Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

Cary Audio Design CAD 805 Anniversary Edition

40-46 09 2010 01Na okładce „Sterophile’a” ze stycznia 1994 roku znalazło się zdjęcie lampowych monobloków Cary CAD 805 oraz tranzystorowej stereofonicznej końcówki mocy Krell KSA-300S. Prowokacyjną zapowiedź znajdujących się w środku testów wymyślił redaktor naczelny, John Atkinson, a jej tytuł wszedł na stałe do kanonu high-endowych bon motów: „Jeśli któryś z tych wzmacniaczy ma RACJĘ. to drugi musi się MYLIĆ”.

Tak się zaczęła legenda ówczesnej nowości – monobloków Cary Audio Design CAD 805.

Entuzjastyczna recenzja autorstwa Dicka Olshera miała się stać początkiem renesansu (przynajmniej w Stanach) lampowych konstrukcji single­ended. Wcześniej stanowiły one margines rynku – głównie z uwagi na ograniczenia dynamiczne. Wąskie grono wielbicieli czarującego brzmienia lampy 300B oprócz ograniczonej oferty mało znanych firm musiało się liczyć także ze skromną mocą kilku, najwyżej kilkunastu watów, słabo kontrolowanym basem oraz (jeśli w ogóle miało to jakiekolwiek znaczenie) fatalnymi rezultatami pomiarów.
Szef Cary Audio Design, Dennis Had, zafascynowany magią brzmienia lamp sprzed kilkudziesięciu lat, wymarzył sobie wzmacniacz, który przywróciłby konstrukcjom SE należny szacunek. Miał on być opcją dla tych, którzy byliby gotowi poświęcić wzorzec brzmienia tranzystorowych wyczynowców na rzecz urządzenia z duszą.
Jednym z pierwszych produktów założonej w 1989 roku firmy były monobloki CAD 300SE (w zmienionej wersji produkowane do dzisiaj), które z triody 300B wyciskały 10 watów. Dennis Had był jednak przekonany, że droga do sukcesu wiedzie przez większą moc i aby to osiągnąć, należy zastosować inne lampy.
Już w styczniu 1991 roku na CES­ie w Las Vegas odbyła się prezentacja monobloków CAD 805, z lampą 805 w stopniu wyjściowym i EL 34 jako sterującą. Do sprzedaży trafiły rok póśniej – ale już w wersji z 211 zamiast 805. W tej konfiguracji teoretycznie słabowity układ SE dysponował 50 watami na kanał. Bazując na oryginalnym pomyśle, niedługo ukończono monobloki jeszcze potężniejsze – z dwiema 845 na kanał. Ten model został nazwany CAD 211 i również jest wytwarzany do dziś.
Obecna wersja testowanych monobloków jest piątą z kolei odsłoną tego legendarnego wzmacniacza. Symbol 805 oznaczał lampę, jaką zastosowano w pierwszej wersji – tej, która nigdy nie weszła do sprzedaży. I choć w salonach monobloki pojawiły się wyposażone w 211, to oryginalna nazwa została zachowana. Zresztą rzut oka na historię pokazuje, że Amerykanie nigdy nie mogli się zdecydować, która trioda w stopniu wyjściowym jest „tą właściwą”. Dwie pierwsze wersje grały z 211. Trzecia i czwarta – z 845. Natomiast w obecnym modelu (dostępnym od 2003 roku, co upamiętnia upływ pierwszej dekady od debiutu) mamy możliwość wyboru. W pudełku znajdziemy oba typy lamp, a na górnym panelu umieszczono przełącznik służący do zmiany trybu pracy na odpowiedni dla każdej z nich.

40-46 09 2010 02     40-46 09 2010 03

Budowa
Monobloki Cary to podłużne bryły, ważące 39 kilo każda. Ich wykończenie jest gustowne, choć gdyby nie lakier pokrywający górną płaszczyznę i stylowa czcionka metryczki, samo wykonanie niczym specjalnym by się nie wyróżniało. W wyposażeniu znajdziemy natomiast kilka elementów, spotykanych dość rzadko.
Uwagę zwraca umieszczona na przednim panelu lampa typu „kocie oko”, przypominająca radioodbiorniki produkowane przed półwieczem albo i jeszcze dawniej. Siła jej świecenia zmienia się w zależności od obciążenia wzmacniacza. Źrenica oka będzie całkowicie zamknięta przy maksymalnym wysterowaniu dla 8 omów. Tę czysto estetyczną funkcję pełni lampa 1629. Nie licząc „kociego oka”, w każdym monobloku występują jeszcze cztery bańki „właściwe”. Z przodu wkładamy parę chińskich 6SN7GT. W środku tkwi dumnie pomnik audiofilskiej tradycji: 300B z nadrukiem „Cary Audio Design”. Jako lampa mocy mogą pracować alternatywnie 845 i 211, obie w wyposażeniu standardowym, także pochodzące z bieżącej chińskiej produkcji. Pech chciał, że jedna 211 uległa mechanicznemu uszkodzeniu. Do testu dystrybutor dostarczył więc parę zastępników NOS: General Electric VT­4­C. Ich rynkowa wartość to ponad 1000 zł. Na górze widać jeszcze dwa pokrętła. Jedno służy do przestawienia pomiędzy prądem spoczynkowym obu lamp mocy, drugie – do regulacji sprzężenia zwrotnego.
W przedniej części górnego panelu, oprócz lamp i regulatorów, znajdują się elementy „rozruchowe”. Monobloki włącza się dwustopniowo. Najpierw hebelek lewy aktywuje zasilanie, ale pełną gotowość lamp mocy uzyskamy dopiero po przestawieniu hebelka prawego w pozycję „operate”. Instrukcja nie mówi, jak długo należy odczekać pomiędzy oboma krokami. Teoretycznie można to zrobić od razu, jednak dla audiofilskiej higieny za każdym razem starałem się poświęcić na włączanie monobloków dłuższą chwilę. W końcu jeśli się kupuje wzmacniacz za takie pieniądze, to można sobie pozwolić na delektowanie się dodatkowym misterium, niezależnie od tego, czy jest ono potrzebne, czy nie. Urządzenie przed odsłuchem wymaga według specyfikacji około 5­minutowej rozgrzewki, pod warunkiem, że jest już dotarte. Mimo wszystko do krytycznych odsłuchów nie zasiadałem wcześniej niż po 30 minutach od włączenia.
Z tyłu Cary oferuje trzy pary odczepów głośnikowych: dla 4, 8 i 16 omów. Poza tym mamy gniazdo sieciowe, dwa bezpieczniki (jeden dla układu lampy sterującej, drugi – dla lampy mocy) oraz wejście RCA. Producent podaje informację,że na życzenie klienta istnieje możliwość instalacji gniazda XLR. Tuż ponad krawędzią tylnej ścianki znajduje się wejście „duży jack”, służące do pomiaru prądu spoczynkowego dla lamp 300B. Samą regulację wykonujemy za pomocą śruby znajdującej się tuż obok. Natomiast przy krawędzi bocznej producent umieścił regulację świecenia „kociego oka”.
Listę elementów zewnętrznych dopełniają dwa ekrany ogromnych transformatorów (zasilający to ten z tyłu, bliżej frontu znajduje się wyjściowy) oraz kominy czterech kondensatorów.
Po odkręceniu podstawy wzmacniacza widać typowe dla montażu przestrzennego kłębowisko kabli i ani jednej płytki drukowanej. Wejście jest dwustopniowe. Pierwsza 6SN7 to wzmocnienie wstępne; druga pełni funkcję niskoimpedancyjnego sterownika dla 300B. Wcześniejsze wersje CAD 805 nie miały tego pierwszego stopnia, co skutkowało problemami we współpracy z preampami pasywnymi. Teraz to ograniczenie zostało wyeliminowane. Z pasywką Music First Audio nie było najmniejszych problemów.
Kondensatory elektrolityczne pochodzą głównie od Nichicona (to te granatowe), a polipropylenowe od MKP (czarne) oraz Kimber Kapa (żółte). Przełączniki hebelkowe dostarczył Carling.
Ciekawym rozwiązaniem w recenzowanych monoblokach są dodatkowe transformatory, pełniące rolę sterowników międzystopniowych (tzw. interstage driving transformer). Rzeczywiście, wyraśnie widać, że oprócz dwóch transformatorowych gigantów mamy jeszcze cztery znacznie mniejsze. Kluczowe jest równoległe do kondensatorowego sprzęgnięcie za pomocą trafa anody 300B z siatką lampy wyjściowej. Mniej więcej około 28. wata układ przechodzi z klasy A1 do A2. W tym miejscu impedancja siatki lampy wyjściowej spada tak gwałtownie, że jej sterowanie przejmuje trafo. Oczywiście ani zastosowanie 300B jako sterownika dla 845 lub 211, ani ich sprzęgnięcie transformatorem międzystopniowym nie są rewolucją. Analogie z Audio Note Ankoru nasuwają się same. Na szczęście cena jest znacznie niższa.
Lampowce single­ended mają niewielkie bądź zerowe sprzężenie zwrotne. Aby za triodowy romantyzm brzmienia nie trzeba było zapłacić zaburzeniem liniowości pasma, należy właściwie dobrać głośniki. Oprócz przyjaznej skuteczności ważna jest impedancja – nie tylko nominalna, ale i faktyczna. Generalnie im mniejsze sprzężenie zwrotne, tym mniejsze prawdopodobieństwo uzyskania dobrego brzmienia z kolumn o nierównej charakterystyce impedancji. Dla SET­ów najlepiej, aby była ona względnie płaska. Monobloki Cary nie mają tej wady. Gdy podłączymy kolumny lubiące wyciskać z pieca siódme poty, wystarczy, że przekręcimy gałkę regulacji sprzężenia w prawo, a impedancja wyjścia spadnie i kłopot z głowy. W praktyce nie jest to takie proste. Na zabawie ze sprzężeniem spędziłem dużo czasu. Okazało się że optymalne ustawienie wymaga długotrwałych prób i nie da się tego zrobić w pół godziny. Dlatego prawie cały odsłuch został przeprowadzony w pozycji zero. Zresztą, z kolumnami Audio Physic Scorpio II zmiany były niewielkie. Maksymalne sprzężenie trochę utwardzało bas, choć odbywało się to kosztem zamazania planów sceny. Ale to oczywiście nie jest regułą. Z każdymi kolumnami będzie inaczej.

40-46 09 2010 06     40-46 09 2010 05

Konfiguracja
Poza Audio Physicami Scorpio II w teście grał odtwarzacz CD Naim 5X z Flatcapem. Po tygodniu ustąpił miejsca Cary Audio Design – 303T Professional Version. Z przedwzmacniaczy na zmianę używałem pasywnego Music First Audio Preamplifier mkII oraz lampowego Audio Researcha LS17. Całość została okablowana bardzo drogą Tarą Labs The Zero Edge.
Monobloki powinny być zasilane takimi samymi sieciówkami – akurat miałem dwie sztuki Powercordów Super PAL­a, choć docelowo warto zainwestować w coś z wyższej półki. Do źródła powędrowała złota „czternastka” Neela w wersji podstawowej. Odsłuch rozpocząłem od lamp 845 na wyjściu.

40-46 09 2010 07

Wrażenia odsłuchowe
Historia monobloków 805 i opinii na ich temat stawia je w roli lampowego gladiatora, który musi toczyć od lat tę samą walkę z tranzystorowymi smokami. Stawką jest honor muzyki, a ostateczny rezultat pozostaje nierozstrzygnięty.
Zakładałem, że do testu trafił wzmacniacz wyposażony w całe dobrodziejstwo próżniowego inwentarza – z pełną listą zalet, ale też dyskretnych uproszczeń. Rozpoczynając odsłuch z tym nastawieniem, doznałem niemałego zaskoczenia. Owszem, Cary zaoferowało cały katalog czarów i bajeczną średnicę, która może przyprawić o zawrót głowy. Tyle że przy lampach za ponad 40 tysięcy zł powyższe atrakcje otrzymujemy wraz z kartą gwarancyjną. Monobloki Cary w porównaniu z innymi wzmacniaczami lampowymi, jakie się w ciągu ostatnich dwóch lat u mnie przewinęły (CaryCAD-120S, ARC VS115, Kronzilla SXI-S oraz z niższej półki – Prima Luna DiaLogue One czy Canor TP 106 VR), dysponują jednak fundamentalną przewagą – oferują zdecydowanie, o którym tamte mogły jedynie pomarzyć.
Brzmienie CAD 805 AE było też pozbawione wielu stereotypowych lampowych manier. Lista kompromisów nadzwyczaj krótka, a kartki w moim notatniku upstrzone przymiotnikiem "neutralny".
Jedną z największych atrakcji amerykańskich monobloków jest przestrzeń. Początkowo sądziłem, że to zasługa podłogówek Audio Physica – firmy, której znakiem rozpoznawczym jest referencyjna stereofonia. Ale same kolumny nie stworzą przecież spektaklu z niczego. Monobloki pokazały, że potrafią dostarczyć informacje bardzo dokładne i realistyczne.
Cary preferuje odwzorowanie muzyki bez sztuczek. Koncentruje się na dźwiękach pomiędzy głośnikami, z naciskiem na staranne rozplanowanie ogromnej głębi i na lekko wysunięty wokal. Szerokość nie jest nadmiernie rozdmuchana, co nie oznacza jej kompresji. Przeciwnie – sprawia ona wrażenie dużej, głównie dzięki nasyceniu powietrza muzyką, wytworzeniu aury w całym pomieszczeniu odsłuchowym. Uderza lekkość i swoboda, z jaką amerykańskie piece potrafią wydobyć z kolumn nawet najdrobniejsze dźwięki i oddać je w postaci najczystszych kryształów, oszlifowanych z nalotu, mgiełki czy nie ostrości.
Na uznanie zasługuje także dynamika – tradycyjnie pięta achillesowa techniki lampowej. Pierwsze dni odsłuchu potwierdzały zresztą ten stereotyp – górny zakres basu lekko się rozmywał. Jednak po próbach z końcówkami tranzystorowymi(Usher R-1.5 oraz Conrad Johnson 2250) mogłem stwierdzić, że to kwestia ustawienia kolumn i akustyki pomieszczenia. Scorpio II do 23 metrowego pokoju okazały się po prostu trochę za duże. Jako że żaden z podłączonych do AP wzmacniaczy nie zdołał zniwelować lekkiego podbicia, to i monobloki Cary musiałem rozgrzeszyć. Tym bardziej, że sytuacja się zmieniła po zamontowaniu lamp 211, o czym za chwilę.
Tymczasem, biorąc w nawias ten nie wielki mankament, można z czystym sumieniem określić Cary jako piece energetyczne i szybkie. Bardziej niż bym się tego spodziewał po lampach. Mikrodynamika była wyborna w skali bezwzględnej, stanowiąc równorzędną konkurencję dla najlepszych tranzystorowych integr. Ten aspekt lubię oceniać na materiale akustycznym, gdzie główną rolę odgrywają instrumenty strunowe szarpane. Gitara, mandolina czy harfa; Paco de Lucia, kilka koncertów Vivaldiego, Andreas Vollenweider - za każdym razem wydawało mi się, że widzę muzyka, ale nie nadążam wzrokiem za ruchem jego palców.
Kapitalna mikrodynamika jest tonowana kulturą i wyczuciem amplitud dźwięku w skali makro. To nie żadne spowolnienia; raczej wyeliminowanie najmniejszych nawet pierwiastków nerwowości. W sumie dynamika nie pozostawiła niedosytu. Tranzystorowi wyczynowcy potrafią, co prawda, wycisnąć więcej na samym dole pasma, ale bez bezpośrednich porównań w rodzaju Lenny'ego Kravitza czy Nicka Cave'a w wykonaniu CAD 805 AE dostarczają pełnej satysfakcji.
Nie jest to bynajmniej kurtuazja z mojej strony. Monobloki Cary dysponują 50 watami na kanał (z lampą 211 nawet 70 W). W kategoriach absolutnych to niby niewiele, ale taka moc z lampy daje efekt nieprawdopodobnej potęgi. Potencjometr w preampie, ustawiony w połowie skali, zapewni tyle czadu, że w warunkach domowych więcej nie potrzeba.
W przypadku każdego wzmacniacza lampowego najważniejszym punktem programu jest średnica. Cary na pewno nie zawodzi; w końcu ugruntowana pozycja zobowiązuje. Dzieje się tyle, że gdybym ją zechciał wiernie opisać, to wierszówka za ten tekst wystarczyłaby na letniskowy domek na Karaibach. Jak tu się ograniczyć do jednego akapitu, skoro każda płyta dostarcza informacji o barwach godnych wrażeń ze zwiedzania Luwru? Amerykański piec lubuje się w rozkładaniu każ dego koloru na czynniki pierwsze. To, co wydawało się dotąd znane, wzbogaca się o dodatkowy odcień czy milisekundowy blask. Średnica jest przy tym neutralna, a jej wartość polega na trudnym do ujęcia wyważeniu proporcji pomiędzy nasyceniem barw i ich zróżnicowaniem, zamiast na konwencjonalnym lampowym podgrzaniu. Dźwięki są wypełnione, ale ich kontury zachowują nieskazitelną ciągłość. Nic się nie przelewa, dzięki czemu, nawet pomimo solidnej podstawy basowej, dźwięk oferuje idealną dla ucha czystość i selektywność.
Góra pasma charakteryzuje się ujmującym lampowym osłodzeniem, ale Cary potrafi zachować umiar, dzięki któremu nie doprowadza do tłustoczwartkowych mdłości. Poza tym odwzorowanie szczegółów należy zaliczyć do wybitnych – z pełną paletą informacji, ale bez natarczywości. Góra pasma jest niemal fizjologicznie zintegrowana ze średnicą - stanowi jej naturalne przedłużenie i nie stroi gwiazdorskich fochów.
Po dwóch tygodniach odsłuchów wymieniłem lampy na General Electric 211. Zmiany nie były rewolucyjne, ale wyraźne. Na kontroli zyskał bas. W efekcie z brzmienia została zdjęta aureola majestatu; muzyka stała się lżejsza i bardziej napowietrzona. Na scenie zrobiło się więcej miejsca, ale osiągnięty w ten sposób wyższy szczebelek przejrzystości ciągle zachowywał niepowtarzalną płynność, która w bogactwie składowych nie pozwala zagubić ducha emocji i esencji muzyki. Bogactwo barw średnicy pozostało praktycznie niezmienione.
Z oboma typami lamp mocy CAD 805 AE prezentują niepowtarzalny muzyczny spektakl, nieosiągalny dla tranzystorów. To jest subtelność ocierająca się o miękkość; mięsistość oznaczająca wdzięk, nie fałsz. Do tego muzykalność oraz urzekająca paleta barw. W dodatku wszystko podane w sposób niezwykle wyrafinowany. Nie ma mowy o lampowej nachalności. Równowaga tonalna, energetyczność i przejrzystość zapewniają brzmienie bardzo wysokiej klasy i generują ogromną siłą muzycznej sugestii, nieomal hipnozy.
Ponadto w przypadku lamp 211 wydaje się, że monobloki wyznaczają poziom lampowej neutralności niedostępny większości konstrukcji SE. A jeśli komuś nadal będzie brakować ostatniego słowa w skali makrodynamiki? Gotowa odpowiedź brzmi: dynamika to nie tyle wartości mierzalne, co umiejętność oddania dramatyzmu muzyki.Siódme audiofilskie wtajemniczenie. Tylko dla wybranych.
Czy ta lista zachwytów jest obiektywna? Czy zwolennik tranzystorów nie będzie narzekał na miękki bas, cofniętą górę i nadmiar kultury w repertuarze, w którym należałoby raczej odpalać petardy? Może, ale tylko wtedy, kiedy jest zdeklarowanym przeciwnikiem lamp, a jego własny system zalicza się do wysokiego hi-endu. Audiofil oszczędny jest proszony o zachowanie milczenia.

Reklama

Konkluzja
Legenda Cary 805 wzięła się nie tylko z chwytliwego prasowego sloganu, ale i ze statusu, jaki im wtedy nadano - pierwszego obrońcy honoru lamp w starciu z najlepszymi tranzystorami. W brzmieniu monobloków można się zakochać. Oferując magię i lampowy czar bez fałszowania muzycznego realizmu, na pewno zasługują na swoją sławę. Ich dźwięk jest high-endowy w każdym calu.
CAD podaje, że osiemset piątki trafiły na okładki audiofilskich pism na całym świecie 74 razy. Aż tak często mylić się nie można.

40-46 09 2010 T

Autor: Mariusz Malinowski
Źródło: HFiM 09/2010

Pobierz ten artykuł jako PDF