Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

Audio Research LS26

60-63 07-08 2009 01Audio Research Corporation – jeden z amerykańskich symboli hi-endu – zawsze słynął z przedwzmacniaczy. W archiwach zagranicznych forów internetowych pełno zachwytów i rekomendacji, popartych równie jednomyślnym tonem opinii prasy branżowej. W Polsce legenda ARC rosła wraz z wydłużającym się brakiem dystrybucji z prawdziwego zdarzenia. Przed dwoma laty ten stan szczęśliwie uległ zmianie.

Aktualnie rolę flagowca wśród preampów Audio Researcha pełni model REF3, kosztujący 43 tys. zł. Testowany LS26 został ustawiony oczko niżej, z ceną zredukowaną o około 30 %. Producent podkreśla, że oba urządzenia łączy wiele podobieństw – począ-wszy od rozwiązań

technicznych, na brzmieniu kończąc. Czy rzeczywiście dźwięk niewiele się różni – nie wiem, ale nie mogę się powstrzymać, by już na wstępie nie oddzielić technicznego ziarna od marketingowych plew. Siłą sugestii nie można w żadnym razie zamaskować podstawowej różnicy pomiędzy oboma urządzeniami: REF3 jest układem w całości lampowym, podczas gdy LS26 to hybryda. Przyjrzyjmy się jej dokładniej.

Budowa
Wygląd urządzeń ARC nie może robić piorunującego wrażenia. Jakości obudowy nie można wprawdzie nic zarzucić, ale w przypadku tej firmy trzymanie się własnej tradycji wzorniczej nie do końca się sprawdza. U McIntosha czy Accuphase’a sytuacja wygląda inaczej – tam stylistykę retro ratuje wrażenie luksusu wykończenia. Obudowy ARC są bardzo proste. Sam płat szczotkowanego aluminium frontu niewiele się różni od długiego szeregu urządzeń wyginających niższe półki cenowe. Z drugiej strony, skromny wygląd pozwala mieć nadzieję, że poczynione na nim oszczędności pozwoliły przeznaczyć więcej środków na lepszy dźwięk. A ten zależy od jakości układu elektronicznego, a nie od obudowy; choć nie brakuje w świecie hi-endu zwolenników teorii o kluczowym znaczeniu siły dokręcenia każdej ze śrub pokrywy. W ARC ten syndrom nie występuje (sprawdziłem ze śrubokrętem). Amerykanie pozostają wierni obudowom, wykonanym w całości z aluminium. Przedwzmacniacz jest lekki i czarne uchwyty z przodu raczej się nie przydadzą – chyba że zechcemy go przenieść jedną ręką.
Niezbyt wyszukane wzornictwo producent rekompensuje funkcjonalnością. Podstawowe elementy (regulacja siły głosu i wybór źródła) obsługują dwa sprężynujące pokrętła. Każde z nich wychyla się tylko o jeden stopień w prawo i o jeden w lewo. Bieżący wybór jest sygnalizowany na wyświetlaczu, umieszczonym w górnym wycięciu panelu frontowego. Pięć przycisków z dolnego wycięcia oraz pilot zawierają wiele ciekawych opcji: zrównoważenie kanałów, odwracanie fazy, wybór jednego z trzech poziomów wzmocnienia, wskaźnik czasu pracy lamp (w godzinach), przełączanie pomiędzy wejściem zbalansowanym i RCA, osobno dla każdego źródła, regulację jasności wyświetlacza i jego wyłączenie oraz zwyklejsze dodatki, jak tryb mono czy wyciszenie.

60-63 07-08 2009 03     60-63 07-08 2009 02

Wybór pomiędzy standardem wejścia oraz poziom wzmocnienia są automatycznie zapamiętywane. Trudno wymagać od przedwzmacniacza więcej. Szkoda jedynie, że jakość pilota nie licuje z ceną urządzenia.
W czasie użytkowania LS26 nie wystąpiły żadne niepokojące, nawet delikatne trzaski, ale z jakiegoś powodu producent zaleca korzystanie z trybu „mute” przy każdej zmianie źródła oraz przy wyłączaniu. Wyciszenie jest też aktywowane automatycznie w przypadku zakłóceń związanych z przerwami w dostawach energii czy spadkiem napięcia w sieci (czego nie sprawdzałem) oraz zawsze po włączeniu. W fazie przygotowywania lamp do pracy (ok. 50 sekund) wskazanie „mute” miga na wyświetlaczu, po czym migać przestaje i należy je wyłączyć samemu. Na dodatek głośność jest wtedy zawsze ustawiona na zero, więc przed rozpoczęciem odsłuchu trzeba się trochę napracować.
Regulacja siły głosu obejmuje 103 kroki, ale należy pamiętać, że w zestawieniu z trzema dostępnymi poziomami wzmocnienia ilość ustawień się zwiększa. W sprzeczności z tą dbałością o precyzję wysterowania pozostaje jedynie skok pomiędzy pozycją „0” (ciszą) a jedynką. W praktyce okazuje się zdecydowanie zbyt duży.

60-63 07-08 2009 04     60-63 07-08 2009 05

Na tylnej ściance umieszczono 8 wejść, każde w dwóch standardach: XLR i RCA. Taką łaskawość w stosunku do zwolenników połączeń zbalansowanych spotyka się rzadko. Listę gniazd uzupełniają: wyjście monitorujące oraz dwa wyjścia do końcówek mocy.
Górną pokrywę skromnie wyklejono tworzywem tłumiącym. Wnętrze nie kryje żadnych sensacji. Wielkość transformatora z rdzeniem R – nawet dla przedwzmacniacza z lampami – w zupełności wystarczy. Na największej płytce umieszczono część stabilizująco-filtrującą zasilania z kondensatorami elektrolitycznymi Nichicona oraz rozbudowaną ścieżkę sygnałową. Składa się ona z dwóch sekcji: w pierwszej, sterującej, pracują JFET-y, a w stopniu wzmocnienia – dwie podwójne triody 6N30 Sovteka. Ich żywotność producent szacuje na około 4 tys. godzin. Po każdorazowej wymianie należy zresetować licznik za pomocą miniaturowego przycisku na płytce z układami logicznymi, umieszczonej równolegle do przedniej ścianki. Oprócz obsługi wyświetlacza i przycisków sterujących znajdziemy tam mikroprocesorową kontrolę regulacji siły głosu oraz wybieraka źródeł.
Druk przy ściance tylnej obsługuje wejścia i wyjścia. Grube ścieżki, zestaw klasycznych kondensatorów polipropylenowych oraz charakterystyczne czerwone kondensatory z logiem Wimy potwierdzają dbałość o jakość elementów i solidność budowy. Tym niemniej, po oględzinach urządzenia jego cena może się wydać wygórowana. Nie przesądzajmy jednak przed odsłuchem. W końcu zabawa nie polega na sumowaniu wartości oporników i kondensatorów, lecz na tym, jaki osiągnięto efekt brzmieniowy. A ten zależy nie tyle od ilości bądź wielkości użytych podzespołów, co od sposobu ich aplikacji.

60-63 07-08 2009 06     60-63 07-08 2009 08

Konfiguracja
ARC LS26 grał na zmianę z trzema końcówkami mocy: Usherem R-1.5, Conradem-Johnsonem MF2250, Audio Researchem VS115 oraz z monitorami Dynaudio Contour 1.3 mkII. Jako źródło wystąpił Naim 5X z Flatcapem 2X. Chociaż bezpośrednim punktem odniesienia był przedwzmacniacz BAT VK3iX SE, to nie mogłem się oprzeć pokusie porównywania testowanego urządzenia ze wszystkimi preampami, z jakimi wcześniej miałem do czynienia. Oczywiście, nie może być mowy o porównywaniu bieżącego odsłuchu z majakami pamięci sprzed kilku lat; podświadomie chyba bardziej chodziło mi o porównanie skali wrażeń niż konkretnych cech brzmienia.
A materiał do dywagacji zebrał się urozmaicony. Tak się bowiem składało, że ilekroć do redakcji trafił jakiś ciekawy model, to wcześniej czy później go posłuchałem. Conrad-Johnson PV12 AL, dwa McIntoshe (C41 i MC2200), Unison Research Mystery One, Usher P-307, Densen Beat B-200, dwa Accuphase’y (C-2400 i C-2810), Electrocompaniet EC 4.7, Monrio Asty Line mkII, NuForce P-9, Gamut C2R oraz AVM Evolution V2, nie licząc budżetówki NAD-a i Rotela. Za wyjątkiem Conrada-Johnsona, Gamuta i AVM-a wszystkie odsłuchy zostały opisane na łamach HFiM – czy to w testach systemów, wzmacniaczy dzielonych czy też grup przedwzmacniaczy. Znakomita większość wzmiankowanych urządzeń zagrała w tym samym systemie, co wymieniony na wstępie, gdyż z różnych względów (czytaj: dziury budżetowej) od lat nic nie zmieniałem. Oczywiście, porównań, poza BAT-em, tutaj nie będzie, ale chcę podkreślić, że LS26 okazał się w tej stawce jednym z bardziej zapadających w pamięć przedwzmacniaczy.

60-63 07-08 2009 07

Wrażenia odsłuchowe
Pierwszy akapit notatek z odsłuchu poświęciłem neutralności. Osobom ciekawym odpowiedzi na pytanie „czy słychać lampy?” od razu odpowiadam: słychać dobry dźwięk. Osłodzenia, zmiękczenia czy ocieplenia – brak. Jeśli pozostałe elementy toru wyprodukują poluzowany bas, to ARC nie zrobi nic, aby go lepiej kontrolować. Jeśli czaruje muzykalnością – LS26 nie utrąci jej ani odrobiny. Jeśli słychać metaliczną górę – to taką również ona pozostanie. Audio Research jest wierny filozofii nieingerowania w brzmienie. I swoją misję wypełnia niemal idealnie. Gra, jakby go w ogóle niebyło. Dla jednych to szczyt marzeń, inni natomiast się obruszą, czy wypracowanie takiego „brzmienia” musiało kosztować aż 26 tys. zł. Moim zdaniem, cena jest adekwatna do jakości, tym bardziej że do poziomu niedostępnego większości konkurentów wyśrubowano przejrzystość.
Moje dotychczasowe doświadczenia z preampami często prowadziły do konkluzji, której kategoryczności trochę się bałem. Zdawało mi się bowiem, że ten segment urządzeń powinno się klasyfikować wyłącznie według stopnia transparentności. Jeśli urządzenie wytwarzało na przykład dodatkowy szczebelek w skali dynamicznej, a wcześniej go nie było, to gdzieś musiał tkwić błąd. LS26 utwierdził mnie w przekonaniu o słuszności tej teorii. Odsłuch wykazał, że ani mikrodynamiki, ani stereofonii, ani basu w samym przedwzmacniaczu nie znajdziemy. Ten element toru może powyższe cechy albo wiernie przesłać dalej, albo w jakimś stopniu modyfikować. ARC zaliczam do pierwszej grupy. Takie podejście w high-endzie można traktować jak oczywistość, lecz jego realizacja nie należy do łatwych. Nawet porównywany tu bezpośrednio BAT, pomimo równie bezkompromisowej przejrzystości, dodał jednak od siebie bonus w postaci muzykalności. LS26 pozostaje w tym względzie niewzruszony. Myślę, że można go uznać za urządzenie bardziej uniwersalne – nie musimy się martwić, czy przypadkiem jakiejś cechy posiadanego systemu nie „zdublujemy”.
Za jeden z kluczowych sprawdzianów przejrzystości uznaję muzykę oratoryjną. Nie zliczę przypadków, gdy nastawiwszy się na duchową ucztę z „Mszą h-moll” Bacha, dawałem sobie spokój po pierwszym „Kyrie eleison”. Najmniejsze zamulenie w torze jest tu potęgowane w sposób, który przeszkadza się wczuć w magię tej ponadczasowej kompozycji. ARC zdał egzamin celująco. W obu wykonaniach, które posiadam (John Eliot Gardiner z chórem Monteverdiego i The English Baroque Soloists oraz Andrew Parrott z Taverner Consort & Players) mistyczne uniesienie pozostało niczym niezmącone. Wykonanie Parrotta, które bardziej lubię, zawiera fragment, przy którym zawsze przechodzą mnie ciarki. To aria „Qui sedes ad dextram Patris”, wyśpiewana altem 13-letniego jeszcze wtedy Panito Iconomou. Nie jestem wprawdzie znawcą ani wokalistyki, ani teologii, ale myślę, że tak właśnie muszą śpiewać anioły. Zachęcony „Mszą h-moll” sięgnąłem również po inne nagrania tego gatunku. Dzięki ARC wysłuchanie „Pasji Mateuszowej” w interpretacji Paula McCreesha i Gabrieli Playersn (Archiv) czy „Missa Solemnis” Bacha pod batutą Philippe’a Herreweghe przedłużyło stan duchowego uniesienia.
Przejrzystość da się sprawdzić również w bardziej świeckim repertuarze. Tutaj można iść na łatwiznę i rozpisać się o szczegółach nagrań Diany Krall, Anny Marii Jopek, Björk czy „The Road to Hell” Chrisa Rei, ale w przypadku ARC nie ma to większego sensu. To tak jakbym wystawił cenzurkę samych superlatyw – i tak nikt nie będzie w stanie zarzucić jakiegokolwiek przekłamania. Bo LS26, zdejmując z nagrań zasłonę, pozwala się delektować muzyką – namacalną i nieskazitelnie czystą. Niuanse stereofonii, skalę dynamiki czy potęgę basu oddaje z niezwykłą łatwością. Napompowana swobodą i lekkością muzyka potrafi bez najmniejszego wysiłku wedrzeć się w strefę zarezerwowaną dla armatnich grzmotów (to u Czajkowskiego) czy też szaleństwa niektórych fragmentów ze ścieżki dźwiękowej „Gladiatora”.
Potęga basu idzie w parze z wirtuozerią sopranów – ARC robi tyle miejsca w całym paśmie, że pomimo muzycznej masy, jaką nas zalewa, jest w tym miejsce na eteryczność i kilka wymiarów subtelności w średnich tonach. Najważniejsze jednak, że w odpowiednich proporcjach wszystkie powyższe zalety można powtórzyć na bardziej wymagającym materiale. Mam tu na myśli moje ulubione nagrania sprzed wielu dekad – Deana Martina i Niny Simone. Z natury rzeczy przejrzystość tamtych realizacji pozostawia wiele do życzenia – i trzeba to zaakceptować wraz z dobrem inwentarza. Jednak dzięki ARC dawne gwiazdy odzyskują pierwiastek blasku, niczym stara fotografia, z której zdmuchnięto kurz. Nie mam pojęcia, jak udało się konstruktorowi osiągnąć taki efekt, ale wiem na pewno, że takich wrażeń taniej nie kupicie.
Połączenie z którą końcówką dało najlepsze rezultaty? Myślę, że to niewłaściwie postawione pytanie. Jeżeli bowiem ARC oferuje tak niesamowitą przejrzystość, to jakość brzmienia będzie zależała od wzmacniacza mocy. Trzeba o tym pamiętać, wybierając się na odsłuch. Osoby poszukujące np. złagodzenia ostrości systemu mogą sobie LS26 darować. Jeśli w zestawie jakiś element wymaga korekty, to możemy być pewni, że ARC przyjrzy mu się przez szkło powiększające.

Reklama

Konkluzja
LS26 to doskonały przedwzmacniacz. Jego zakup wydaje się inwestycją na dłużej. Bo nawet gdybyśmy wchodzili na coraz wyższe pułapy, wymieniając pozostałe elementy systemu, to wydaje się wielce prawdopodobne, że ARC pozostanie w nim najbardziej przejrzysty.

60-63 07-08 2009 T

Autor: Mariusz Malinowski
Źródło: HFiM 7-8/2009

Pobierz ten artykuł jako PDF