Serwis wykorzystuje pliki cookies

które są zapisywane na Twoim komputerze. Technologia ta jest wykorzystywana w celach funkcjonalnych, statystycznych i reklamowych. Pozwala nam określać zachowania użytkowników na stronie, dostarczać im odpowiednie treści oraz reklamy, a także ułatwia korzystanie z serwisu, np. poprzez funkcję automatycznego logowania. Korzystanie z serwisu Hi-Fi.com.pl przy włączonej obsłudze plików cookies jest przez nas traktowane, jako wyrażenie zgody na zapisywanie ich w pamięci urządzenia, z którego korzystasz. Jeżeli się na to nie zgadzasz, możesz w każdej chwili zmienić ustawienia swojej przeglądarki.

Zrozumiałem

HFM

artykulyskrot3

Accuphase A-70

hifi1114018Końcówka mocy A-70 to tegoroczna nowość Accuphase’a. Zastąpiła dotychczas produkowaną A-65. To flagowy model wzmacniacza stereo. Wyżej w hierarchii stoją już tylko monobloki A-200.



Monofoniczny wzmacniacz A-200 powstał dla uczczenia 40-lecia działalności Accuphase’a. To najbardziej zaawansowana konstrukcja w historii japońskiej wytwórni i obiekt westchnień jej fanów. Dodajmy, obiekt dla większości niedostępny, bo kosztujący krocie. W tym kontekście A-70 jawi się jako bardziej realna alternatywa. Kosztuje mniej niż pół ceny dwusetek, a wcale nie stanowi ich ledwie bladego odbicia. Jako że została wprowadzona dwa lata po monoblokach, zastosowano w niej sporą część rozwiązań sprawdzonych we flagowcach. Oczywiście, nie dysponuje porównywalną mocą i pewnie nie dorówna im rozmachem, ale w ogólnym rozrachunku brzmieniowe podobieństwa przeważą nad różnicami.

Generacje
Symbol A-70 wskazuje generacyjną zmianę w porównaniu z wcześniejszymi A-60 i A-65. Nie podkreślono jej może tak dobitnie, jak w zintegrowanym modelu E-600 („HFiM 2/2014”), ale producent daje do zrozumienia, że A-70 to coś wyraźnie innego od starszych modeli. Nie należy się oczywiście spodziewać rewolucji, bo Accuphase zachowuje profil konserwatywny, niemniej należy mieć nadzieję, że w konstrukcji nastąpi skok zamiast tradycyjnego małego kroku, zgodnego z tradycją kaizen.



hifi1114008

Transformator wielkości rondla i dwa kondensatory po 82000 uF każdy. Budowa zwarta, ale kanały sygnałowe odsunięte od siebie najdalej jak się dało
 

 
Dziedziną, którą zmiany na pewno ominą, będzie wzornictwo. Nie bez przyczyny Accuphase bywa porównywany do McIntosha. Jego urządzenia wyglądają na tyle charakterystycznie, że są rozpoznawalne na pierwszy rzut oka. Zielone logo, złote panele i klasyczne proporcje powtarzają się niezależnie od typu sprzętu. Raz dostaniemy metalową pokrywę, raz luksusową obudowę z drewna persymony, ale zawsze ozdobi ją przedni panel w niepowtarzalnym odcieniu złota. Pod tym względem Japończycy nie pozwalają sobie na żadne eksperymenty.
Zyskują tym zaufanie klientów, którzy należą do najwierniejszych odbiorców w segmencie hi-fi. Jeżeli wymieniają albo dokupują coś do swojego systemu, zwykle nie patrzą w stronę innych marek. Wieża Accuphase’a to system docelowy. Jeżeli znajdują się w niej komponenty innych wytwórców, to jest to etap przejściowy albo przejaw chwilowej niekonsekwencji. Docelowo i tak wszystkie elementy będą nosiły jedynie słuszne logo.



hifi1114008

 



hifi1114008

Uchwyty nie są tylko dla ozdoby. A-70 ma konsystencję pitbulla – nie wygląda na monstrum, ale waży ponad 44 kg. Licznik i bargraf pokazują moc.

 


hifi1114008

Pod uchylną klapką wyposażenie dodatkowe. Najbardziej przydatny będzie „gain”.

 
Trudno się dziwić takiemu podejściu. Kto chociaż raz zrobił głośniej we wzmacniaczu Accuphase’a, zmienił źródło w preampie albo zamknął szufladę odtwarzacza, wie, że wrażenia organoleptyczne są najwyższej próby. Sprzęt tej firmy, zwłaszcza ten z wysokiej półki, tchnie dystynkcją i spokojem. Jakby chciał dać do zrozumienia, że będzie swojemu właścicielowi służył niezawodnie i tak długo, jak to będzie konieczne.
A-70 może ten wizerunek tylko utwierdzić. Został zbudowany z dbałością o detale mechaniczne, a jego ozdobny złoty panel jest jak zawsze nieskazitelny. Główny włącznik zasilania działa aksamitnie, a zarazem z wyczuwalnym oporem. Po jego naciśnięciu następuje chwila na kontrolę prawidłowości działania obwodów wewnętrznych, a kiedy weryfikacja przebiegnie pomyślnie, wskaźniki się podświetlają. Za moment wzmacniacz załączy wyjście i będzie można słuchać muzyki.

Z zewnątrz
Przedni panel wykonano z anodowanego aluminium. Dwa uchwyty są tam nie tylko dla ozdoby. Przydają się przy przenoszeniu, ponieważ A-70 jest ciężki. Same radiatory ważą 7,4 kg sztuka, a całość przekracza 44 kg. To o 1,3 kg więcej niż wynosiła waga A-65.
Duży wyświetlacz pokazuje chwilową moc oddawaną do kolumn. Wskazania pojawiają się w postaci liczb oraz bargrafu, czyli paska utworzonego z 32 czerwonych diodek. Kilkanaście sekund obserwacji w trakcie odsłuchu wystarczy, by sobie uświadomić, że zazwyczaj używamy zaledwie pierwszego wata. Oczywiście, można zrobić głośniej i wtedy wskaźniki się ożywią, ale przy niezbyt forsownym użytkowaniu wzmacniacz będzie emitował energię przede wszystkim w postaci ciepła.
Mechaniczny włącznik umieszczono w centrum uchylnej klapki. Pod nią znajduje się pięć przycisków i dwa selektory – wyposażenie niecodzienne we wzmacniaczu mocy. Przydaje się wybierak wzmocnienia, który daje możliwość odsłuchu z wartością nominalną 28 dB (w pozycji max), jak również „przyciszenia” o 3, 6 i 12 dB. Tę opcję docenią posiadacze bardzo efektywnych kolumn oraz odtwarzaczy CD, które na wyjściu serwują więcej niż nominalne 2 V. Dzieje się tak często, kiedy korzystamy z połączenia XLR-ami – wiele źródeł dubluje wtedy poziom wyjściowy.
Zestawienie A-70 z odtwarzaczem bądź preampem innego producenta nie będzie stanowić problemu. Na tylnej ściance ulokowano przełącznik, który pozwala dopasować obsadzenie wejścia symetrycznego w końcówce. Jeżeli dysponujemy odtwarzaczem, którego XLR ma „gorący” pin 2, to wystarczy przestawić pstryczek w końcówce na właściwą pozycję. Jeżeli gramy ze źródła Accuphase’a – niczego nie przestawiamy; plus jest na pinie 3. Jeśli zaś nie słyszymy różnicy po zmianie polaryzacji, ustawiamy właściwą wartość dla świętego spokoju. Zwykle wpływa subtelnie na kontury basu i ogniskowanie instrumentów.



hifi1114008

Zdublowane terminale głośnikowe ułatwiają bi-wiring. A-70 może pracować w trybie zwykłym, ale też w bi-ampingu i mostku, jako monoblok.

 

Oprócz regulacji wzmocnienia (gainu) pod klapką znajdują się przyciski wyboru trybu pracy wskaźników mocy, rodzaju wyświetlanych jednostek (dB, W) oraz zatrzymujący na chwilę szczytową wartość sygnału. Są to gadżety i można bez nich żyć. Niezbędny jest natomiast ostatni guzik, bo załącza wejście sygnału. Żeby uniknąć szumów i przydźwięków, w tor wzmocnienia załączone jest zawsze tylko jedno wejście. Jeżeli podłączymy preamp XLR-em, a wybierak źródła będzie ustawiony na RCA – sygnał nie popłynie. Trzeba wybrać właściwe wejście.
Wyjścia głośnikowe to mistrzostwo świata. Można nimi docisnąć widełki i wygodnie wpiąć banany. Nakrętki są bardzo duże, a powierzchnia styku gwarantuje optymalną transmisję energii. Dzięki zdublowaniu łatwo podłącza się nawet kolumny w bi-wiringu. Równie wygodne są chyba tylko motylki w Mark Levinsonie. Szkoda, że inni wytwórcy eksperymentują, zamiast sięgać po to, co sprawdzone i najlepsze.
Jeżeli chodzi o wejścia sygnałowe, to również są wysokiej jakości, choć emocji już nie wzbudzają. RCA to po prostu solidne, wygodnie rozstawione złącza z teflonową izolacją i złotą powłoką. XLR-y – neutriki ze złoconymi kontaktami. Przełącznik trybu pracy przyda się w przypadku, kiedy w systemie grają dwie końcówki A-70. Mogą wtedy zasilać kolumny w bi-ampingu (dual mono) albo w trybie zmostkowanym. W pierwszym jeden kanał końcówki zasila sekcję wysokotonową, a drugi – basową. Oczywiście, kolumny muszą być wyposażone w podwójne gniazda. Inaczej podłączenie będzie niemożliwe.

Tryb zmostkowany wydaje się ciekawszy, ponieważ moc rośnie… czterokrotnie. Podwójne gniazda w kolumnach nie są potrzebne, a efekt powinien być spektakularny. Należy tylko pamiętać, że jeśli zdecydujemy się mostkować końcówkę, to nominalna impedancja zespołów głośnikowych nie może być niższa od 4 omów. Jeśli tak się stanie, wzmacniacz uzna, że pracuje na granicy bezpieczeństwa albo wręcz na zwarciu i w najlepszym razie zadziałają zabezpieczenia. W najgorszym – odeślecie go – samego bądź z kolumnami – do Krainy Wiecznych Łowów. Kosztowna impreza.



hifi1114008

Dzielony wzmacniacz Accuphase’a – preamp C-2820 i końcówka A-70. Do wieży brakuje już tylko odtwarzacza CD/SACD.

 

W środku
Parametry techniczne A-70 nie robią szczególnego wrażenia. Ale tylko na pierwszy rzut oka. O ile bowiem moc 2 x 60 W/8 ? trudno uznać za rekordową, to o klasie wzmacniacza świadczy fakt, że podwaja ją przy 4 ? i… podwaja jeszcze raz przy 2 ?. To oznacza, że przy ekstremalnie niskim obciążeniu układ nadal pracuje, jak gdyby nic się nie stało i serwuje głośnikom 240 krystalicznie czystych watów. Co więcej, jeżeli nastąpi wahnięcie impedancji nawet w okolice 1 oma, wzmacniacz nadal będzie pracował stabilnie. To są warunki, w których większość urządzeń po prostu się wyłącza. Accuphase będzie grał dalej. Co najwyżej tranzystory w stopniu prądowym wymienią kąśliwe uwagi pod adresem projektanta kolumn.
Skoro o tranzystorach mowa, to w A-70 zastosowano identyczną konfigurację co w A-65. W każdym kanale pracuje dziesięć komplementarnych par MOS-FET-ów Toshiby J618/K3497, w układzie Multiple Circuit Summing (MCS+). Polega on na wzmacnianiu sygnału w równoległych parach tranzystorów i sumowaniu go dopiero na wyjściu. Rozwiązanie to Japończycy stosują od lat, ponieważ obniża poziom szumów. Jako ciekawostkę można dodać, że identyczny typ i połączenie tranzystorów zastosowano w zintegrowanym wzmacniaczu E-600. Tyle że tam jeden kanał obsługują trzy pary MOS-FET-ów Toshiby.

Podobieństwo widać także w obniżeniu impedancji wyjściowej. Accuphase mocno wziął się za ten parametr i w nowej generacji urządzeń uzyskuje o wiele niższe wartości. A mniejsza impedancja wyjściowa to wyższy współczynnik tłumienia (ang. damping factor). W A-65 wynosił on 400, w A-70 – 800, czyli wzrósł równo o 100 %. Damping factor to zdolność wzmacniacza do kontrolowania ruchu membran, głównie basowych. Nie należy go jednak utożsamiać z jakością dźwięku. Pomaga, ale nie jest tak, że im wyższy, tym wzmacniacz lepiej zagra.
Na obniżenie impedancji wyjściowej złożyło się kilka rozwiązań układowych. Konwencjonalne mechaniczne przekaźniki wyjściowe zastąpiono tranzystorami MOS-FET. Wymieniono cewkę ochronną na nawiniętą grubym miedzianym drutem o przekroju prostokątnym. Zmodyfikowano obwody wejściowe i, przypuszczalnie, obniżono wartości rezystorów emiterowych przy każdym tranzystorze mocy. Komponenty w ścieżce sygnałowej również zostały dobrane pod kątem uzyskania jak najniższej impedancji układu. Czy topologię da się dalej optymalizować bez wprowadzania głębokich zmian – niewykluczone, ale kolejne dwukrotne zwiększenie współczynnika tłumienia będzie chyba trudne. Zresztą, nie jest do niczego potrzebne. 800 to wyśrubowana wartość i nie ma sensu drążyć tematu.
Istotniejsza będzie informacja, że wymienione modyfikacje oraz użycie w stopniu wejściowym tylko elementów dyskretnych, przyczyniły się do zminimalizowania szumów własnych urządzenia. Włączona A-70 jest niewiarygodnie cicha – gdyby nie wyświetlacz i wciśnięty włącznik, trudno byłoby się zorientować, że w ogóle działa.
 
Dobry wzmacniacz potrzebuje dobrego zasilania. Projektując go, konstruktor zadbał zarówno o to, żeby tranzystorom nie brakowało energii, jak i o to, by rozbudowana elektronika nie generowała zakłóceń ani wibracji.
Potężny transformator, wraz z dwoma głównymi kondensatorami filtrującymi, zajęły całą centralną część urządzenia. Płytki z układami sygnałowymi dosłownie przyciśnięto do radiatorów. Nie chodziło bynajmniej o oszczędność miejsca, ale o taką architekturę, która zapewni efektywny transfer energii, a zarazem pozwoli uniknąć niepożądanych modulacji.

W A-70 kondensatory znajdują się bardzo blisko tranzystorów stopnia prądowego, dzięki czemu dostawy energii mogą być natychmiastowe. Ogromne elektrolity Nichicona, sygnowane logiem Accuphase’a, mają pojemność 82000 µF każdy. Dla porównania, we wspomnianej integrze E-600 było to 2 x 47000 ?F. Wieloselekcyjny transformator dostarcza prawdopodobnie firma Bando. Jest wielki, bo musi wykarmić razem 40 żarłocznych tranzystorów mocy i trochę narybku po drodze. Musi też być cichy sam z siebie, ale dla pewności zamknięto go w metalowej kapsule ze zintegrowanym radiatorem. Z kolei kondensatory usztywniono metalowymi obejmami.
Obudowa A-70 jest identyczna jak w A-65. Tamta z kolei była płytsza o 5 cm w porównaniu ze starszym modelem A-60. Szumy i zakłócenia od tego nie wzrosły, a nawet – jak powiedzieliśmy – udało się je zredukować.
Stabilność mechaniczną poprawiają radiatory, za które również można  końcówkę przenosić. Całość opiera się na żeliwnych nóżkach podklejonych filcem. Płytę dolną i górną pokrywa sieć otworów poprawiająca cyrkulację powietrza. Włączony wzmacniacz wyraźnie się nagrzewa, w związku z czym nie należy stawiać na nim innych urządzeń ani zamykać w szafce. Powinien być pięknie wyeksponowany na blacie stolika przeznaczonego tylko dla sprzętu hi-fi. Polski dystrybutor Accuphase’a oferuje takie rozwiązanie pod marką Base i śmiało można z niego korzystać. Wieża Accuphase’a ustawiona na meblu z fornirowanymi blatami lakierowanymi na wysoki połysk wygląda zjawiskowo i budzi respekt nawet u zupełnych laików.

Wskazówki
A-70 jest na tyle wydajną końcówką, że nie będzie miał problemów z wysterowaniem wymagających głośników. Nie należy się obawiać takich konfiguracji. Paradoksalnie, możemy na nich nawet zyskać, bo lepiej podłączyć do A-70 głośnik 4- niż 8-omowy. Z tym pierwszym będziemy mieli do dyspozycji więcej niż przyzwoite 120 watów. Elektrostaty ani magnetostaty także nie stanowią problemu. Podobnie jak pierwsza generacja Wilsonów Sasha, chociaż jej sekcja basowa potrafiła dać w kość.
Przedsmak wydajności japońskiej końcówki daje sposób, w jaki zareagowała na kable Tara Labs ISM The 0,8. To trudne obciążenie, które wyłączało wcale nie najtańszy wzmacniacz Marantza. Tamten piecyk reagował na Tarę alergicznie. Accuphase przeszedł do porządku dziennego i zagrał bardzo dobrze.
Głośniki można dobierać, kierując się wyłącznie własnymi upodobaniami. Muszą być dobre, żeby pokazać klasę wzmacniacza, ale ich wymagania elektryczne należy w rozważaniach pominąć. Accuphase bardzo dobrze działa z Avalonem, Harbethami i Dynaudio. Na pewno warto spróbować zestawienia z Wilsonami Sophia, bo to bardzo dobrze brzmiący i wdzięczny głośnik. A-70 jest przejrzysty, więc unikałbym kolumn przejaskrawionych oraz zbyt lekkich. Mogą natomiast być bardzo szybkie, bo pozwolą docenić klasę wzmacniacza.
Pierwszy eksperyment z dostrajaniem systemu dotyczył kabli. W konfiguracji została Tara Labs. Drugi był subtelniejszy, ale to właśnie on spowodował, że dźwięk bardzo dobry przekroczył barierę, za którą stał się prawdziwie wciągający.
Czasem nawet dopracowanej konfiguracji brakuje jakiegoś drobiazgu, który pozwoli jej rozwinąć skrzydła. W przypadku A-70 powtórzył się efekt, który obserwowałem wcześniej z innymi wzmacniaczami. Ustawione bezpośrednio na stoliku Stand Artu – nie osiągały pełni możliwości. Dopiero na podkładkach Symposium Acoustics Ultra Padz bas i rytmika były takie, jak lubię. Dziwne, ale sprawdzone. Sam stolik – ogranicza. Stolik plus relatywnie niedrogie akcesorium i jakość szybuje. To się nie musi powtórzyć w każdym systemie, ale warto spróbować. Jeżeli wzmacniacz kosztował małą fortunę, to wydatek 1200 zł na dodatki będzie pomijalny.


hifi1114008

 Końcówka mocy jednego kanału – 10 par komplementarnych mos-fet-ów Toshiby J618/K3497. Radiator to jednolity odlew aluminiowy. Waży 7,4 kg.
 

 
Konfiguracja
W teście A-70 grała w towarzystwie urządzeń Accuphase’a – przedwzmacniacza C-2820 i odtwarzacza CD/SACD DP-700. Japońska elektronika zasilała kolumny Avalon Transcendent. Sygnał przesyłały łączówki Siltech Queen oraz Purist Audio Design Musaeus, oba XLR. Do głośników zostawiłem Tarę ISM The 0,8. Prąd filtrował Gigawatt PC-4 Evo, podłączony do gniazdka sieciówką LS-1 MkII. Reszta przewodów zasilających to takie same Gigawatty oraz Acrolink 6N-PC6100.
Sprzęt stał na stolikach Sroka i Stand Art STO MkII, a końcówka na podkładkach Symposium Acoustics Ultra Padz. Kolumny – na firmowych stożkach Apex oraz marmurowych płytach. System grał w 16,5-metrowym pokoju, delikatnie zaadaptowanym akustycznie.

Wrażenia odsłuchowe
Accuphase zaprezentował się jako wzmacniacz dokładny i przejrzysty. Barwa miała temperaturę pokojową. Nie zdradzała tendencji do ocieplania; nie przymilała się. Wbrew temu, czego można by się spodziewać po konstrukcji w klasie A, wzmacniacz nie lukrował muzyki. Bo i po co? Tylko by ograniczył potencjał kolumn i zafałszował oryginał dostarczany ze źródła. Zamiast tego koncentrował się na wiernym oddawaniu szczegółów i pokazaniu zależności między dźwiękami, ze szczególnym uwzględnieniem dynamiki. Nie spowalniał tempa, ale uderzał precyzyjnie i we właściwym czasie. Można to zrobić jeszcze szybciej, ale wtedy cena będzie o wiele wyższa; zawsze znajdzie się większa ryba. Prawdziwą sztuką jest osiągnąć mistrzostwo w swoim segmencie, nie gubiąc muzykalności. A-70 nie gubi, a gdy rozkładamy jego dźwięk na czynniki pierwsze – mistrzostwo osiąga.


hifi1114008

Prąd filtrują dwa kondensatory elektrolityczne Nichicona, sygnowane logiem Accuphase’a. Każdy o pojemności 82000 μF.



Japońska końcówka potrafi zagrać obszernie i swobodnie. Tak, że przestajemy się zastanawiać, czy 60 W wystarczy. Wystarczy z dużym zapasem i może się okazać, że trzeba będzie obniżyć gain. Ważniejsze od nominalnej mocy jest to, jak wzmacniacz się nią posługuje i czy gra czysto. A-70 jest czysty jak łza, a moc rozkłada równomiernie na wszystkie zakresy. Delikatne uprzywilejowanie wyższej średnicy znika po zastosowaniu odpowiedniego okablowania. Dźwięk się wtedy jeszcze bardziej nasyca i wypełnia.
Z przyjemnością słuchałem fortepianowych transkrypcji utworów Hendriksa w wykonaniu Artura Dutkiewicza. Ta płyta ma w sobie świeżość i harmonię, które mimo upływu lat i wielu odtworzeń się nie nudzą. Realizatorowi udało się uchwycić jej pozytywną energię, a tego się chyba nie da ani nauczyć, ani zaplanować. A-70 nie miał problemu z oddaniem tych aspektów. Zagrał bez śladu maniery, czytelnie podając partie fortepianu, ale też wyraźnie akcentując niższe dźwięki kontrabasu.

Żeby sprawdzić, czy równie sprawnie poradzi sobie z bardzo niskimi tonami, sięgnąłem po „Arcoluz” Renauda Garcii Fonsa, ale ten album również nie był dla Accuphase’a zaskoczeniem. I to nawet pomimo faktu, że o ile kameralnego występu Dutkiewicza przyjemnie słucha się cicho, to już Garcia Fons prowokuje do zdecydowanego podkręcenia potencjometru. Wzmacniacz nawet się z tego ucieszył. Energicznie zamrugał wskaźnikami i pokazał, że kontrolę basu i zdolność utrzymania wysokich natężeń basu ma w małym palcu. Miło jest słyszeć taką pewność nawet przy mocnych impulsach. Pewnie wykonany skok na głęboką wodę, bez podskórnego niepokoju, że coś się może nie udać. Accuphase zachowuje spokój nawet w złożonych pasażach i panuje nad dźwiękiem tam, gdzie robi się gęsto i trzeba odwzorować energetyczny dół. Jednocześnie potrafi przekazać subtelniejsze odgłosy palców przesuwanych po gryfie. Tutaj potrzebny jest nie tylko prąd, ale także umiejętności mikrodynamiczne. Niewystarczająca szybkość także zaburzy realizm występu. Japoński piecyk nie ma z tym problemu. Pewnie bierze dźwięki i znajduje czas, by czytelnie przekazać akustykę koncertu.

Sprawdziłem go jeszcze na perkusyjnej solówce z płyty Jacques’a Loussier grającego utwory Erika Satie, ale i ten egzamin zdał celująco. Jeżeli wzmacniacz potrafi grać tak głośno i z takim opanowaniem, to ani bardzo dynamiczne, ani najeżone niskimi dźwiękami nagrania akustyczne nie będą dla niego zaskoczeniem.


hifi1114008

Transformator toroidalny zamknięty w obudowie z radiatorem.

 
A syntetyczne? „Telegram” Bjork to album pełen dziwnych miksów i podkładów. Natężenia basu osiągają tu poziomy monstrualne i kolumny muszą się bardzo starać, by utrzymać niskie zejścia i energię dźwięku. A-70 wydatnie im w tym pomógł. Duet Accuphase/Avalon naprawdę może się podobać. Kiedy trzeba, jest agresywnie i zdecydowanie, ale już w następnym utworze nastrój może się zmienić na melancholijny.
Kiedy Erykah Badu z debiutanckiego albumu „Baduizm” zastąpiła Bjork, emocje od razu się stonowały, a fala smoliście gęstego basiska rozlała po podłodze. Nadal jednak było ciekawie, bo A-70 na pewno nie ma ambicji, by nas uśpić albo zanudzić. Po prostu, nie podkręca tempa i nie popada w przesadę. Muzyka i towarzyszące jej nastroje są zapisane na płycie. Accuphase potrafi je wiernie przekazać. Bez koloryzacji i zniekształceń.

Równowaga tonalna jest bardzo dobra i żaden z zakresów nie ulega maskowaniu. Taka równomierność ma same zalety, o ile system nie potrzebuje korekty. Tej A-70 nie wprowadzi, chociaż nie będzie też eksponował niedoskonałości. Jego czystość nie oznacza rozjaśnienia ani brzmienia określanego mianem mechanicznego czy technicznego. To raczej przywary tanich urządzeń, którym brakuje gładkości. A-70 z gładkością problemu nie ma. Pewnie dlatego pasuje do szybkich jak diabeł tasmański Avalanów.
Przestrzeń jest obszerna, ale nie rozbuchana. To różnica. A-70 nie proponuje dźwięku wypchniętego w kierunku słuchacza ani stadionowego – takiego, który rozpoczyna się trzy metry za bazą i kończy na linii widnokręgu. Scena jest delikatnie cofnięta i rozbudowana zarówno w głąb, jak i na boki, ale wszystko ze smakiem i w granicach rozsądku. O wiele bardziej od „kinowych” efektów doceniam fakt, że z A-70 Avalony znikają z pokoju, pozostawiając pulsującą muzyką przestrzeń. Lubię ten efekt i widziałem go z kilkoma wzmacniaczami. W A-70 ujęło mnie to, że nie zapomniał o określeniu pozycji źródeł pozornych i nie pogubił się nawet, gdy faktura zgęstniała, a poziom dźwięku stał się nierozsądnie wysoki. Japoński wzmacniacz ma podzielność uwagi i nie traci rezonu. To cenne.
Mówiłem już, że mam słabość do Accuphase’ów w klasie A? Do A-70 słabość mam również. Może nawet ciut większą...

Konkluzja
Bez niespodzianek – kusząco i z klasą. Klasą A w nowoczesnym high-endowym wydaniu. Nie dziwię się ludziom, którzy kupują wieżę Accuphase’a.

 

 

accu o



Jacek Kłos
Źródło: HFM 11/2014

Pobierz ten artykuł jako PDF