.



ITC MkII

Po potencjometrze sygnał jest przesyłany izolowanymi przewodami do modułu wzmacniającego. Został zamknięty w obudowie z tworzywa sztucznego. Wystają z niej tylko dwie metalowe płytki, najpewniej pełniące rolę radiatorów. Układ nosi nazwę ITC MkII. Jest to druga generacja, poprawiona w stosunku do zastosowanej w Takumi K-10. Dostępne informacje są bardzo enigmatyczne. Wiadomo jedynie, że moduł jest w całości tranzystorowy, odporny na szumy zasilania, cechuje się zniekształceniami tak niskimi, że ich pomiar sprawia trudność aparaturze i że nie szumi. Niemal na pewno jest symetryczny. Inaczej nie byłoby sensu wydawać fortuny na symetryczny potencjometr. W jednej z publikacji Koch wspomina także o „odwróconym transferze prądu”, ale co to oznacza, nie podejmuję się wyjaśnić. O własnościach ITC MkII dobitnie świadczą wartości pomiarów. Stosunek sygnał/szum to 114 dB, a zniekształcenia harmoniczne są poniżej zdolności odczytu aparatury pomiarowej. Konstruktor deklaruje około 0,0003 %, słownie: trzy dziesięciotysięczne procenta albo krócej: trzy dziesiąte promila. W przedwzmacniaczu, nie w odtwarzaczu SACD! Jeżeli ktoś czyta ten tekst w czapce, to właśnie w tej chwili powinien ją zdjąć. Aha, odstęp od szumu przy pełnym wysterowaniu wynosi 148 dB. Tego się nie da przesterować.  ITC MkII pracuje ze wzmocnieniem +8 dB. Robert Koch uważa wartości w okolicach + 6dB za optymalne i pozwalające uzyskać prawdziwą dynamikę muzyki.

Zbyt szybko wzmocniony sygnał, w jego opinii, robi się zbyt głośny na początku skali potencjometru i później brakuje mu przestrzeni, żeby wyraźnie oddawać skoki dynamiki. Lepiej wzmacniać nieznacznie, ale korzystać z pełnej amplitudy dostarczanej przez źródło.  Podobnie jak oryginalny ITC, druga generacja pozostaje układem w pełni tranzystorowym. W całym przedwzmacniaczu nie ma ani jednej lampy. Zdaniem Roberta z lampami w przedwzmacniaczu dosyć łatwo uzyskać przyzwoity dźwięk, ale prawidłowo zaaplikowany tranzystor pozwala osiągnąć najwyższy poziom neutralności i wyrafinowania. Takumi K-10 swoją nazwę zawdzięczał dziesięciu tranzystorom. Czy w K-15 jest ich piętnaście – raczej nie, bo to układ symetryczny. Poza domysły nie wyjdziemy, ale skoro potencjometr urósł dwukrotnie, to niewykluczone, że ITC także jest znacznie bardziej rozbudowany.

Konfiguracja

Przy projektowaniu Takumi K-15 Robert Koch zwracał uwagę na jakość brzmienia, ale także kompatybilność urządzenia. Układ półprzewodnikowy pozwolił obniżyć impedancję wyjściową do 50 omów, co oznacza wydajność prądową wystarczającą do wysterowania dowolnego wzmacniacza mocy. Z elektrycznego punktu widzenia K-15 może pracować z każdą końcówką, włączając tak wymagające, jak Burmester 911 Mk3 czy Soulution 710. Należy jedynie sprawdzić, jaki dźwięk da K-15 w konkretnym zestawieniu. W teście spróbowałem go połączyć z ModWrightem KWA 150 Signature i Takumi chyba poczuł się dotknięty. Wyraźnie dał do zrozumienia, że to zestawienie znacznie poniżej jego możliwości i z budżetówką pospolitować się nie zamierza. ModWright to rewelacyjny wzmacniacz w swojej cenie, ale „w swojej cenie” na tym poziomie to za mało. Zdarza się dość często, że użycie jednego komponentu o wiele lepszego od reszty podnosi jakość całego systemu.


koda hfm072014007

Jakość materiałów, precyzja montażu, wrażenia organoleptyczne i estetyka – poziom mistrzowski.



Tutaj tak się nie stało. Takumi grał, ale bez przekonania. Jakby cały czas czekał na godnego partnera. Sytuacja zmieniła się diametralnie, kiedy połączyłem K-15 z Air Tightem ATM-2. Nastąpiła metamorfoza tak wyraźna, że nie było już potrzeby wracać do poprzedniej konfiguracji. Mimo to należy ją traktować bardziej jak dobry początek niż zestawienie docelowe. Tego szukałbym wśród tak zaawansowanych końcówek mocy, jak Kondo Souga, Tenor 175S czy Krell FPB600, którego zresztą Robert ceni, i oczywiście Takumi K-70. Co jednak warte podkreślenia, ostatnia opcja nie jest jedynie słuszną i K-15 nie został jakoś specjalnie zoptymalizowany pod kątem firmowej końcówki. Wybór jest więc nieograniczony, a przynajmniej do chwili, gdy zawęzi go zasobność portfela. Odsłuchy zostały przeprowadzone z kolumnami Avalon Transcendent i odtwarzaczem CD/SACD Soulution 540. Sygnał przesyłał Van den Hul The Platinum XLR oraz Jorma Prime RCA.

Jako kable głośnikowe pracowały również Jormy Prime, a jako zasilające: Acrolink 6N-PC6100, Gigawatt LS-1 i Tara Labs The Gold. Robert Koda dostarcza K-15 z przewodem zasilającym Furutech G-314 Ag, ale w testowej konfiguracji lepiej sprawdził się Transparent Reference. Sprzęt stał na stolikach Sroka i Stand Art STO MkII. Końcówka mocy spoczywała na podkładkach Symposium Acoustics Ultra Padz.  System grał w 16,5-metrowym pokoju poddanym delikatnej adaptacji akustycznej.

 

Wrażenia odsłuchowe
Zalecenie dotyczące „ustania się” sprzętu po transporcie warto stosować w praktyce. Następnego dnia po ustawieniu na półce K-15 gra pełniej i spokojniej. Daje lepszy wgląd w harmoniczną strukturę dźwięku.  Japońskiego przedwzmacniacza nie sposób docenić na podstawie pobieżnego odsłuchu. Nawet jeśli nie jest to nasze pierwsze zetknięcie z ultra high-endem, zrozumienie referencyjnego Takumi wymaga czasu i stopniowego zanurzania się w jego dźwięku. To urządzenie gra genialnie, ale nie wywiera presji. Nie ma: „Słuchaj i podziwiaj”. Jest: „Wsłuchaj się i powiedz, co myślisz”. Kiedy już dociera do nas, z czym mamy do czynienia, wrażenie jest porażające. Mnie zrozumienie K-15 zajęło tydzień. Doświadczenie było wspaniałe, a rozstanie okaże się trudne. Oczywiście można poprzestać na pierwszym wrażeniu. Będzie powierzchowne, ale również mocne. Takumi ma fenomenalny bas i akurat ta obserwacja nie zmienia się w czasie użytkowania. Niskie tony są gęste, nasycone, o nieograniczonej głębi i mocy kafara. Im jednak dłużej używamy K-15, tym bardziej utwierdzamy się w przekonaniu, że nie są one jego największym atutem.

Z czasem zaczynamy doceniać wielobarwność tego zakresu. Otrzymujemy nie tylko oceaniczną głębię i uderzenia kruszące mury, ale przede wszystkim – różnorodność i nieskażony strumień informacji o charakterze dźwięku instrumentów. Nie ma sytuacji tak ekstremalnej ani spiętrzenia tak gwałtownego, żeby dźwięk stracił oparcie. Fundament jest stabilny jak skała i gęsty niczym świeżo wylany asfalt. Potrafi uderzyć z brutalną siłą, wypełnić pomieszczenie syntetycznymi pomrukami, a przy tym wszystkim zachowuje zróżnicowanie i tempo. Nacisk nie został położony na konturowość, ale na mięsistość i pełnię dźwięku. Słucha się tego z satysfakcją. Takumi potrafi zagrać w sposób osiągalny może dla garstki najlepszych konstrukcji na świecie. Linii niskich tonów i nasycenia harmonicznymi nie powstydziliby się najbardziej uznani konkurenci z USA. Jest jednak wielce prawdopodobne, że do tych zalet by się ograniczyli, przyprawiając je do smaku obszerną przestrzenią. Dla K-15 to by było zbyt proste. Tutaj bas i przestrzeń tylko zaostrzają apetyt. Osiągają poziom wzorcowy, ale to nie one wymagają zrozumienia. Zagadka i największa radość z jej rozwiązania pojawiają się gdzieś na styku barwy i rozdzielczości.


koda hfm072014004

Okablowanie gniazd – w zbliżeniu.



Przez pierwsze dwa dni od włączenia, Takumi wydał mi się przyciemniony. Po Audio Researchu SP20, który wysokich tonów nie skąpił, mogło to nawet nie dziwić, niemniej niedosyt pozostawał. Odnosiło się wrażenie, że dźwięk został odfiltrowany z czegoś ulotnego, eterycznego, a zarazem istotnego dla odbioru muzyki. Grało nieźle, ale „nieźle” za 180000 zł to za mało. Powinno olśniewać, nawet onieśmielać, a tutaj nic. Mijały kolejne dni i dźwięk ewoluował. Przyciemnienie ustępowało, a poprawiała się rozdzielczość. Detale coraz wyraźniej wyodrębniały się z tła i z coraz większą energią szybowały w przestrzeń. Dźwięk przyspieszał, a struktura harmoniczna stawała się coraz bogatsza i czytelna. Zasoby detali zdały się teraz nieskończone. Barwa pozostała ciemna, ale zarazem połyskiwała miedzią. Cechowały ją niespotykana szlachetność i gładkość. Była wolna od ostrości. Dźwięk płynął swobodnie i bez cienia nerwowości, a za instrumentami ktoś zawiesił smoliście czarny aksamit. Efekt ten jest zapewne w jakimś stopniu pochodną niewiarygodnie niskich zniekształceń, ale przecież Soulution 721 również imponuje osiągami, a gra inaczej. Takumi K-15 odbieramy jako brzmiący ciemnej, ale paradoks polega na tym, że ilość szczegółów spokojnie jest porównywalna. Różnica sprowadza się do sposobu, w jaki są prezentowane. W Takumi są bardziej stonowane. Płyną spokojnie i zdaje się, że każdy ma nieskończony czas na wybrzmienie. Zawieszona w powietrzu drobinka jest równie ważna i intensywna, co wejście kotłów w wielkiej orkiestrze symfonicznej. Ten spokój zupełnie się nie narzuca, ale zapada w pamięć i fascynuje. Olśniewająco zabrzmiała, wydana przez Dux, płyta Józefa Kapustki „Improvisations with Bashir”. To jej pierwszy odsłuch spowodował, że brzmienie Takumi mnie poruszyło.

Materiał jest zarejestrowany dobrze, ale trudny do odtworzenia. Wystarczy, że sprzęt minimalnie filtruje wysokie tony, a dźwięk fortepianu się zamyka i staje przytłumiony. K-15 z jego potężnym basiszczem i przyciemnioną barwą wydawał się skazany na porażkę. Tymczasem fortepian zabrzmiał najbardziej naturalnie ze wszystkich odtworzeń tego albumu, w które miałem okazję się wsłuchać. Co więcej, rozdzielczość była wzorcowa i to bez eksponowania góry pasma. Brzmienie cechowała organiczna spójność i otwartość bez cienia jaskrawości. Można się nim było delektować i smakować wybrzmienia. Cieszyć się odgłosami, które wyraźnie odrywały się od smoliście czarnego tła. Dźwięków nic przedwcześnie nie wygaszało. Mogły wybrzmiewać aż do stopniowego zaniknięcia. Bez zawoalowania ani ograniczenia szybkości narastania impulsów. To granie z innego wymiaru. Jeżeli ktoś Wam mówi, że high-end to nabijanie naiwnych w butelkę, to niemal na pewno nie zetknął się z wybitnym dźwiękiem. Takim, z którym żal się rozstawać i do którego tęskni się miesiącami. Ceny są zabójcze, ale znajdą się szczęśliwcy, dla których 180 kzł za preamp nie będzie przeszkodą do pokonania. Nie ma sensu rozważać, czy Takumi K-15 jest warty czy niewarty akurat takich pieniędzy.

Całkowicie neutralny też nie jest, bo w porównaniu z wzorcowym w tej dziedzinie Soulution 721 brzmi ciemniej. Istotne jest natomiast, że oferuje coś, co rzeczywiście różni go od bardziej przyziemnych urządzeń. Wyjątkową szlachetność i rozdzielczość, kwalifikujące go do brzmieniowego ultra high-endu. Dźwięk jest organicznie spójny. Nie tylko w fortepianie Kapustki, ale także w duetach Elli Fitzgerald z Louisem Armstrongiem czy chwytającej za serce IV symfonii Mahlera. Takumi jest wszechstronny repertuarowo, ale po jakimś czasie zauważamy, że każda muzyka brzmi z nim pełniej i dojrzalej. Dotyczy to nawet produkcji popowych, które nabierają klasy, nie tracąc przy tym wigoru. K-15 gra luksusowo i potrafi pokazać piękno muzyki. Ma też tę zaletę, że im dłużej się go słucha, tym chce się więcej. Natknąłem się na informację, że Takumi K-10 kupowali melomani szukający najwyższej jakości, ale znużeni efekciarstwem i błyskotkami. Ta sama grupa będzie sięgać po K-15.

Prezentacja dynamiki przywodzi na myśl raczej tłumiki pasywne niż układy aktywnie wzmacniające sygnał. Sięgając po terminologię motoryzacyjną – nie ma tu charakterystycznego doładowania na początku narastania sygnału. Elektronicznej turbiny, która pozwala szybciej osiągnąć maksymalny moment obrotowy. Można stwierdzić, że Takumi przypomina silnik wolnossący. Moc narasta równomiernie i jest dostępna przy wysokich obrotach. Nie ma może tej efektywności na samym początku skali, ale za to, kiedy przekręcimy potencjometr w okolice godziny 11 i wyżej, uzyskujemy żądaną energię, cały czas utrzymując przestrzeń niezbędną do narastania impulsów. To trochę inna estetyka niż w przypadku układów bardziej wzmacniających sygnał, ale w dłuższym użytkowaniu sprawdza się znakomicie. Można powiedzieć, że słychać więcej dynamiki źródła niż samego przedwzmacniacza i to chyba będzie trafne ujęcie tematu. Całkowita rezygnacja ze wzmocnienia, zdaniem projektanta, osłabiłaby energetyczność przekazu. Z tego względu pozostawił wzmocnienie niewielkie, ale wystarczające.


Konkluzja
Takumi K-15 to mistrzowska konstrukcja. Przedwzmacniacz, który niczym zegarek Patek-Philippe można przekazywać z pokolenia na pokolenie. Klasa i styl, które nigdy się wychodzą z mody.

t1
Jacek Kłos
Konsultacja techniczna: Piotr Górzyński
Źródło: HFM 07-08/2014

Pobierz ten artykuł jako PDF