Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

Donald Fagen - Sunken Condos

101-103 01 2013 DonaldFagen

Reprise Records 2012

Interpretacja: k5
Realizacja: k5

Fagen to muzyk, który nie potrafi niczego zepsuć. I choć nadal uważam, że „Kamakiriad” (1993) to jego najlepsze solowe dzieło (polecam utwór „On the Dunes”), to zarówno wcześniej, jak i później Amerykanin nie stworzył nic słabego. Jego płyty, zarówno te zarejestrowane w duecie z Walterem Beckerem pod firmą Steely Dan, jak i solowe, zawsze cieszą pomysłową konwencją, bogactwem wpadających w ucho melodii oraz mistrzowskimi umiejętnościami instrumentalnymi. Nagrania Fagena nie odznaczają się spektakularnymi solówkami, ale mamy w nich idealny akompaniament do fenomenalnego wokalu. Weźmy np. utwór „Slinky Thing”, który otwiera „Sunken Condos”. Doskonały rytm, podbity głębokim, pulsującym basem i idealnie wpasowany akompaniament gitarowy. Na takim podkładzie nawet głuchy pociągnąłby melodię. Tymczasem Fagen to wokalista jakich mało, więc w momencie pojawienia się jego głosu nagranie jeszcze bardziej kołysze.
Drugi utwór jest prawie żywcem wyjęty z repertuaru Steely Dan. Znany wstęp na dęciakach, potem gitara i perkusja. Aż się chce włączyć którąś z ich starych płyt. Ale tu wcale nie jest gorzej.
Trzecia piosenka – „Memorabilia” – także trzyma się znanej konwencji. Aż dziwne, że nie słyszymy tu Beckera. Na swoich solowych albumach on i Fagen zwykle sobie pomagali. Tym razem jednak Donald kolegi do współpracy nie zaprosił. Szkoda, ale duch Steely Dana i tak jest obecny.

Autor: Grzegorz Walenda
Źródło: HFiM 01/2013

Pobierz ten artykuł jako PDF