Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

PreAmplifikator II

Mag 20-23 06 2011 01Ponownie trafił w moje ręce gramofonowy przedwzmacniacz marki Amplifikator, produkowany przez firmę Radicon z Gdyni. Poprzedni model okazał się udany, ale konstruktor na tym nie poprzestał i zafundował klientom jego ulepszoną wersję.

Pod względem jakości wykonania jest to po prostu kolejny Amplifikator; tutaj nie ma o czym dyskutować. Konstrukcja z solidnych płyt, pogrubiony aluminiowy front i dopracowane szczegóły. Skądinąd wiadomo, że w większości urządzeń elektronicznych największe koszty pochłania obudowa. Jeżeli chodzi o obudowę w stylu Amplifikatora, łatwo w to uwierzyć.


PreAmplifikator II w porównaniu z poprzednią wersją zyskał m.in. nowy przełącznik na froncie, pozwalający na pracę z zasilaczem akumulatorowym albo ze standardowym zasilaczem wewnętrznym (gniazdo IEC). Oczywiście oprócz tego pomocniczego w końcu gadżetu PreAmplifikator II zyskał też cały zasilacz akumulatorowy, ze wskaźnikiem poziomu naładowania baterii, stosownymi przełącznikami, własnym zasilaczem wtyczkowym (ładowarką) i kablem, ozdobionym wielopinowym wtykiem. Phono stage z tym zasilaczem kojarzy mi się z piekielnie drogimi urządzeniami manufaktur japońskich. Bo akumulatorowy stopień gramofonowy to fantastyka czystej wody. Coś idealnie w stylu audiofila z Kraju Kwitnącego Wiadomo Czego. Mógłby to zaprojektować ktoś z 47 lab albo jeszcze bardziej ezoterycznej manufaktury. Jest to, proszę Państwa, odjazd na maksa, i ja zdejmuję przed tym kapelusz. Nie wymyślono jeszcze lepszego zasilania do stopnia gramofonowego.
Inną nowością jest gniazdo zdalnego sterowania. W znanej mi wersji kabel wpinało się w improwizowane złącze umieszczone wewnątrz urządzenia (obsługa wymagała zdjęcia pokrywy obudowy). Było to rozwiązanie eksperymentalne. W testowanej dziś wersji znajduje się nadajnik z regulacją parametrów obciążenia dla obu typów wkładek, ulokowany na długim cienkim przewodzie, wpinanym do portu na tylnej ściance przedwzmacniacza.
Niewiele (i tylko bardzo drogich) firm oferuje phono stage’e ze zdalną regulacją parametrów. Zgoda, można uznać, że pilot na kablu to rozwiązanie z czasów telewizorów Wisła, ale po pierwsze, sama technika analogowa jest jeszcze starsza, więc rozwiązania retro tu pasują; po drugie zaś (i najważniejsze) to działa. A wcale źle nie wygląda.
Poza tymi nowościami PreAmplifikator II dysponuje szeregiem rozwiązań wziętych z poprzednika. Na tylnej ścianie można znaleźć aż dwa komplety wejść, co pozwala na stałe wpiąć dwa ramiona gramofonowe. Są też dwa wyjścia. W obu przypadkach istnieje wybór między RCA a XLR-em (symetryzowanymi).
Górna płyta niczym by się nie wyróżniała, gdyby nie mikropokrętła z nastawami obciążenia wkładek – jedno do pojemności, drugie do impedancji. Te pokrętła zdublowano na pilocie, który po podłączeniu niejako przejmuje stery. Tu mogę zgłosić zastrzeżenie: pokrętła opisano tak drobnym drukiem, że nie każde okulary pozwalają odczytać aktualne wskazanie. Dla niektórych starszych panów może to stanowić problem.
Wnętrze jest równie pięknie zaprojektowane i uporządkowane jak w poprzedniku. Zastosowano pasywną korekcję charakterystyki częstotliwościowej. Warto zwrócić uwagę, że za końcowe wzmocnienie odpowiadają tranzystory JFET, cenione ze względu na brzmienie; niekiedy określane wręcz jako lampowe. Swoją drogą, nie wiem, czy słusznie, ale kiedy widzę środek Amplifikatora, nasuwają mi się skojarzenia militarne. W końcu Radicon ma w pewnym sensie korzenie w gdyńskim Radmorze, firmie znanej z produkcji elektroniki wojskowej.
I jeszcze uwaga na marginesie: pamiętam, jak pewien konstruktor, oglądając wnętrze któregoś z urządzeń Radicona, skrzywił się profesjonalnie i stwierdził, że zastosowano tu drogie podzespoły. Sądzę, że dla nabywców tych urządzeń nie jest to zła wiadomość.

Alek Rachwald

Mag 20-23 06 2011 opinia1

Wzmacniacze Amplifikatora (swoją drogą, czy to nie pleonazm?) nie zawodzą. Pamiętam dobre wyniki, jakie uzyskiwał w testach zintegrowany G. Pamiętam też, jak świetnie radził sobie poprzednik recenzowanego dziś modelu, PreAmplifikator w wersji z zasilaniem z sieci. Wszystkie urządzenia pod tą marką, które zdarzyło mi się słyszeć, cechowało brzmienie, które nazwę najchętniej dźwiękiem „dojrzałego tranzystora”. Jak wiadomo (z relacji dziadów i ojców, ale niekiedy też z własnych doświadczeń) brzmienie wczesnych urządzeń półprzewodnikowych cechowało się brakiem spokoju, sygnaturą odbieraną jako ostrość. Wychodziło to na jaw zwłaszcza w porównaniu z ówczesnym sprzętem lampowym. Mijały jednak lata i oto teraz, gdy inne technologie w postaci wzmacniaczy cyfrowych straszą zza rogu, a i lampy jakoś nie chcą odejść na emeryturę, tranzystor gra już dojrzale.
Dźwięk tego urządzenia jest, owszem, czysto-przejrzysty, ale przy tym jedwabiście gładki. Nie przypominam sobie, aby w jakimkolwiek nagraniu (może z wyjątkiem okropnych tłoczeń muzyki elektronicznej z lat 80.) dał się odczuć dyskomfort wywołany ostrością lub szorstkością. Tutaj takie rzeczy się po prostu nie zdarzają. Pamiętam, że dźwięk poprzedniego Amplifikatora odebrałem jako spokojny, a w dalszej kolejności – przezroczysty i detaliczny. Słyszałem różne opinie na ten temat z rozmaitych źródeł, jednak dla mnie bardziej przezroczystym i szybszym przedwzmacniaczem był używany przeze mnie na co dzień RCM. Pod tym względem nie zmieniłem zdania, natomiast brzmienie obecnej wersji PreAmplifikatora jest, według mnie, lepiej wypełnione i żywsze. Być może to efekt lekkiej poprawy mikrodynamiki, wynikającej z zastosowania zaawansowanego zasilacza, ale nowy PreAmplifikator wydał mi się nie tylko poprawny i neutralny, nie tylko przyjemny, ale również zajmujący. Nie ma tu wprawdzie ciągnięcia słuchacza za uszy za pośrednictwem nadnaturalnej rytmiki ani wyraźnego nacisku na dynamikę, ale wszystko zachowuje właściwe proporcje. Te proporcje zaś są takie, że chce się słuchać długo i sięgać po kolejne nagrania. Jak tak dalej pójdzie, to obok „magii lamp” dorobimy się nowego określenia: magia baterii.
Z niecierpliwością czekałem na okazję i teraz w końcu powiem: zdalne sterowanie działa nad podziw. Wiadomo powszechnie, że wpływ ustawień wkładki na dźwięk jest bardzo istotny. Jednak stosowana zazwyczaj metoda zmiany parametrów (przełącznikami na tylnej ściance lub nawet wewnątrz obudowy) utrudnia dokonanie optymalnych ustawień. Pamięć dźwięku nie jest szczególnie trwała. Proszę sobie zatem wyobrazić, jak wygląda wybieranie optymalnego ustawienia, kiedy dla dokonania każdej zmiany trzeba podbiegać do urządzenia i wytężając wzrok poprzesuwać parę małych duperelków na tylnej płycie. Potem wraca się do fotela i zastanawia: jest inaczej, czy tylko się wydaje? A może to szumi w uszach po nagłej zmianie pozycji? Rozwiązanie zaproponowane przez Radicona załatwia problem raz na zawsze. Byłem zaskoczony, jak dobrze słyszalną różnicę może spowodować zmiana obciążenia wkładki o jedną pozycję, jeśli czynność ta zostanie pozbawiona dotychczasowych elementów kucania, gmerania i przechadzki.

Mag 20-23 06 2011 02     Mag 20-23 06 2011 03

Barwa jest naturalna, bez oznak rozjaśnienia i w żadnym razie przyciemniona. Szczegółowość zdecydowanie dobra. Odbierana subiektywnie szybkość dźwięku – naturalna. Brzmienie określiłbym jako pewne, nie nerwowe. Warto chwilkę się wsłuchać w tę prezentację, bo nie przyciąga zmanipulowaną dynamiką czy podbitą barwą średnicy. Jednak już krótki odsłuch pozwala docenić jej jakość i prawdziwość. Nie zrzucałbym wszystkiego na baterie; ten zasilacz to trochę wisienka na torcie: jeszcze trochę zmniejszy szumy, ciut poprawi mikrodynamikę. Nada high-endowy szlif. Ale zasadnicza jakość dźwięku jest pochodną całego projektu, o czym się przekonałem już przy odsłuchu poprzedniego modelu.
Przedwzmacniacze Amplifikatora to bardzo mocna pozycja w katalogu dostępnych w Polsce urządzeń analogowych. Teraz, gdy firma dorobiła się tak wyszukanego zasilania, każdy, kto poszukuje najwyższej jakości preampu korekcyjnego, powinien go przynajmniej wypróbować.

Alek Rachwald

Mag 20-23 06 2011 04     Mag 20-23 06 2011 07

Mag 20-23 06 2011 opinia2

Już wcześniejsze spotkania z przedwzmacniaczem gramofonowym Amplifikator zwróciły nań moją uwagę. Tym razem miałem okazję osobiście przetestować jego najnowszą wersję, rozbudowaną o zasilacz akumulatorowy.
Podporządkowany funkcji i bardzo męski projekt plastyczny, z ostrymi krawędziami i mało przyjaznym rozmieszczeniem manipulatorów (wynikającym z ułożenia układów elektronicznych we wnętrzu) od razu nasunął mi myśl o bezkompromisowym podejściu konstruktora do swego dzieła. Wcale mnie to nie zaskoczyło, gdyż znam inne projekty Tomasza Burskiego.
Amplifikator miał możliwość wykazania swoich zalet ze źródłami analogowymi i przetwornikami MC i MM, reprezentującymi różne klasy cenowe. W żadnej aplikacji nie zawiódł.
Przedwzmacniacz udanie łączy opanowanie ze szczegółowością. Rozdzielczość brzmienia osiąga bardzo wysoki poziom. Każdy instrument, każda sekcja orkiestry symfonicznej, nawet w kulminacjach „Uwertury 1812” Czajkowskiego (Kuzel, CSO), były łatwe do zlokalizowania i śledzenia. Jednocześnie nagranie zostało odtworzone z rozmachem, swobodą oraz kontrolą skoków dynamiki. Ani przez moment dźwięk nie ulegał zdudnieniu czy posklejaniu. Bicie dzwonów w finale wyraźnie odcinało się od orkiestrowego tutti, a każdy z czterech wyraźnie różnił się od pozostałych. Amplifikator podkreślił wysoką jakość tej realizacji. Barwę określiłbym jako naturalną dla analogu. Brzmienie nie nosiło śladu osuszenia czy ostrości. Cechowały je za to wypełnienie i soczystość. Także dzięki idealnemu prowadzeniu niskich tonów. Huk wystrzałów armatnich, zarejestrowany w nagraniu „Uwertury”, to niezapomniane doznanie. PreAmplifikator II potrafi rozdzielić dźwięk wystrzału na początkowy pik spowodowany wybuchem ładunku prochowego oraz następującą po nim kaskadę opadających częstotliwości. Nie tylko potęga, ale i zróżnicowanie niskich tonów zasługują na słowa uznania.

Reklama

Organowe nagrania „Sztuki fugi” Bacha (Koehler) w towarzystwie PreAmplifikatora II to doznania niemal mistyczne. Dźwięk organów, zupełnie oderwany od kolumn, wypełniający swobodnie zarysowaną trójwymiarową przestrzeń, pozwalał zapomnieć o obowiązkach recenzenta. Linie melodyczne polifonii przeplatały się, pozostając zawsze czytelnymi, a potężny bas dawał odczuć wielkość kościoła w Naumburgu. Nagrania „Koncertów fletowych” Vivaldiego (Brueggen z Orkiestrą XVIII Wieku) uwidoczniły perfekcję urządzenia w zakresie średnicy. Stare drewniane instrumenty dęte wybrzmiewały, jak gdyby znajdowały się tuż przed słuchaczem, wprost namacalnie. Dźwięk był nośny i gładki. Dokładna rejestracja umożliwiła śledzenie szczegółów pracy ust i palców muzyków (zresztą sam dyrygent je w tym maczał).
W nieco lżejszym repertuarze (Ania Dąbrowska „Movie”) przedwzmacniacz również wypadł dobrze, pokazując tym samym swą uniwersalność. Zarówno wokal, jak i instrumenty elektryczne cechowały analogowa naturalność i płynność. W ostrzejszych fragmentach nie brakowało opanowania i swobody w operowaniu dynamiką. Były i punktualny rytm perkusji, i zróżnicowana linia basu, i płynność głosu, i wreszcie drapieżność gitar. Pełnia.
W moim odczuciu akumulatorowy PreAmplifikator to brzmieniowa rewelacja. Wyśmienity w swojej klasie cenowej stopień korekcyjny, który nie boi się znacznie znamienitszej konkurencji. Duże uznanie.

Paweł Gołębiewski

Mag 20-23 06 2011 daneTechniczne

Autor: Alek Rachwald i Paweł Gołębiewski
Źródło: MHF 02/2011

Pobierz ten artykuł jako PDF